środa, 28 czerwca 2017

Przerażające trzęsawiska i psia legenda - „Pies Baskerville'ów” Arthur Conan Doyle



*Pies Baskervillów*
Arthur Conan Doyle

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Hound of the Baskerville  
*Gatunek:* thriller/sensacja/kryminał
*Forma:* opowiadanie
*Rok pierwszego wydania:* 1902
*Liczba stron:* 180
*Wydawnictwo:* MG

Nie ma tak złego mężczyzny, po którym by nie płakała kobieta...
*Krótko o fabule:* 
Genialny detektyw Sherlock Holmes, wraz ze swym asystentem, nieco ociężałym doktorem Watsonem, muszą tym razem zmierzyć się z tajemniczym potworem, przypominającym ogromnego psa, który grasuje na angielskiej prowincji zabijając samotnych wędrowców.
Czy detektywi rzeczywiście stają tym razem wobec paranormalnego zjawiska? Czy ofiary potwora coś łączy?
- opis wydawcy
*Moja ocena:*
Każdy z nas ma chyba taką listę wstydu, na której znajdują się książki, które musimy przeczytać, ale wciąż brakuje na nie czasu. Na mojej można znaleźć całą masę klasyki, którą z mozołem nadrabiam. Najgorsze jest jednak to, że zaczynam to traktować jako takie swoiste zadanie - cel, do którego dążę. Później się okazuje, że klasyka sprawia mi nawet więcej czystej radości i dostarcza rozrywki niż współczesna literatura. Tak było niedawno z Hrabią Monte Christo, tak jest też teraz z Psem Baskervillów.
Nazwisko autora chyba wszyscy znają - Sir Arthur Ignatius Conan Doyle. Z wykształcenia lekarz, z pasją poświęcił się jednak pisaniu powieści. Najbardziej znaną postacią przez niego wykreowaną jest oczywiście Sherlock Holmes. Pierwowzorem tego bohatera był nauczyciel Doyle'a, lekarz królewski Joseph Bell.
Pamiętam, że w mojej rodzinnej biblioteczce był egzemplarz Przygód Sherlocka Holmesa. Ja jednak nigdy nie byłam fanką kryminałów, więc nie ciągnęło mnie do tej lektury, szczególnie że zawsze było coś lepszego do czytania (a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało). Jako że proza pana Doyle'a uznawana jest za klasykę podejrzewałam, że to lektura z rodzaju tych ciężkich, przy których trzeba się skupić i skoncentrować, a takich książek to miałam dość w szkole. Dlatego odkładałam te opowiadania w czasie, aż do teraz. I mam ochotę pogadać sobie z młodszą wersją mnie i wyperswadować jej z głowy te głupoty. Bo okazało się, że Psa Baskervillów czyta się po prostu cudownie.
Styl autora jest niesamowicie lekki, szczególnie biorąc pod uwagę lata, w których przygody Sherlocka opisywał. Nie będziemy odczuwać znużenia czy przeciągniętych na siłę wydarzeń. Całość jest przepełniona wartką akcją, a właśnie dzięki temu czytelnik bardziej doceni wszelkie opisy, które pojawiają się w treści. Moim zdaniem pan Doyle idealnie przedstawił tajemnicze trzęsawiska, które zamieszkuje przerażający pies. W zwięzły sposób wprowadził nas w klimat tego miejsca.
źródło
Wszyscy doskonale wiemy, że od dobrych kilku lat panuje moda na postać Sherlocka Holmesa. Powstały filmy ze znanym aktorem - Robertem Downey Jr., a przede wszystkim rekordy popularności wciąż bije brytyjski serial, w którym rolę detektywa odgrywa Benedict Cumberbatch. Dlatego sama postać Holmesa wydaje nam się bliska i czytając te przygody czujemy się trochę jakbyśmy wrócili do historii naszego dobrego znajomego. Bardzo ciekawie jest poznać ten pierwowzór, który nie różni się zbytnio od tego, którego wyobrażałam sobie na podstawie różnych adaptacji. To nadal król dedukcji, który potrafi wiele zaryzykować tylko po to, żeby znaleźć rozwiązanie danej zagadki. Chociaż tak naprawdę w przypadku Psa Baskervillów bliżej możemy poznać Watsona, który jest tutaj narratorem. To dzięki jego opowiadaniu i listom, które pisze dowiadujemy się wszystkiego na temat bieżących wydarzeń. Podobał mi się ten pomysł, ponieważ mieliśmy szansę na równi z nim analizować otrzymane wskazówki, a jednocześnie byliśmy niejako poza całym planem, który wymyślił sam Sherlock - dzięki temu daliśmy się zaskoczyć tak samo jak Watson.
Na tak niewielkiej ilości stron udało się autorowi wykreować kilka pełnokrwistych, barwnych postaci. Oprócz Henryka Baskerville'a, wokół którego toczy się cała intryga poznamy też wieloletnich służących jego rodu (którzy ukrywają kilka sekretów), ekscentrycznych sąsiadów (on - z zamiłowania botanik, ona - tajemnicza piękność), lekarza rodziny (który pragnie rozwikłać zagadkę klątwy rodu). Mimo że każdej z tych postaci poświęcono dość niewiele miejsca w książce, to mamy wrażenie jakbyśmy wiedzieli o nich naprawdę sporo. 
Sama zagadka też jest bardzo ciekawa. Przede wszystkim intryga jest zgrabnie poprowadzona - dostajemy masę klocków, które w miarę czytania zaczynają wskakiwać na odpowiednie miejsca i tworzyć całość. Może nie doświadczymy tutaj efektu: wow, za nic w świecie się nie spodziewałam!, ale i tak kilka zaskoczeń powinno się pojawić. 
Wydaje mi się, że każdy powinien przynajmniej dać szansę książkom o Sherlocku Holmesie. Podejrzewam, że wciągną Was tak jak mnie, i nawet się nie obejrzycie kiedy przewrócicie ostatnią stronę. To klasyk, który mimo upływu lat wciąż zapewnia mnóstwo rozrywki: postacie są barwne, opisy wprowadzają czytelnika w mroczny klimat, a zagadka zaskarbia uwagę od pierwszych stron. Polecam!

Moja ocena: 8/10

  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu MG.

niedziela, 25 czerwca 2017

W podróży przez czas - „Iskry czasoświatu” Krzysztof Bonk

Pierwszy raz zdarzyło mi się stracić cały wpis. Po prostu nawet jedno zdanie z mojej opinii na temat tej książki się nie zapisało. Dlatego z góry przepraszam, pierwsza wersja była lepsza, druga pisana już w nerwach na mój nieszczęsny los.


*Iskry czasoświatu*
Krzysztof Bonk

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* science-fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 287
*Wydawnictwo:* self publishing
I zabiorę cię na grań świata, poszusujemy z niego w gwiezdną daaal. I rozpalimy tam nasze iskry, niech zapłonie w nich cały świaaat.
*Krótko o fabule:* 
Tajemnicze Iskry, przekraczające wymiar przestrzeni i czasu, kreują strukturę Czasoświatu. Przeszłość i przyszłość przenikają się, a całe istnienie wydaje się zdeterminowane. A jednak niektórzy zapragną wbrew wszystkiemu wszystko odmienić: „Niech rozpalą się nasze iskry, niech zapłonie w nich cały świat”.
- opis z okładki
*Moja ocena:*
Dla blogera nie ma bardziej motywującego momentu niż ten, w którym odzywają się do niego autorzy książek. Szczególnie debiutanci, którzy na rynku jeszcze nie są znani. Wydaje mi się, że powinniśmy być otwarci na tego typu propozycje, bo wspieranie młodych, niezależnych twórców należy do naszych zadań. Gdy dostaję tego typu maile zawsze się cieszę, ale przyznam, że wiele z propozycji zdarza mi się odrzucać. Są po prostu gatunki, które mnie do siebie nie przekonują, więc nie decyduję się na czytanie czegoś, co raczej nie wpasuje się w mój gust. Kiedy jednak przeczytałam opis Iskier czasoświatu poczułam się szczerze zainteresowana.
Krzysztof Bonk od kilku lat mieszka w Wiedniu, a z zawodu jest akupunkturzystą. Jego pasją jest pisanie książek, niedawno zdecydował się je wydać w formie self publishingu. Na rynku pojawiło się jego sześć powieści, więc to taki zwielokrotniony debiut.
Muszę przyznać, że bardzo podoba mi się wydanie książki. Wielu profesjonalnym wydawnictwom zdarzają się w tej kwestii wpadki, często okładki i wnętrze mnie do siebie nie przekonują. W tym przypadku autor zdecydował się na ujednolicenie swoich powieści i wszystkie okładki zostały zaprojektowane przez Agnieszkę Rysię Radziędę, a wnętrze zapełnia sporej wielkości czcionka, co jeszcze zwiększa tempo czytania.
Od pierwszych stron zostajemy wciągnięci w wir wydarzeń - na próżno tutaj szukać długich wstępów i opisów świata przedstawionego. Ciągła akcja ma jednak swoje plusy i minusy. Na pewno dzięki temu czyta się błyskawicznie, a strony niemal same się przerzucają. Jednak fakt, że każdy rozdział to niemal osobna historia sprawia, że bliżej tej powieści było do zbioru opowiadań z akcją w jednym uniwersum niż do pełnoprawnej fabuły. Dopiero gdzieś w połowie zaczyna się klarować oś fabularna, ale i wtedy autor nie rezygnuje z pomysłu skakania po czasie, a co za tym idzie, przedstawiania nam wciąż nowych bohaterów.
źródło
Jeżeli już jesteśmy przy bohaterach, to niestety miałam z nimi trochę problem. Polegał on na tym, że niewielu było takich, którzy jakkolwiek zapadli mi w pamięci. Oczywiście wszystko dlatego, że każdy rozdział przenosił nas w czasie, wciąż z innym bohaterem na czele. Taki jeden rozdział, nawet kilkudziesięciostronicowy, nie wystarczał na dostateczne rozwinięcie charakteru postaci. Mieliśmy więc masę bohaterów, którym zabrakło czasu na wzbudzenie w nas jakichś głębszych uczuć. Do żadnego się nie przywiązałam, żadnemu też nie kibicowałam. Szczególnie, że gdy już jakąś emocję wzbudzali, to były to raczej te nieprzyjazne. Wydaje mi się, że autor po prostu opisał nam wiele czarnych charakterów, którzy są napędzani przez negatywne emocje - a to zemstę, a to chęć władzy, a to strach. Równocześnie uczucia między samymi bohaterami też pojawiały się dość nagle i zazwyczaj były kierowane przez popęd seksualny. Tak, scen łóżkowych w powieści jest dość sporo, wydaje mi się, że lepiej byłoby z niektórych zrezygnować i skupić się na eksploatacji cech charakteru poszczególnych postaci.
Za to zdecydowanie na plus oceniam wybór miejsc akcji, a raczej czasu akcji. Autor zdecydował się na skoki w czasie, które wysyłało przykładowo osobę z XXI wieku do czasów średniowiecznych, a następnie kogoś ze starożytnego Rzymu na pokład statku kosmicznego. Może trochę zabrakło mi tutaj opisów adaptacji w nowym otoczeniu poszczególnych postaci, ale same miejsca uważam za naprawdę trafne. Na pewno dawały spore pole do popisu.
Żałuję, że faktyczna fabuła książki tak długo nabierała rozpędu, autor poświęcił zbyt wiele czasu na poszczególne opowiadania. Kiedy już pojawiło się trochę więcej wyjaśnienia czytało się z większą uwagą, szczególnie że końcówka była naprawdę dobra.
Iskry czasoświatu to ciekawa powieść na temat podróży w czasie, jednak niepozbawiona wad. Oceniając ją biorę pod uwagę, że to książka autora debiutującego na naszym rynku, za którego będę na pewno trzymała kciuki i kibicowała w przyszłych planach wydawniczych. Zresztą już zerknęłam na inne jego pozycje - nie zamyka się jedynie na jeden gatunek literacki, bo w jego dorobku można znaleźć nawet przesłodzoną komedię romantyczną. Ja jestem zainteresowana. A co do Iskier czasoświatu - czytać czy nie czytać - wybór zostawiam Wam.


  Za egzemplarz dziękuję autorowi książki.

środa, 21 czerwca 2017

Trochę inne bajki, czyli animacje niekoniecznie dla dzieci

Nie ma co owijać w bawełnę - do tej pory uwielbiam oglądać bajki. Często gdy staję przed wyborem: film albo animacja, to wybieram drugą opcję. Po prostu istnieje większe prawdopodobieństwo, że spędzę przy niej przyjemne chwile i się nie rozczaruję. 
To prawda, oglądam wiele bajek skierowanych typowo do dzieci. Byłam w kinie na Krainie lodu i się tego nie wstydzę. Ba! Nawet się przednio na niej bawiłam. Jednak to te inne animacje, które już niekoniecznie nadają się do oglądania przez najmłodszych, zapadają mi na dłużej w pamięci. Dzisiaj polecę Wam kilka tytułów, wartych uwagi. Niektóre z nich to po prostu bajki, które mogą oglądać starsi i młodsi, ale znajdzie się kilka przykładów jedynie dla osób dorosłych. Gotowi?


Jeden z moich ulubionych filmów animowanych i pierwszy autorstwa Hayao Miyazakiego, który udało mi się obejrzeć. Później się okazało, że wszystko co wychodzi spod jego rąk jest wyjątkowe. Największy sentyment został mi jednak do Ruchomego Zamku Hauru. Przepiękna historia, cudowne obrazy i po prostu genialna ścieżka muzyczna. Bardzo podobał mi się sposób przedstawienia bohaterów, którzy nie są jednoznacznie dobrzy bądź źli. Dzieci obejrzeć też mogą, ale moim zdaniem starsi widzowie bardziej docenią ten tytuł.

Musiała znaleźć się tutaj animacja, którą wyreżyserował genialny, niepowtarzalny i jeden z moich osobistych ulubieńców - pan Wes Anderson. Kocham jego filmy i specyficzną estetykę, ale ta animacja po prostu rozłożyła mnie na łopatki. W tym przypadku uważam, że dzieci raczej nie powinny być nią zachwycone, ponieważ najsilniejszą stroną filmu jest absurdalny humor, który trafia w moje gusta w stu procentach. To zdecydowanie jedna z najzabawniejszych animacji, jakie dane było mi zobaczyć. Na dodatek historia jest frapująca, całość wykonana w technice animacji lalkowej-poklatkowej, co sprawia, że podziw jest jeszcze większy, a Anderson nie rezygnuje ze swojej miłości do idealnie dobranej gamy kolorystycznej dla każdej klatki filmu.

To akurat jedna z bardziej znanych animacji, przynajmniej tak mi się wydaje. Pamiętam, że podchodziłam do niej ze sporą rezerwą, bo rzecz dzieje się w przyszłości, a bohaterem jest mały robot. Wydawało mi się, że to po prostu nie moje klimaty. Jednak bardzo się zdziwiłam! Wall-E to przepiękna, wzruszająca historia, która porusza ważny i aktualny temat niszczenia naszej planety. Najdziwniejsze w tym wszystkim, że to niemal w całości jest kino nieme. Bo roboty nie rozmawiają, a ich komunikacja opiera się na wydawaniu specyficznych dźwięków. Jak już przy tym jesteśmy - warstwa techniczna (obraz i dźwięk) to prawdziwy majstersztyk. I znowu - dzieci obejrzeć mogą, ale starsi powinni bawić się na niej lepiej.

Animacja, która powstała w 2007 roku na podstawie komiksu o tej samej nazwie, autorstwa Marjane Satrapi. Są to prawdziwe wydarzenia z życia autorki, historia obejmuje okres rewolucji islamskiej w Iranie. I cóż, to już absolutnie nie jest animacja dla dzieci. Jednak dzięki temu, że autorka użyła do przedstawienia swojego życia obrazków, czy to rysowanych czy to tych ruchomych, uzyskała efekt jeszcze bardziej zatrważający i przejmujący. Zarazem znajdzie się tam wiele dystansu do życia (dzięki głównej bohaterce) i osobliwego poczucia humoru. Zdecydowanie warto to zobaczyć, a ja chętnie zapoluję także na komiks.

Chyba nie muszę specjalnie przedstawiać tego filmu? Jeden z najgłośniejszych tytułów ostatnich lat, a moim zdaniem małe arcydzieło gatunku animacji. Bo to wciąż bajka dla młodszych, ale starsi rozkochają się w niej równie łatwo. Już pierwsze dziesięć/piętnaście minut doprowadza zapewne połowę widzów do płaczu (w tym mnie). A później jest zabawnie, refleksyjnie, z wartką akcją i ciekawymi bohaterami, tak różnymi od tych typowych pięknych księżniczek i książąt. Trudno też po prostu nie zachwycić się podniebną podróżą domkiem z masą balonów, w kierunku nieznanej przygody - okazuje się, że żaden wiek nie jest tutaj przeszkodą. Cudowna animacja.

Bardzo kameralna animacja, z powolną akcją i francuskim klimatem, mimo że akcja ma miejsce w Anglii. Postać starszego, samotnego iluzjonisty, który stara się wyżyć ze swojej pasji w świecie, gdzie ludzie preferują głośne dźwięki rockandrolla niż spokojne, znane sztuczki magiczne. I wtedy poznaje młodą dziewczynę, która namiesza w jego ułożonym życiu. Animacja bardzo depresyjna, to dramat, więc nie możemy się spodziewać żadnych wybuchów śmiechu. Za to na pewno spełni estetyczne oczekiwania - każdy kadr jest tutaj przepiękny, kreska jest bardzo oryginalna. Nie dla dzieci, ale dorośli obejrzeć mogą. A nawet powinni!

Animacja Sklep dla samobójców ma o wiele mniej fanów niż wszystkie inne pozycje na tej liście, ale w mój gust trafiła (może miałam akurat idealny na nią nastrój?). Wydaje mi się też, że na plus działał tym razem oryginalny dubbing. Zazwyczaj bardzo polski cenię, ale już w przypadku naszego rodzimego zwiastuna widzę, że całość mogłaby podobać mi się mniej. A szkoda, bo to naprawdę przyjemna czarna komedia, którą rozświetla uśmiech jednego z bohaterów. Zgrabnie napisana, bardzo klimatycznie narysowana - tylko oglądać. Oczywiście to kolejny przykład animacji dla raczej starszych odbiorców.

Nie będę w tym przypadku mydlić Wam oczu - ta animacja trochę odstaje od reszty z listy. Moim zdaniem dzieciaki będą się na niej bawić równie dobrze, a wszystko za sprawą stworzenia o największej słodyczy na świecie - Totoro. W Japonii ta bajka zyskała ogromną popularność, dlatego i wielkiego pluszowego zwierzaka można spotkać w licznych sklepach z zabawkami, a jego wizerunek widnieje nawet na logo osławionego Studia Ghibli. Niemniej, sama obejrzałam ją mając sporo lat na karku, a nie przeszkodziło mi to zakochać się w niej bez pamięci. Pięknie nakreślone relacje w rodzinie, przywiązanie do drugiej osoby - proste prawdy, które w tym filmie zyskują magiczną moc. Polecam!

Sekrety morza to kolejna animacja z listy, która zyskała ogromną popularność. I tak, kolejny raz dzieci mogą zobaczyć, ale uważam, że docenią ją bardziej osoby dorosłe. Cudownie przedstawione zostały mniej znane współcześnie mitologie i wiary - mamy tutaj masę najdziwniejszych stworzeń żyjących gdzieś na pograniczu świata realnego z fantastycznym, od uśmiechniętych fok, przez ludzi-kamieni, po wiedźmy z armią sów na zawołanie. A najważniejsze, że reżyser miał idealne wyczucie, przez co animacja łapie za serce, rozczula, powoduje uśmiech, a przede wszystkim podziw. Bo tutaj gama kolorystyczna, ujęcia, wyobraźnia w połączeniu z genialną ścieżką dźwiękową tworzą po prostu magię. Koniecznie zobaczcie, a ja będę polować na wcześniejszą animację reżysera, Sekret księgi z Kells.

Dobra, to nie jest do końca animacja, ale moim zdaniem Kongres zasługuje na miejsce w tej liście. To takie nowatorskie połączenie filmu z animacją - część została więc nagrana, a część dorysowana. Wszystko oczywiście na potrzeby oddania zawiłej i futurystycznej fabuły, której autorem jest Stanisław Lem! Już samo to powinno zachęcić nas do obejrzenia tego tytułu. Na dodatek główną rolę gra Robin Wright, która jest tutaj cudowna. Muszę przyznać, że całość mnie trochę skołowała i zostawiła z mętlikiem w głowie - były momenty mocne i trochę przeciągnięte. Warto jednak sprawdzić na własnej skórze.


Na liście nie zmieściło się wiele pozycji, nadmienię chociażby inne anime (Opowieści z Ziemiomorza, Tajemniczy świat Arriety, Księżniczka Mononoke, Wilcze dzieci, Spirited Away, 5 centymetrów na sekundę) i takie cudeńka jak Chico i Rita, 9, Koralina, Miasteczko Halloween, W głowie się nie mieści, Gnijąca Panna Młoda. Wszystkie polecam nadrobić. 
Chętnie się dowiem czy Wy też znacie takie animacje, które dorosłemu mogłyby się spodobać nawet bardziej niż młodszym widzom. Czekam na propozycje!

sobota, 17 czerwca 2017

Czasami warto zrobić krok naprzód, żeby dowiedzieć się czegoś o sobie - „Kobieta na schodach” Bernhard Schlink

Na początek mam dla Was dobrą nowinę: jeden egzemplarz Kobiety na schodach będzie do wygrania w konkursie. Wypatrujcie informacji ;)


*Kobieta na schodach*
Bernhard Schlink

*Język oryginalny:* niemiecki
*Tytuł oryginału:* Die Frau auf der Treppe
*Gatunek:* literatura zagraniczna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2014
*Liczba stron:* 265
*Wydawnictwo:* REBIS
Popełniłem ten sam błąd co wtedy. Wówczas wydawało mi się, że wiem, kim ona jest, a nie wiedziałem nic. Nasza bliskość istniała tylko w mojej wyobraźni.
*Krótko o fabule:* 
Uporządkowane życie niemieckiego prawnika odmienia się w mgnieniu oka, gdy w muzeum w Sydney natyka się on na obraz od lat uznawany za zaginiony. To wizerunek Irene, kobiety, dla której był gotów zaryzykować wszystko, a ona bez słowa zniknęła z jego życia. Wiadomość o odnalezieniu obrazu jest zaskoczeniem także dla dwóch innych mężczyzn, którzy kiedyś ją kochali – i nadal czują się przez nią oszukani. Wszyscy czworo spotkają się po latach nad odludną australijską zatoką: każdy z mężczyzn chce odzyskać to, co mu się rzekomo należy.
- opis wydawcy
*Moja ocena:*
Bernhard Schlink znany jest przede wszystkim jako autor bestsellera - książki Lektor (o której pisałam TUTAJ). Podczas sięgania po jego najnowszy tytuł towarzyszyła mi nutka ekscytacji. Bo czy zapoznanie się z najbardziej popularną książką tego autora nie postawiło za wysoko poprzeczki? I czy tym razem znowu z radością dam się pochłonąć historii przedstawianej przez niemieckiego pisarza? Okazało się, że obawy były jak najbardziej bezpodstawne - Kobieta na schodach nie zawodzi.
Trudno byłoby nie zauważyć wielu podobieństw między tą pozycją a Lektorem. Zdecydowanie można wyczuć w nich pewne pierwiastki, które jednoznacznie wskazują, że autorem jest ta sama osoba. Znowu pojawia się tematyka prawa i sprawy sądowej. Widać że Schlink, profesor nauk prawnych, wykorzystuje znajomość tej dziedziny, wprawnie wplatając ją w fabułę kolejnej książki. Tym razem zawód głównego bohatera jest niejako punktem wyjścia dla historii - to w sprawie konfliktu prawnego zwracają się do niego Schwind, malarz, który chce odzyskać swoje dzieło, wiszące w willi Gundlacha oraz atrakcyjna, intrygująca Irena, była żona właściciela obrazu. Przez cały początek książki jesteśmy świadkami przepychanek słownych i wzajemnych oskarżeń dwóch panów. Poznajemy nerwowego Schwinda, który uważa obraz Kobieta na schodach za dzieło swojego życia i nie potrafi pogodzić się z tym, że ten wisi na ścianie jego wroga. Gundlach natomiast to człowiek zraniony, jego żona, Irena, opuściła go dla ekscentrycznego malarza, toteż mężczyzna stawia się rywalowi i nie zamierza opuścić pola walki. 
Podobał mi się fakt, że tym punktem zapalnym był właśnie obraz, tak prosty w swoim przesłaniu, a zarazem tak wyjątkowy, iż potrafił wzbudzać ogromne emocje. Jednak szybko się okazało, że to nie dzieło sztuki będzie w centrum wydarzeń, a jest ono tylko pretekstem do zwrócenia uwagi na osobę znajdującą się na obrazie, czyli na Irenie. Kobieta, która w pierwszej części historii wydaje nam się oderwana od rzeczywistości, jej działania nie potrafią dać nam pełnej perspektywy jej charakteru. Wiemy jedynie, że potrafi rozsiewać swój czar na tyle, żeby rozkochać w sobie dwóch walczących o obraz mężczyzn i zaintrygować naszego głównego bohatera.
„Akt schodzący po schodach” Marcel Duchamp, obraz do którego nawiązuje Schlink w swojej książce, źródło
Początek książki nie frapuje jednak tak, jak było to w przypadku Lektora. To przyjemna, obyczajowa historia, która jednak nie wzbudza w czytelniku głębszych emocji. Wszystko jednak nabiera kolorów w kolejnych częściach powieści, które dzieją się wiele lat później. Wtedy następuje ponowne spotkanie trójki mężczyzn z tajemniczą Ireną, a także z (na długo zaginionym) obrazem Kobiety na schodach. Autor bardzo dobrze sobie poradził z powolnym odkrywaniem przed czytelnikami kart charakteru głównej kobiecej postaci. Dzięki temu początkowa łatka/ocena, którą jej przypasowaliśmy ulega zmianie i tak naprawdę ewoluuje do ostatnich stron książki. Jednak postać głównego bohatera podobała mi się już mniej niż w poprzedniej książce autora. Może brakowało mi szerzej opisanego procesu zmian, które w nim zachodziły? Uważam, że trochę za szybko nastąpiła zmiana z chłodnego, racjonalnego mężczyzny do goniącego za fantazją chłopaka. Co prawda, i tak miło, że jego charakter ewoluował podczas trwania historii, ale brakowało mi trochę rozwinięcia tego momentu zmiany.
Muszę przyznać, że element, który spodobał mi się najbardziej dotyczył traktowania kobiet przez mężczyzn odnoszących sukcesy. Czy w ogóle było tam miejsce na uczucie? A może piękną Irenę traktowali jedynie jako swoje trofeum, kolejny bonus w drodze na szczyt? Jako muzę, niemal przedmiot, który warto trzymać przy sobie? Ciekawe rozważania, które zajmują głowę czytelników, ale także bohaterów, a odpowiedzi na te pytania poznajemy razem z nimi.
Kobieta na schodach to również książka o pokonywaniu barier, o tym, że czasami warto pójść o krok dalej, bo pomimo cierpienia możemy doświadczyć rzeczy pięknych i chwil wartych zapamiętania. Dowiemy się też, że poświęcenie się dla innych, może do nas wrócić. I czasami warto pomagać nawet w sytuacjach beznadziejnych, kiedy nie ma już nadziei. 
Najnowsza powieść Bernharda Schlinka nie jest może tak dobra jak Lektor, ale to kolejna lektura, którą czytało mi się z przyjemnością, fabuła skrywała kilka prawdziwych asów w rękawie, a bohaterowie pokazywali niejedno oblicze. Moim zdaniem warto po nią sięgnąć, chociażby dla magicznego stylu autora.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Historia cierpi przez brak umiaru - „Wiatrodziej” Susan Dennard

Nie lubię tego uczucia rozczarowania. Naprawdę myślałam, że w drugiej części autorka rozwinie swój pomysł i w końcu wciągnie mnie do świata Czaroziem. Niestety, nie udało się, a wręcz podobało mi się mniej niż Prawdodziejka. Więcej poniżej.


*Wiatrodziej*
Susan Dennard

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Windwitch
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #2 Czaroziemie
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 399
*Wydawnictwo:* SQN Imaginatio
Wszystko na tym świecie ma wiele kolorów, wiele odcieni szarości niemieszczących się w twojej czarno-białej wizji świata, w której istnieje tylko prawda i fałsz.
*Krótko o fabule:*
Życie Merika nie jest łatwe. Niedawno stracił najlepszego przyjaciela, a do tego właśnie spłonął jego okręt. Za wszystkim stoi jego siostra, Vivia, która za wszelką cenę chce się pozbyć młodego księcia i zasiąść na tronie. Czy wiatrodziej wyjdzie z tego starcia cało? Czaroziemie opanowuje wojna. Nubreveni pokładają nadzieję w tajemniczej postaci – Furii, ale Vivia nie ma zamiaru w nią uwierzyć.
Safi i Iseult, więziosiostry, wpadły w nie lepsze kłopoty. Przyjaciółki znowu zostały rozdzielone i nie wiadomo, czy kiedykolwiek się jeszcze spotkają. Safi towarzyszy cesarzowej, a piekielni bardowie depczą im po piętach. Każdy chce mieć potężną prawdodziejkę po swojej stronie. Jej moc może zdecydować o powodzeniu w politycznych rozgrywkach. Iseult po raz kolejny musi się zmierzyć z krwiodziejem. A może powinna mu zaufać?
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
W swojej opinii na temat poprzedniego tomu wspominałam o rozczarowaniu jakie mi towarzyszyło przy lekturze Prawdodziejki. Spodziewałam się po prostu czegoś naprawdę mocnego, a otrzymałam dość zwykłą młodzieżówkę, zawierającą jednak kilka ciekawych wątków. Na ich rozwinięcie i pojawienie nowych liczyłam z całego serca. Miałam nadzieję, że autorka wyjaśni trochę bliżej system magiczny, żebyśmy lepiej poznali ten świat. Liczyłam na pogłębienie charakterów nam już znanych i dokładniejsze opisy postaci rzadziej się pojawiających. A nade wszystko chciałam, żeby autorka ruszyła krok dalej w kreowaniu tego głównego celu, do którego cała historia ma zmierzać. I cóż, po raz kolejny się przejechałam.
Nie bądźcie zdziwieni, że w recenzjach natkniecie się na spore rozbieżności na temat tempa akcji Wiatrodzieja. Niektórzy piszą o tym, jak zostaniemy wrzuceni w wir wydarzeń, a inni twierdzą, że druga część jest o wiele spokojniejsza, wręcz nic się tam nie dzieje. I nie, to nie tak, że każdy czyta inną książkę. Po prostu na akcję opisaną przez autorkę można spojrzeć dwojako. Bo tak, dzieje się niby sporo, szczególnie, że wydarzenia poznajemy z perspektywy wielu bohaterów. Ale koniec końców nie dzieje się nic naprawdę ważnego i frapującego, co faktycznie można by uznać za przyspieszenie właściwej akcji książki. Niestety, kiedy co chwilę któryś z bohaterów wpada w tarapaty i historia opiera się tylko na tym, jak poszczególne postacie sobie z takimi kłopotami radzą, to główna oś książki gdzieś się rozmywa. I to w tej kwestii mam najwięcej do zarzucenia Wiatrodziejowi. Bo tak bardzo liczyłam na rozwój wydarzeń, przybliżenie historii pary Cahr Awen, mitycznej dwójki, która ma przywrócić równowagę magiczną w krainie. Moim zdaniem to powinien być najważniejszy wątek książki, a niestety zostaje wspomniany mimochodem jedynie kilka razy. 
Na czym w takim razie skupia się fabuła? Właśnie trudno jednoznacznie określić. Przez to, że autorka zdecydowała się na wielogłos w narracji to otrzymaliśmy tak jakby kilka osobnych historii. Czyli: Aeduan ma na celu złapanie i dostarczenie więziosiostry - Iseult; Merik postanawia dokonać zemsty na swojej siostrze Vivii; Safi wpada w towarzystwo piekielnych bardów, od których stara się uciec, a Iseult stara się dotrzeć do swojej przyjaciółki. I mimo że jakieś wątki się przeplatają (Aeduan i Iseult) to i tak czułam się jakbym po prostu czytała kilka różnych historii, umiejscowionych w jednym świecie przedstawionym.
źródło
Moim zdaniem akcja jeszcze mogłaby się wybronić, gdyby autorka zrezygnowała z historii Safi, która wnosiła najmniej do całości. Kiedy już zaczynałam się wciągać w losy Merika czy Iseult i Aeduana, to wprowadzanie wątku Safi wszystko niszczyło i odbierało radość z czytania. Najjaśniejszymi momentami były moim zdaniem te, których bohaterem był Merik. Postać zdecydowanie zyskuje na charakterze w drugim tomie. To już nie jest rozpieszczony książę, a rozgoryczony, szukający zemsty człowiek. Na dodatek to w jego wątku dostajemy najciekawsze elementy - osobliwego antagonistę czy intrygującą postać Vivii. Moim zdaniem najlepszą decyzją było wprowadzenie jej jako nowej bohaterki, gdyż wniosła trochę życia i koloru do świata Czaroziem. 
Wątek Iseult i Aeduana miał ciekawe momenty, ale cóż, po pierwszym tomie liczyłam na o wiele więcej. Moim zdaniem ta para miała ogromne pokłady potencjału, który został wykorzystany w minimalnym stopniu. Tak naprawdę najbardziej zaciekawiona byłam podczas ich ostatnich kilku rozdziałów, gdzie pojawia się nowy element układanki, zdecydowanie intrygujący. Szkoda, że tak późno.
Żałuję trochę tych podwalin, które autorka stworzyła w pierwszym tomie. Z książki o przyjaźni zostało tylko wspomnienie, Wiatrodziej to po prostu zlepek krótkich scenek akcji, czasem bardziej wciągających, a czasami wręcz nudnych. Wydaje mi się, że Dennard nie potrafiła skupić się na głównej osi fabularnej, więc dorzuciła mnóstwo wątków pobocznych, które nie zachwycają, a nawet przeszkadzają w odbiorze całości. Może uda jej się wrócić na dobre tory w kolejnym tomie? Kto to wie.
Nie jest też tak, że książka jest zła. To naprawdę miła lektura do przeczytania, przykładowo w komunikacji miejskiej. Nie potrzeba wiele uwagi czytelnika, styl autorki jest lekki i przyjemny. Jeżeli ktoś nie jest wymagającym fanem fantastyki (cóż, ja trochę jestem) to powinien być zadowolony.
Seria Czaroziem nie jest skierowana do wszystkich. Powinna się spodobać, jeżeli szukacie czegoś lekkiego, rozrywkowego, bez wymyślnej fabuły i zawiłych relacji. To dość prosta historia, do której autorka wrzuciła bardzo dużo wątków, dzięki czemu ciągle się coś dzieje, chociaż niekoniecznie wnosi to coś więcej do głównej historii. Moim oczekiwaniom Wiatrodziej nie sprostał, ale może Tobie się spodoba? Warto się przekonać na własnej skórze.

Moja ocena: 5/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka