czwartek, 31 grudnia 2015

#64 - Żegnam stary rok i rzucam wyzwanie na nowy!

Mam nadzieję, że wybaczycie mi moją niebytność w blogosferze w okresie świątecznym. Wiadomo, że czas zajadania się domowymi potrawami potrafi nieźle pochłonąć, a później plujemy sobie w brodę stając na wadze. Chociaż, gdyby cofnąć czas, nadal zdecydowałabym się na zjedzenie całej misy pierogów! :) 
Koniec roku to czas podsumowań i temu będzie w pewnej części poświęcona ta notka.
Ten rok zaczął się z przytupem. Musiałam się sprężyć i zakończyć w końcu pierwszy tok studiów, zdobywając tytuł inżyniera. Wymagało to ode mnie trochę pracy, ale się udało. Później dostałam się na drugi stopień, a ponadto oddawałam się w całości reżyserii sztuki teatralnej. Wszystko poszło pięknie, a ja w końcu mogłam odpocząć i zająć się blogowaniem. Dlatego notki zaczęły pojawiać się regularnie w okolicy czerwca. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez podzielenia się z Wami moją opinią na dany temat!

Małe, liczbowe podsumowanie:
Przeczytałam 44 książki (i pół ;)). Uważam to za dobry wynik, biorąc pod uwagę, że do czerwca tego roku przeczytałam jedynie 7 książek, a nadrabiałam przez kolejne miesiące :)
Najlepsze książki: Droga Królów i Słowa Światłości autorstwa Brandona Sandersona, Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell, Księżyc myśliwych Katarzyny Krenz i Julity Bielak, Rok 1984 George'a Orwella.
 
Obejrzałam 211 filmów. Bywały lepsze lata, ale i tak cieszę się, że daję radę tyyyyle oglądać.
Najlepsze filmy: Sugar Man (2012), Wszystko jest iluminacją (2005), Whiplash (2014), W głowie się nie mieści (2015)
 
Was, obserwatorów, jest już 107! Muszę przyszykować z tej okazji jakiś konkurs, ale to już w nowym roku.
Nie brałam udziału w żadnym wyzwaniu, jednak w tym roku zamierzam to zmienić. Postanowiłam nie zamieszczać swojej wersji książkowego wyzwania, bo pojawiło się już ich kilka w Internecie i są świetne! Dlatego po prostu wezmę udział w którymś z nich. Inaczej ma się sprawa z filmami - tego typu wyzwań trudno jest znaleźć. Pomyślałam więc, że stworzę swoje, takie tyci tyci! Bo to jedynie 40 filmów (z moim tempem mogłabym się wyrobić w trzy miesiące :P).
Mam nadzieję, że znajdą się chętni, podjęcia się tego wyzwania. Nie wymagam wypełnienia wszystkich kryteriów. Możecie też łączyć poszczególne kategorie, czyli np. francuski debiut reżyserski. Moim zdaniem te 40 filmów to naprawdę niewiele i każdy pewnie ogląda więcej w ciągu roku. Czemu więc się przy tym nie pobawić wspólnie?
Dla osób nieobeznanych bądź szukających inspiracji podam Wam kilka przykładów.

Większość łatwo jest znaleźć na filmwebie, ale oto kilka moich propozycji (z niektórych pewnie sama skorzystam):
1) zdobywca Oscara za najlepszy film: Birdman (2015), Operacja Argo (2012), Artysta (2011)
2) ekranizacja przeczytanej książki - zależy od Was co czytaliście ;)
3) stara animacja Disneya - Królewna Śnieżka (1937), Miecz w kamieniu (1963), Kopciuszek (1950)
4) film z gatunku science-fiction - Interstellar (2014), Matrix (1999), Jestem legendą (2007)
5) film kostiumowy - Księżna (2008), Iluzjonista (2006), Przeminęło z wiatrem (1939)
6) anime - Grobowiec świetlików (1988), Spirited Away: W krainie bogów (2001), Akira (1988)
7) klasyk, którego nie widziałaś/eś - zależy od osoby
8) debiut reżyserski - Nóż w wodzie (1961) - pierwszy fabularny Polańskiego, Kroll (1991) Pasikowskiego, Ex Machina (2015) debiut Garlanda
9) film z Jamesem Bondem - do wyboru do koloru, ja skuszę się na Spectre (2015), bo nie widziałam wciąż
10) film z lat 50tych - Mężczyźni wolą blondynki (1953), Zabawna buzia (1957), Wszystko o Ewie (1950)
11) wyreżyserowany przez aktora/aktorkę - Zanim się rozstaniemy (2014), Dwa dni w Paryżu (2007), Don Jon (2013)
12) film biograficzny - Lincoln (2012), Capote (2005), Żelazna Dama (2011)
13) ekranizacja dzieła Shakespeare'a - Makbet (2015), Wiele hałasu o nic (1993), Sen nocy letniej (1999)
14) film z nazwiskiem w tytule - Być jak Flynn (2012), Kapitan Corelli (2001), The Royal Tanenbaums (2001)
15) wyreżyserowany przez Bergmana - Persona (1966), Tam, gdzie rosną poziomki (1957), Szepty i krzyki (1972)
16) film sportowy - Invictus - Niepokonany (2009), Creed: Narodziny legendy (2015), Moneyball (2011)
17) film z kolorem w tytule - Czerwona pustynia (1964), Trzy kolory: Niebieski (1993), Kobieta w czerni (2012)
18) film z nurtu Nowej Fali - Do utraty tchu (1960), 400 batów (1959), Kobieta zamężna (1964)
19) musical - Chicago (2002), Nędznicy (2012), Sweeney Todd (2007)
20) film z miastem w tytule - Wenecja (2010), Gangi Nowego Jorku (2002), O północy w Paryżu (2011)
21) ma premierę w 2016 - Assassin's Creed (2016), Pitbull. Nowe porządki (2016), Ave, Cezar! (2016)
22) film noir - Dama z Szanghaju (1947), Nieznajomi z pociągu (1951), Dom ludzi obcych (1949)
23) debiut aktorski - Leon Zawodowiec (1994) z Natalie Portman, Dreamgirls (2006) z Jennifer Hudson, Zabić drozda (1962) z Robertem Duvall
24) aktor zmienił wygląd dla roli - Monster (2003) z Charlize Theron, Witaj w klubie (2013) z Jaredem Leto, Pakt z diabłem (2015) z Johnnym Deppem
25) ważną rolę odgrywa zwierze - Marley i Ja (2008), Życie Pi (2012), Czas wojny (2011)
26) film o superbohaterze - Ant-Man (2015), Kapitan Ameryka: wojna bohaterów (2016), Iron Man (2008)
27) kino dalekowschodnie - Tokijska opowieść (1953), Ostrożnie, pożądanie (2007), Bajirao Mastani (2015)
28) wyreżyserowany przez Wajdę - Kanał (1956), Popiół i diament (1958), Ziemia Obiecana (1974)
29) film z jednym słowem w tytule - Metropolis (1927), Joy (2015), Babel (2006)
30) w głównej roli osoba starsza - Młodość (2015), Ostatnia miłość pana Morgana (2013), Hotel Marigold (2011)
31) film doceniany za zdjęcia - Drzewo życia (2011),Grawitacja (2013), Anna Karenina (2012)
32) film akcji - Kill Bill (2003), Drive (2011), Wyspa (2005)
33) film polecony przez znajomego - ja polecam Wam np. Labirynt fauna (2006) czy Mój sąsiad Totoro (1988)
34) film telewizyjny - Bessie (2015), Grace księżna Monako (2014), Odruch serca (2014)
35) na podstawie sztuki teatralnej - Tramwaj zwany pożądaniem (1951), Rzeź (2011), Śmierć komiwojażera (1985)
36) film ze sceną weselną - Melancholia (2011), Dzikie historie (2014), Kill Bill 2 (2004)
37) film francuski - Młoda i piękna (2013), Mama (2014), Wyśnione miłości (2010)
38) film z liczbą w tytule - Dwa dni, jedna noc (2014), Trzy krótkie słowa (1950), 1984 (1984)
39) z gatunku fantastyki - Edward Nożycoręki (1990), Alicja po drugiej stronie lustra (2016), Ted (2012)
40) z ulubioną aktorką/ulubionym aktorem - to już od Was zależy :)

Uff! Oczywiście macie pełną dowolność w wyborze repertuaru, ja tylko podpowiadam. Mam nadzieję, że weźmiecie udział, nawet jeżeli miałoby nie udać się Wam wypełnić wszystkich kategorii. 

I pozostaje mi życzyć szampańskiej zabawy i szczęśliwego Nowego Roku!

środa, 23 grudnia 2015

#63 - Jak to jest z tym fenomenem 'Gwiezdnych wojen'?

Święta już za rogiem, a ja siedzę w domu i nareszcie odpoczywam. Biorę głęboki oddech, bo wiem ile jeszcze czeka mnie pracy w ciągu tej przerwy na studiach. Jednak dzisiaj odrzucam troski na bok i przychodzę do Was z postem, który obiecałam jakiś czas temu. Postanowiłam poczekać i ubarwić go opinią na temat nowej części Gwiezdnych wojen. Więc dzisiaj ogólnie - jak to jest z tym filmowym fenomenem? 
Wspominałam o tych filmach w podsumowaniu października - to w tamtym miesiącu obejrzałam wszystkie sześć części. Wcześniej o Gwiezdnych wojnach oczywiście dużo słyszałam, a nawet znałam niektóre sceny, muzykę czy postaci. Obracając się wśród osób zajaranych popkulturą trudno nie znać Luke'a Skywalkera czy księżniczki Lei. No, ale jakoś nie ciągnęło mnie do oglądania. Bo za dzieciaka widziałam urywki i jakoś mnie nie porwał. Zresztą - ja nie lubię science-fiction. Jednak w związku z premierą nowej części poszłam po rozum do głowy i urządziłam sobie z Lubym maraton. Chronologiczny względem części, nie lat powstania. Krótko na temat każdej z nich:
Mroczne widmo (1999)
Moje pierwsze podejście. Okazało się, że wyobrażałam je sobie całkiem inaczej. A było dobrze - historia mnie wciągnęła, zaczęłam rozumieć pojęcie "mocy", Luby tłumaczył zawirowania polityczne. Porównując z resztą filmów początek zrobili bardziej cukierkowy, ale na pierwsze zderzenie mi to nie przeszkadzało. Wciąż nie mogłabym zrozumieć fenomenu, ale uniwersum mi się spodobało i nie mogłam doczekać się dalszych części. 
Atak klonów (2002)
Nadzieje na coś lepszego szybko runęły w gruzach za sprawą okropnego poziomu aktorskiego zaprezentowanego przez Haydena Christensena i Natalie Portman. Zresztą tutaj o wiele więcej rzeczy leżało - od braku budowania napięcia po sztywno prowadzone postacie, które nabrały papierowego wyglądu. Miałam nadzieję, że po prostu umrą. W sumie podobała mi się może jedna scena z całości. Za to muzyka Johna Williamsa w tej części to moja miłość!
Zemsta Sithów (2005)
No, tutaj było już o wiele lepiej. Wątek miłosny zszedł na drugi plan, Hayden był ciut lepszy (naprawdę trudno zrobić dobry film, kiedy jeden z głównych bohaterów wciąż denerwuje). Zresztą tutaj już historia zaczęła się rozkręcać, a końcówka napawała mnie lękiem. I w ogóle świetnie było poznać genezę jednej z najważniejszych postaci w popkulturze!
Nowa nadzieja (1977)
Wiele słyszałam o tym, że nowa trylogia jest o wiele gorsza od starej, ale wciąż się bałam. Bo niby jak w latach siedemdziesiątych dadzą sobie radę z efektami filmu s-fi? Okazuje się jednak, że mając dobrą fabułę nie trzeba skupiać się na dodatkowych bajerach. Wprowadzając postać Hana Solo (cudowny Harrison Ford) z Chewbaccą ten obraz wiele zyskał. Ogólnie ta część mnie nie powaliła, ale zdecydowanie historia jest ciekawie prowadzona.
Imperium kontratakuje (1980)
Tutaj zostałam naprawdę zaskoczona. Dawno nie oglądałam filmu z takim zainteresowaniem. Wszystko było na swoim miejscu, a każdy wątek intryguje. Luke przechodzi szkolenie pod okiem Yody, Han Solo stara się nie mieszać, a jednak wciąż znajduje się w centrum wydarzeń, no i genialny Vader. Część zdecydowanie najlepsza ze wszystkich!
Powrót Jedi (1983)
Bardzo dobre zwieńczenie starej trylogii. Muszę przyznać, że całym sercem pokochałam niektóre z postaci. Największym uczuciem oczywiście obdarzyłam Hana Solo i R2D2. Tak, R2D2, tego robota. Nigdy nie spodziewałam się, że nieludzka postać może wzbudzać takie emocje. A jego po prostu nie da się nie kochać.

Przebudzenie mocy (2015)
I przechodzimy do grudniowej premiery. Oczekiwania były duże, zwiastuny mnie zniechęcały, ale jak udało się już zdobyć bilety to byłam tylko podekscytowana. Jak krótko opisać wrażenia? Na pewno byłam zadowolona. Przede wszystkim seans jest bardzo ciekawy, postacie barwne, sytuacje nasycone humorem na dobrym poziomie. To co denerwuje to nawiązania do starej trylogii. I nie przeszkadza mi to, że jedna z bohaterek mieszka we wraku robota, którego kojarzę ze starszych filmów ani znalezienie Sokoła Millenium. Bardziej to, że cała fabuła przypomina tę z Nowej nadziei. Ale jest to taki mały szkopuł, który mam nadzieję zniknie w kolejnych częściach. 
Za to tyle było cudowności! Nowy robot, BB8, na którego punkcie już oszalał Internet jest po prostu genialny. To na pewno godny zastępca R2D2, a nawet ma trochę więcej zabawy w sobie. Bohaterowie również mnie kupili - Rey to taka zaradna dziewczyna, z ciekawą przeszłością, Finn śmieszy swoją strachliwością, a zarazem jest odważny kiedy trzeba. No i Poe, którego może trochę mniej poznajemy, ale w każdej jego scenie spisuje się na medal. Nie wiem co jeszcze myśleć o nowym złym. Na razie wydaje mi się takim rozwydrzonym dzieciakiem, który sam nie wie czego chce - przekonamy się gdzie to wszystko podąży. 
Podsumowując, fani starej trylogii powinni być zadowoleni. Zresztą, wszyscy powinni być zadowoleni, bo to przede wszystkim kawał interesującego kina przygodowego/science-fiction

Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji oglądać Gwiezdnych Wojen, to koniecznie to nadróbcie. Zawsze warto spróbować, jeżeli Wam się nie spodoba - tak też bywa. Jednak może się okazać, że omija Was świetna przygoda, którą dzięki nowej trylogii możecie przeżywać wraz z całym światem i oczekiwać na kolejne części i czyhać na bilety kinowe i wzdychać do cudownych robotów. Naprawdę Wam to polecam, ja, do niedawna osoba, która nie znała tej historii, a teraz wie, że to jeden z cyklów, które wzbudzają największe emocje!

Znacie, nie znacie? Dzielcie się opiniami, na temat starych filmów i najnowszej premiery!

A może święta będą dobrym momentem na poznanie tej serii? Ja polecam!

piątek, 18 grudnia 2015

#62 - 'Korona w mroku' Sarah J. Mass

Czasem ścigający Cię termin oddania książki w bibliotece się przydaje. W końcu sięgnęłam po zalegające pozycje, które wypożyczyłam już jakiś czas temu. Co prawda Koronę w mroku mam w domu, ale w języku angielskim. Jak zobaczyłam na półce w bibliotece to stwierdziłam - prościej będzie po polsku, prawda? 

*Korona w mroku*
Sarah J. Mass

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Crown of Midnight
*Tłumacz:* Marcin Mortka
*Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2014
*Liczba stron:* (w moim wydaniu) 532
*Wydawnictwo:* Uroboros


"Śmierć jednakże była zarówno jej klątwą, jak i jej darem, a do tego dobrą przyjaciółką od wielu, wielu lat."

*Krótko o fabule:*
kontynuacja Szklanego Tronu

 
*Moja ocena:*
 Wszyscy zapewne kojarzycie tę serię. W Internecie od jakiegoś czasu jest o niej bardzo głośno, dostaje wiele pozytywnych recenzji i ma mnóstwo fanów na całym świecie. O pierwszej części pisałam już trochę na blogu (dokładnie TUTAJ). Jeżeli miałabym podsumować moje odczucia co do Szklanego tronu musiałabym użyć słowa rozczarowanie. Jednak po wielu komentarzach, w których pisaliście, że dalej jest lepiej postanowiłam dać tej historii szansę. Jak podobała mi się kontynuacja?
Na początku muszę zaznaczyć, że o wiele przyjemniej czytało się tę książkę bez zbędnych wymagań. Po jedynce byłam przygotowana na kolejny gniot, a okazało się, że fabuła wciągnęła mnie od pierwszych stron. Celaena została Zabójczynią i historia nareszcie zaczęła nabierać kolorów. Zostawiamy za sobą bezsensowny turniej, w którym wiało nudą i w końcu poznajemy więcej szczegółów na temat świata przedstawionego i sytuacji w Erilei. Za to duży plus. 
I fabuła się rozkręcała, rozkręcała, aż wszystko przyćmił wątek miłosny. Ja rozumiem, ja nawet kibicuję, ale dlaczego go tak dużo? Książka mogłaby być o sto stron krótsza, a mi by to nie przeszkadzało. Odkąd pojawił się motyw wielkiej miłości trochę przestało mi się chcieć czytać. Jednak wciąż intrygowała fabuła. No i dobrze, że jej nie odłożyłam.
Jeżeli chodzi o pomysł na rozwinięcie historii to jest on dość banalny. Na wielu blogach z opowiadaniami spotykało się przepowiednie, artefakty, ukryte źródła mocy... Jednak nie mogę powiedzieć, że mi to przeszkadza. Nawet miło było wrócić myślami do lat spędzonych w blogosferze poświęconej gatunkowi fantastyki. Do tego autorka wplotła wszystkie wątki bardzo zgrabnie, nie wygląda to na szyte grubymi nićmi, a wszystko ładnie się zazębia. 
Wielu rozwiązań się spodziewałam. Przykładowo duża bomba zrzucona na koniec powieści nie była dla mnie zaskoczeniem. Inne również nie sprawiły, że zbierałam szczękę z podłogi, ale miło było zobaczyć, że autorka zaczęła ryzykować i to jej się opłaciło. 
Co do bohaterów to wciąż nie wiem co mam o nich myśleć. Celaena częściej zyskiwała moją sympatię w tej części, żeby chwilę później znowu ją stracić. Wydaje mi się, że najbardziej interesujące są postacie drugo-, a nawet trzecioplanowe. Tajemniczy wątek Lady Kaltain, kuzyn Roland, szajka Finna, czarownice. Chaol dla mnie wiele stracił w tej części, był po prostu bezbarwny. Natomiast u Doriana nareszcie zaczęło się coś dziać i chętnie przeczytam jak potoczy się ten wątek. 
Podsumowując, na pewno nigdy nie nazwę się fanką tej serii. Pierwsza część była dla mnie rozczarowaniem, druga podskoczyła w ocenie, ale wciąż nie zachwyca tak jak niektórych. Jednak trzeba przyznać, że znajdzie się jeszcze wiele osób, które będą w pełni usatysfakcjonowane tą historią. A sama na pewno nie zaprzestanę przygody z bohaterami i chętnie dowiem się jak potoczą się ich losy. Szczególnie kusi mnie fakt, że historia zakończyła się w tym właśnie miejscu. Autorka może nareszcie zrobi nam przerwę od przytłaczającego wątku miłosnego i kto wie, może trzecia część okaże się świetną książką? Oby!

  Ocena: 6/10


 
 źródło1 - tumblr
 źródło2

środa, 16 grudnia 2015

#61 - Top 10 najlepszych piosenek świątecznych

Nie wiem jak Wy, ale ja już z niecierpliwością wyczekuję przerwy świątecznej. To zawsze taki ciepły czas, spędzony z najbliższymi, wskazówki zegara wydają się płynąć wolniej, a ja przestaję myśleć o stresach związanych ze studiami. Do tego zawsze na mnie czeka przepyszna wyżerka ;) 
Za każdym razem jak pakuję prezenty muszę w tle słyszeć świąteczne piosenki. To stało się po prostu moją tradycją. Dlatego dzisiaj przedstawię kilka moich ulubionych kawałków, wprawiających w świąteczny nastrój!



10 - What's this z Nightmare Before Christmas
Uwielbiam moment kiedy Jack trafia do krainy świąt Bożego Narodzenia i widzi radość, szczęście jej mieszkańców. Do tego sam podkład bardzo świąteczny, tekst zabawny, jak tego nie lubić!

9 - So This is Christmas by John Lennon
Ta piosenka może jest trochę bardziej dołująca, jednak muszę przyznać, że od wielu lat bardzo lubię do niej wracać.

8 - Blue Christmas by Michael Buble
Co prawda chyba wolę wersję spokojniejszą tej piosenki, jednak pominięcie w tej liście Michaela Buble byłoby dużą pomyłką.
 
7 - Let It Snow by Dean Martin
Nie ma co ukrywać, że w tym okresie najbardziej lubię jazzowe kawałki z pięknymi męskimi głosami. Let it snow chyba nie da się nie lubić!

6 - Have Yourself a Merry Little Christmas by Frank Sinatra
Frank Sinatra po prostu rządzi w tym utworze. Można się rozpłynąć w jego prostej, a zarazem pięknej interpretacji!

5 - Christmas Wish by She & Him
A tutaj mój numer jeden wśród albumów świątecznych. Dosłownie każda piosenka mi odpowiada, a samą płytę przesłuchuję co roku przed świętami męcząc przycisk "replay". Na początku się zastanawiałam jak zrobić top 10 z różnymi wykonawcami, bo tak naprawdę cała ta płyta nadałaby się jako notowanie moich ulubionych piosenek świątecznych!

4 - Rockin' Around The Christmas Tree by She & Him
Należy też wspomnieć, że album jest różnorodny. Co prawda więcej w nim swingujących, wolnych utworów, ale znajdą się też takie z większą ikrą.

3 - Driving Home for Christmas by Chris Rea
Ta piosenka zaczęła gościć w moim przedświątecznym repertuarze odkąd zostałam studentką. Za każdym razem wracając do domu na Wigilię nucę ją pod nosem.

2 - The Christmas Song by She & Him
Mam nadzieję, że zachęciłam Was do przesłuchania całej tej płyty. Ja uwielbiam głos Zooey i chociaż zwykłe albumy She & Him też ma świetne, to jednak świąteczny zostaje moim ulubionym.

1 -  Baby it's cold outside by Lady Gaga & Tony Bennet

Tę piosenkę kocham już od dobrych kilku lat. I w każdej aranżacji ją kupuję. Ma taki czar minionych lat, kojarzy mi się ze starym kinem i utalentowanymi ludźmi. Inne wersje, które polecam, to oczywiście ta She & Him, z serialu Glee czy autorstwa Bing'a Crosby & Doris Day.


Jednak najczęściej gości u mnie album She & Him.
A Wy macie jakieś ulubione świąteczne piosenki? Też słuchacie przy pakowaniu prezentów? Podzielcie się swoimi typami!

niedziela, 13 grudnia 2015

#60 - 'Mistrz i Małgorzata' (Teatr Capitol)

 Co prawda na tym spektaklu byłam już dwa tygodnie temu, jednak wspomnienia wciąż są żywe i zdecydowanie warto się nimi podzielić. Zapraszam, szczególnie mieszkańców Wrocławia i fanów musicali oraz porządnych adaptacji.


według powieści MICHAIŁA BUŁHAKOWA
reżyseria, tłumaczenie i adaptacja: WOJCIECH KOŚCIELNIAK
teksty piosenek: RAFAŁ DZIWISZ
muzyka i kierownictwo muzyczne: PIOTR DZIUBEK
scenografia i wizualizacje: DAMIAN STYRNA
kostiumy: BOŻENA ŚLAGA
choreografia: JAROSŁAW STANIEK
reżyseria światła: BOGUMIŁ PALEWICZ
przygotowanie wokalne: MAGDALENA ŚNIADECKA
asystent reżysera: AGNIESZKA KOZAK
asystent choreografa: JOANNA ZIEMCZYK

Obsada:
Kobieta: JUSTYNA SZAFRAN
Woland: TOMASZ WYSOCKI (gościnnie, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie)
Mistrz: RAFAŁ DZIWISZ (gościnnie, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie)
Małgorzata: JUSTYNA ANTONIAK  / MAGDALENA WOJNAROWSKA 26-29 XI 2015
Iwan Bezdomny: MARIUSZ KILJAN (gościnnie, Teatr Polski we Wrocławiu) / MICHAŁ SZYMAŃSKI (gościnnie)
Korowiow: BŁAŻEJ WÓJCIK
Behemot: MIKOŁAJ WOUBISHET
Piłat / Doktor Strawiński: KONRAD IMIELA
Jeszua: CEZARY STUDNIAK
Asasello: BARTOSZ PICHER
Berlioz: ANDRZEJ GAŁŁA
Afraniusz: ARTUR BOCHEŃSKI
Hella: EWELINA ADAMSKA-PORCZYK
...
całość dostępna na stronie: http://www.teatr-capitol.pl/pl/repertuar/spektakle/43-spektakle/931-mistrz-i-malgorzata 


O spektaklu Mistrz i Małgorzata we wrocławskim Teatrze Capitol od dłuższego czasu było głośno. Jego premiera odbyła się dwa lata temu, we wrześniu na otwarcie nowego, odremontowanego budynku teatru. Jednak mimo chęci dopiero teraz udało mi się dostać bilety. I warto zaznaczyć, że widownia była wypełniona niemal po brzegi.
Początkowo czułam duże podekscytowanie, ale też byłam pełna obaw. Chyba większość z Was czytała powieść Bułhakowa i wie jak genialne jest to dzieło. Fakt, że akcja dzieje się na kilku płaszczyznach, z historią Piłata w tle, do tego opisuje wydarzenia pełne absurdu - banda Wolanda biega po mieście z czarnym kotem Behemotem siejąc zamęt, a Małgorzata lata nad dachami domów na miotle. Podobno nie istnieje dobra ekranizacja tej książki (sama nie oglądałam żadnej, same zwiastuny mnie zniechęcały), więc jak mogłam spodziewać się cudów po adaptacji teatralnej i do tego w formie musicalu?
 Okazało się jednak, że Mistrz i Małgorzata szybko zaskarbił sobie jedno z najwyższych miejsc w moim osobistym rankingu obejrzanych spektakli. Już od pierwszej sceny zostałam przekonana, że obawy należy odstawić na bok i rozkoszować się profesjonalizmem tego, co przygotował dla mnie reżyser. Swoją drogą Wojciech Kościelniak jest bardzo odważnym reżyserem, w tym roku przeniósł powieść "Zły" na deski Teatru Muzycznego w Gdyni. Widać, że nie straszne mu teksty, których sama nie potrafiłabym sobie wyobrazić w formie musicalu.
Spektakl na pewno zachwyca na wielu poziomach. Zacznę jednak od czegoś mi najbliższego, czyli wspaniałej gry aktorskiej. Justyna Szafran jako tajemnicza kobieta, a równocześnie narrator zdarzeń, wprowadza nas w poszczególne sceny, dodając do przedstawienia wiele swojego naturalnego czaru. Zresztą, trudno w ramach Mistrza i Małgorzaty mówić o aktorach lepszych i gorszych, bo wszyscy zagrali tutaj na najwyższym poziomie. Nie sposób jednak nie wyróżnić świty Wolanda. Błażej Wójcik jako szalony Korowiow, Mikołaj Woubishet przemierzający scenę w przygarbionej, kociej postawie, Ewelina Adamska-Porczyk, przedstawiona jako ucieleśnienie seksownej kusicielki, a na ich czele Tomasz Wysocki, który samą postawą i głosem już przekonał mnie, że nie byłoby lepszego kandydata na Wolanda. Przyznam, że trochę żałowałam, że nie udało mi się zobaczyć Justyny Antoniak jako Małgorzaty. Pewnie przez to, że byłam nastawiona na nią, pani Wojnarska wypadła trochę gorzej na tle reszty. Może nie napiszę tutaj o wszystkich wspaniałych postaciach, ale naprawdę zachwycona byłam poziomem gry i zaangażowaniem wkładanym w poszczególne role.
Pod względem technicznym spektakl nie odstaje pewnie od poziomu w teatrach zagranicznych. Wrażenie robi wykorzystanie możliwości dostępnych po remoncie sceny. W pewnych momentach scena zacznie się podnosić, żeby ukazać wnętrze domu wariatów, gdzie trafia Iwan Bezdomny, żeby chwilę potem na środek wjechało wielkie podium z Piłatem i aktorami przebranymi za rzeźby. Podoba mi się, że mając warunki realizatorzy spektaklu wykorzystują w stu procentach możliwości sprzętowe. A scena przedstawienia, wystawionego przez Korowiowa i Behemota, przeszła moje najśmielsze oczekiwania - po prostu czułam się jak na pokazie iluzji z charyzmatycznymi prowadzącymi!
Grzechem byłoby nie wspomnieć o warstwie musicalowej, czyli o muzyce i choreografiach. I tutaj znowu zabłysnął Piotr Dziubek, którego doceniłam już po Ja, Piotr Riviere... Piosenki są charyzmatyczne, a nawet jeżeli sytuacja jest poważna to nie ma tutaj zbędnej ckliwości. Wszystko jest odpowiednio wyważone, a orkiestra i głosy aktorów w pełni zadowalają. Bardzo podobało mi się wykonanie Fridy podczas upiornego balu.
A to co wyrabia pani Adamska-Porczyk zasługuje na wiele słów uznania. Nie dość, że śpiewa i wykonuje skomplikowane figury taneczne, to w każdym momencie wygląda jak kusząca diablica.
Reżyser dokonał rzeczy niebywale ważnej w adaptacjach teatralnych. Zachował oryginalny tekst, nie wprowadzając zmian w fabule. Uwydatnił jedynie problemy opisywane przez Bułhakowa pokazując mieszkańców Rosji w krzywym zwierciadle i wyszydzając ich przywary. Dlatego fan pierwowzoru powinien wyjść ze spektaklu w pełni zadowolony.
Na koniec mogę dodać, że jedynym elementem, który trochę mnie zawiódł (oprócz niemożliwości zobaczenia Justyny Antoniak) był wygląd piekielnego balu. Przyznam, że w przerwie dzieliłam się z towarzyszem podekscytowaniem na tę scenę, wyobrażałam sobie porządne zaskoczenie i cudowne wizualne wrażenia. I było poprawnie, jednak liczyłam chyba na trochę więcej.
Mistrz i Małgorzata to inscenizacja, która nas rozbawi, oczaruje i wprawi w zadumę. A zarazem to wierna i dopracowana adaptacja dzieła Bułhakowa. Podejrzewam, że nawet jeżeli fanami teatru nie jesteście to na tym spektaklu bawić się będziecie przednio. Każdy Wrocławianin powinien się na niego wybrać.

A jeżeli jesteście fanami porządnych musicali zjeżdżajcie z całej Polski. Warto.

Ocena: 9,5/10


(zdjęcia pochodzą z http://www.teatr-capitol.pl/pl/repertuar/spektakle/43-spektakle/931-mistrz-i-malgorzata)

czwartek, 10 grudnia 2015

#59 - 'Piekło odzyskane' Grzegorz Majewski

Tak jak pisałam w poprzednim poście, po akcji bookathonowej miałam jeszcze do skończenia Piekło Odzyskane i Proces. Pierwszą z pozycji udało mi się dzisiaj przeczytać, więc serdecznie zapraszam na moją opinię.

*Piekło odzyskane*
Grzegorz Majewski

*Język oryginalny:* polski
*Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* thriller/sensacja/kryminał
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2015
 *Liczba stron:* (w moim wydaniu) 290
*Wydawnictwo:* Instytut Wydawniczy Erica


*Krótko o fabule:*
"Po zakończeniu II wojny światowej nie wszyscy pragnęli spokojnego życia.
Pomorze Zachodnie, wchodzące w skład Ziem Odzyskanych, nie bez powodu nazywano „polskim Dzikim Zachodem”. Panowało tam bezprawie, a rządził ten, kto szybciej sięgał po broń. Gwałty, rabunki i morderstwa stanowiły codzienność w krainie pełnej radzieckich żołnierzy, ubeków, szabrowników i bandytów." 


*Moja ocena:*
 Można wiele mówić o lubianych przeze mnie gatunkach i tych raczej omijanych. Przyznam, że dopiero odkąd prowadzę bloga staram się poszerzać swoje literackie horyzonty o tematykę, po którą kiedyś bym nie sięgnęła. I kilka lat temu pewnie nie zainteresowałabym się książką Grzegorza Majewskiego, a co za tym idzie nie poznałabym reali powojennej Polski.
Autor książki jest dziennikarzem, a także wnukiem Żelisława Majewskiego, partyzanta AK, znanego pod pseudonimami "Żbik" i "Demon". Możemy zatem się domyślić dlaczego zainteresował się właśnie tym okresem historycznym w dziejach naszego kraju. Przyznam, że przed lekturą miałam obawy. Że większości nie zrozumiem, że zabraknie mi wiedzy na temat ustroju Polski, że to czego uczyłam się w liceum już dawno zostało zapomniane.
Okazało się jednak, że moje obawy były zbędne. Książka od pierwszych stron dostarcza nam silnych emocji i wrzuca w wir powojennego świata. Przyznam, że mnie, jako laikowi w tej kwestii, podobało się opisywanie tamtej rzeczywistości. Sprawnie połapałam się gdzie jest miejsce dla szabrowników, gdzie dla UB i jakimi prawami rządzi się świat. A raczej jak ogromne panuje bezprawie. Traumatyczne okazały się opisy brutalnych zachowań, które potraktowane zostały jako wydarzenia powszechne. Podejrzewam, że to był zamysł autora i jak najbardziej udało mu się przekazać jak bardzo dziki był ten "polski Dziki Zachód".
Co do bohaterów to przez dłuższy czas nie mogłam zrozumieć kto będzie grał pierwsze skrzypce w historii. Pojawiały się nowe postacie, które za chwilę znikały, zanim poznaliśmy ich charakter. Na szczęście po jakimś czasie zżyłam się z Żelisławem (bardzo miły gest, nawiązujący do dziadka autora). Niestety uważam, że pan Majewski mógł trochę więcej czasu poświęcić opisywaniu bohaterów, na pewno zyskaliby na tym więcej wyrazistości. Bo teraz, po zakończeniu historii, nie mogę określić, że komuś specjalnie kibicuję. A wszyscy książkoholicy potwierdzą, że oczekiwanie na kolejne tomy zazwyczaj wiążą się z obawami jak potoczą się losy naszych ulubieńców.
Jeżeli mogłabym jeszcze coś zasugerować, to brakowało mi trochę bardziej rozbudowanej postaci kobiecej. Wiem, że to raczej męski typ literatury, ale miejsce dla zaradnej pani mogłoby się znaleźć. Choć możliwe, że przemawia przeze mnie zainteresowanie jak ja bym odnalazła się w tych brutalnych warunkach.
Należy podkreślić, że książka Piekło odzyskane jest debiutem Grzegorza Majewskiego. I muszę przyznać, że to jest naprawdę dobry debiut, który osobę kompletnie niezainteresowaną tematem (mnie) potrafił zaciekawić i wciągnąć w fabułę. Przyznam, że trochę zaskoczyło mnie kiedy książka zakończyła się na jakiejś 250 stronie, a później pojawił się taki wstęp do kolejnej części. Wstęp, który zaostrzył mój apetyt na więcej, bo bardzo jestem ciekawa w którą stronę potoczy się ta historia.
Podsumowując, jestem zaskoczona, że naprawdę spodobała mi się ta książka. Momentami była trochę nużąca, bądź czułam, że wprowadzonych zostało zbyt wielu bohaterów, ale chwilę później akcja gnała do przodu, zaskakując mnie i wciągając w wir wydarzeń. Zdecydowanie jest to dobry debiut i teraz pozostaje mi tylko czekać na kolejne tomy cyklu.

 Za książkę dziękuję autorowi - Grzegorzowi Majewskiemu

wtorek, 8 grudnia 2015

#58 - Podsumowanie BookAThonu!

Jak widać akcja mnie trochę pochłonęła. Nie miałam czasu na zaglądanie na Wasze blogi, bo albo czytałam albo ogarniałam coś na studia. Ze swojego wyniku jestem zadowolona biorąc pod uwagę ilość mojego wolnego czasu ;)
Przeczytałam:
Poniedziałek - Chłopcy 4. Największa z przygód Jakub Ćwiek - 395 stron
Wtorek - Złoty kompas Philip Pullman - 448 stron
Środa - Proces Franz Kafka - 233 z 444 stron
Czwartek/Piątek - Posłaniec Marcus Zusak - 352 stron
Sobota - Piekło odzyskane Grzegorz Majewski - 180 z 290 stron
Suma stron: 1608 (w tym Złoty Kompas rozpoczęłam czytać przed BookAThonem)

Przyznam, że poszło mi całkiem nieźle. Nie udało mi się doczytać Procesu, bo w środę wróciłam późno i musiałam przygotować się na czwartkowe laboratoria. A w sobotę dorzuciłam nową propozycję polskiego autora - Piekło odzyskane, które skończę na dniach i napiszę recenzję.

Jutro wybieram się na Makbeta w końcu. Wiem, że niektórzy z Was już widzieli, ja nie mogę się doczekać!
Teraz lecę zobaczyć co u Was słychać i mam nadzieję, że notki znowu będą się u mnie pojawiały częściej :)


środa, 2 grudnia 2015

#57 - 'Chłopcy 4. Największa z przygód' Jakub Ćwiek

Akcja BookAThonowa trwa w najlepsze. Na razie poszło mi bardzo dobrze, bo w poniedziałek przeczytałam Chłopców 4, a wczoraj skończyłam Złoty Kompas. Dzisiaj zabrałam się za Proces Kafki, jednak wątpię, że zdążę go przeczytać. Z jednej strony późno wróciłam z uczelni, a z drugiej musiałam wybrać - albo napiszę notkę z recenzją albo zabiorę się za czytanie. Postanowiłam jednak zjawić się na blogu, bo gdy nagromadzą mi się przeczytane pozycje to nie będę pamiętać co chciałam o nich napisać. Dzisiaj słów kilka o Chłopcach!

*Chłopcy 4. Największa z przygód*
Jakub Ćwiek

*Język oryginalny:* polski
*Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2015
 *Liczba stron:* (w moim wydaniu) 395
*Wydawnictwo:* SQN


"Czasami jest tak, że nie widzisz, dopóki nie wiesz, na co masz patrzeć."

*Krótko o fabule:*
O fabule dzisiaj nie będzie, jako że opis musiałby zawierać spoilery z poprzedniej części.



*Moja ocena:*
Książkę kupiłam w tym samym tygodniu, w którym została wydana, byłam nawet na spotkaniu z autorem i dostałam autograf (swoją drogą Jakub Ćwiek to wspaniały gościu!). Jednak musiała trochę przeleżeć na półce. Znacie pewnie to uczucie kiedy książka kusi, a jednocześnie żal Wam po nią sięgać, bo wiecie, że to już ostatnia część przygód? Tak miałam z najnowszymi Chłopcami, do tego stopnia, że mój Luby przeczytał ją jako pierwszy.
Jednak w ramach BookAThonu pożarłam ją w jeden dzień. Nie ma co się dziwić - książka jest po prostu taką jedną, ogromną przygodą. Wspaniałe jest to, że czytelnik od pierwszych stron czuje się ponownie wrzucony w wir zdarzeń i szybko odświeża sobie historię z poprzednich tomów. Tutaj akcja leci na łeb na szyję już od początku i napięcie będzie nas trzymało do ostatnich stron.
Ogólne wrażenie, jakie wywołała na mnie książka ma słodko-gorzki posmak. Z jednej strony niektóre sceny, pełne rodzinnej miłości między ekipą Chłopców i Dzwoneczkiem, a z drugiej trudny temat dorastania. W pewnym momencie zaszkliły mi się oczy i nie mogłam uwierzyć, że historia niektórych bohaterów potoczy się w dany sposób. Jednocześnie miałam świadomość, że to najlepszy wybór ze strony autora. 
Co do bohaterów to muszę przyznać, że już się za nimi stęskniłam. Szczególnie za Kędziorem! Matko, jaki ten człowiek jest zaje*isty! Trudno inaczej to określić, niektóre wypowiadane przez niego kwestie czytałam po kilka razy i zaśmiewałam się w głos. Pojawiają się również postaci z poprzednich tomów, jak Mat, zwany tutaj Bruzdą czy ksiądz Jan. Podobał mi się ten zabieg, bo czasami podczas czytania zakończenia nachodzą mnie myśli co się stało z masą pobocznych bohaterów z książek.
Niemałym zaskoczeniem okazał się Pan Proper. Przyznam, że od początku ten kot wydawał się dość specyficzny i byłam ciekawa czy za tym coś się kryje. Nie spodziewałam się jednak, że będzie to postać do tego stopnia istotna.
Całą resztę również uwielbiam. Dzwoneczek jest ostrą laską, a do tego opiekuńczą matką, gotową do wielu wyrzeczeń dla swoich Chłopców. Stalówka zawsze kojarzył mi się z takim cichym twardzielem, który w każdym przypadku trzyma rękę na pulsie (w ramach tego tomu to akurat zabawne określenie ;)). Milczek jest idealnym dopełnieniem Kędziora. Ta dwójka razem zawsze stwarza kłopoty, okraszając to genialnym tłumaczeniem migania Milczka przez jego brata. Kolejnym dobrym tandemem jest Kruszyna i Pan Proper. Po ciemnej stronie mocy też jest tutaj ciekawie. Bo i Piotruś Pan zachowujący się dziecinnie, ale z nutką fanatyzmu, szukający największej z przygód, i Cień, i Wendy dostają w książce wiele czasu.
Jak już wspominałam, uważam, że przygody Chłopców zakończyły się w idealnym momencie. Podoba mi się podejście autora do problemu dorastania i nie wyobrażam sobie, żeby bohaterowie na końcu postąpili inaczej. Jestem bardzo ciekawa zbiorów opowiadań, o których wspominał Jakub Ćwiek podczas spotkania. Szczególnie tego o Skrócie - do tej pory fascynuje mnie jego natura. Czasami zachowuje się wręcz jak żywy organizm i chętnie poznam go dokładniej.
Krótko, ale z ogromnym uznaniem, pochwalę wydawców. Obrazek pana Propera w Największej z przygód jest moją ulubioną oprawą z serii, a wszystkie naprawdę mi się podobają. Jestem ogromną fanką tych utwardzanych okładek i czerwonej zakładki. A co rozdział czekałam na kolejną ilustrację pana Szlapy. Gratulacje!
Cała seria Chłopców to po prostu kupa dobrej zabawy. Co prawda, numerem jeden pozostanie dla mnie Kłamca, jednak nie zmienia to faktu, że Jakub Ćwiek idealnie trafia w mój typ humoru. Trzeba też przyznać, że wulgaryzmy mnie nie odstraszają, a nawet dodają charakteru (szczególnie Kędziorowi - jego zdanie bez przekleństwa brzmiałoby podejrzanie!). Dlatego chociaż może nie być to literatura dla wszystkich to na pewno znajdzie się grupa, która będzie się świetnie bawić i do nich teraz krzyczę: BANGARANG!


A Wy, co myślicie o Chłopcach?

niedziela, 29 listopada 2015

#56 - BookAThon 2015: edycja zimowa

O BookAThonie wielu z Was już słyszało, ale dla tych żyjących w niewiedzy: BookAThon to akcja organizowana przez blogerki - Anitę i Ewelinę - które stworzyły tygodniową listę zadań książkowych. Każdy dzień to jedno wyzwanie, jednak nie musimy koniecznie do kolejnych dni dopasowywać innych pozycji. Tak więc jedną książkę możemy czytać i w trzeci i w czwarty dzień na przykład. Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej to zapraszam do odwiedzenia blogów zalinkowanych powyżej!

Tak wyglądają zadania:
Długo zastanawiałam się czy brać udział w BookAThonie, a wszystko przez to, że na studiach miałam napięty okres - dużo zaliczeń. Jednak po jutrzejszym kolokwium obowiązków trochę ubywa, a sprawozdania na przyszły tydzień załatwiłam już dzisiaj. Tak więc podejmę się, nawet jeżeli miałabym nie sprostać wyzwaniom :)

Poniedziałek, 30.11.2015, książka z czymś czerwonym na okładce
Chłopcy 4. Największa z przygód Jakub Ćwiek
i czerwony krawat Pana Propera!

Wtorek, 01.12.2015, książka z listy 100 tytułów BBC
Złoty kompas Philip Pullman
troszkę oszukuję, bo książkę już zaczęłam czytać, ale pasuje idealnie ;)

Środa, 02.12.2015, szkolna lektura, której nie przeczytałam
Proces Franz Kafka
akurat to nie była moja lektura, ale osoby z rozszerzonym językiem polskim musiały ją przeczytać

Czwartek, 03.12.2015, książka, która zdobyła nagrodę literacką
Posłaniec Markus Zusak
według wikipedii za Posłańca Zusak dostał pięć nagród

I dwa kolejne dni postanowiłam połączyć z powyższymi, ponieważ boję się braku czasu. Jednak jeżeli uda mi się przeczytać wszystkie inne książki to dorzucę jeszcze jakąś pozycję pasującą do wyzwania!

Piątek, 04.12.2015, książka, którą wybrała dla Ciebie inna osoba
Posłaniec, Marcus Zusak - polecenie siostry
Sobota, 05.12.2015, książka polskiego autora
 Chłopcy 4. Największa z przygód, Jakub Ćwiek
 Niedziela, 06.12.2015, przeczytaj przynajmniej 1500 stron
Każda z powyższych książek ma około 400 stron, więc 4x400 = 1600 ;) Dokładnie policzę już po przeczytaniu!

 W tej akcji podoba mi się to, że nikt nie narzuca nam, że musimy przeczytać sześć książek w ciągu tygodnia. Jeżeli wybierzemy mniej, to też się liczy i nikt nas z akcji przez to nie wyrzuci ;) Dlatego zachęcam Was do dołączenia do zabawy, nawet jeżeli macie mniej czasu na czytanie!
Kto z Was ma zamiar wziąć udział? I co myślicie o moich planach?

środa, 25 listopada 2015

#55 - Kosogłos. Część 2 (2015)

Tytuł oryginalny: The Hunger Games: Mockingjay. Part 2
Reżyseria: Francis Lawrence
Scenariusz: Danny Strong, Peter Craig
W rolach głównych: Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth, Woody Harrelson, Donald Sutherland, Julianne Moore
Produkcja: USA
Gatunek: akcja, s-fi

*recenzja może zawierać spoilery, jeżeli nie czytaliście książek (nie wiem czy takie osoby istnieją)*

Nie wiem czy już wcześniej się Wam chwaliłam, ale to chyba rzecz oczywista - jestem fanką Igrzysk Śmierci. Pamiętam, że czytanie tej trylogii zajęło mi dwa dni i długo nie mogłam się po niej otrząsnąć. Dlatego co roku wybierałam się do kina na kolejną część ekranizacji. I teraz, mimo zaliczeń na studiach, wyrwałam się w poniedziałek na seans ostatniego filmu z serii.
Muszę przyznać, że jestem przeciwniczką dzielenia jednej książki na dwa filmy. Uważam, że przez to ekranizacja traci trochę na ciągłości i budowaniu napięcia. W tym przypadku w miarę szybko wbiłam się w wydarzenia, które rozpoczął poprzedni film, jednak wciąż sądzę, że takie podziały to kwestia zarobienia większych pieniędzy. Ponadto, jestem przekonana, że reżyser udźwignąłby stworzenie Kosogłosa w jednej części. I to jest moje zdanie z takiej bardziej obiektywnej strony. Jednak subiektywnie, w głębi serca, cieszę się, że mogłam przedłużyć to oczekiwanie o kolejny rok i ponownie trafić do świata Panem.
Francis Lawrence już wcześniej udowodnił, że w tym świecie czuje się doskonale. Oglądając ekranizacje wciąż przytakiwałam na rozwiązania zastosowane w Kosogłosie. Całość jest naprawdę bliska moim wyobrażeniom, które sobie wytworzyłam podczas czytania książki, za co należą się brawa.
Wiele osób uważa trzecią część trylogii za najgorszą, jednak dla mnie jest zdecydowanym numerem jeden. W tej części dystopii najwięcej mamy oryginalności w porównaniu z morzem innych książek młodzieżowych z gatunku. Uwielbiam podejście Collins do braku podziału na dobrych i złych - w trylogii nic nie jest jednoznaczne. Czy Coin byłaby lepszym prezydentem niż Snow? Czy Gale nie jest zaślepiony przez ciągłą walkę? Widzimy, że nawet postacie, które przy pierwszym spotkaniu określilibyśmy jako pozytywnych bohaterów mogą zmienić swoje oblicze, bądź pokazać nam to wcześniej ukrywane.
Przejdźmy może do aktorów, bo tutaj wyczułam problem filmu. Jennifer Lawrence uwielbiam, uważam że jej naturalność w odgrywaniu tak różnych charakterów jest zadziwiająca. Od początku uważałam, że z rolą Katniss poradziła sobie idealnie i nie zmieniam swojego zdania. Nie wiem czy osoby znające książkę mogą się jej czepiać - w końcu taka miała być jej postać. Niezbyt ekspresyjna, ale pewna siebie. No i mamy do kompletu Josh'a, który w poprzednich częściach był ucieleśnieniem Peety po prostu i tworzył z Lawrence świetną parę. Ona wciąż pesymistyczna i naburmuszona, a on trzymający ją na duchu, zapatrzony jak w obrazek. I w tym wydaniu sprawdzał się w stu procentach. Jednak grając Peetę po przejściach nie wypada już tak wspaniale. W ogólnym rozrachunku jego rola nie wadzi, ale dla osoby, która akurat aktorstwem się interesuje, sprawia wrażenie zagrywania się w pewnych momentach. A czasami mniej znaczy więcej.
Jednak nic nie zatrze złego wrażenia, które zostawił po sobie Liam w roli Gale'a. Jest to postać, którą bardzo polubiłam w książce, szczególnie w Kosogłosie, kiedy widać było jego chęć walki i uczestnictwa w rebelii. A na ekranie mamy przystojniachę, który recytuje swoje teksty i jest tak mdły, że aż... mdli! Pocieszałam się faktem, że nie dostał za wiele czasu ekranowego (chociaż dla mnie to i tak dostał go za dużo). Żałuję za to, że tak niewiele było Effie i Haymitcha, którzy w ekranizacji dostali nowe życie, przez aktorów ich grających. W ogóle drugi plan w większości spisał się świetnie i trochę żal, że było ich tak niewiele. Trzeba wspomnieć o Samie Claflinie, który był perfekcyjnym Finnickiem, a także o Jenie, która wniosła w film wiele ekspresji, grając Johannę. Na takim tle słabo wypada Moore, która z postaci Coin zrobiła nudną, starą babę. A szkoda.
Muszę powiedzieć jeszcze kilka zdań o kostiumach i charakteryzacji. Czytając książkę obawiałam się, że styliści mogą przesadzić albo w ogóle pokazać świat Kapitolu w nieodpowiedni sposób. Okazało się jednak, że wszystko jest dopracowane i naprawdę należą się brawa! Do tego wspomnę tutaj o wspaniałej kampanii reklamowej. Za każdym razem kiedy pojawiały się plakaty szczęka mi opadała i w jeszcze większym stopniu czekałam na film.
Podsumowując, Kosogłos to naprawdę dobrze zrobiona ekranizacja i fani książek nie powinni być rozczarowani. Reżyser trzyma się wizji autorki, aktorzy starają się odwzorować bohaterów (jednym wychodzi to lepiej, innym gorzej), muzyka dopełnia całości, a sceny akcji - wow. Bez zbędnego przesadyzmu reżyser wprowadził napiętą atmosferę (przy scenie w tunelach myślałam, że zejdę na zawał). Na pewno warto zobaczyć.
Chyba, że nie czytaliście pierwowzoru, bo w takim razie mówię: lećcie do księgarni i nadrabiajcie ;)
I w ogóle to trochę smutno, że to już koniec. Pozostaje jeszcze trylogia na półce, do której zawsze można wrócić!

Można by jeszcze mówić i mówić, ale czekam teraz na Wasze opinie. Widzieliście już ostatnią część Igrzysk Śmierci? Podzielcie się wrażeniami !

piątek, 20 listopada 2015

#54 - 'Cinder' Marissa Meyer

Ze mną już tak jest - zapieram się, że przestaję czytać młodzieżówki, ale nigdy to postanowienie nie dochodzi do skutku. I okazuje się, że czasami wychodzi to na dobre, bo człowiek może się natknąć na coś, co porwie go w stu procentach.
*Cinder*
Marissa Meyer

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Cinder
*Gatunek:* dziecięca, młodzieżowa
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #1 Sagi Księżycowej
*Rok pierwszego wydania:* 2012
*Liczba stron:* (w moim wydaniu) 440
*Wydawnictwo:* Egmont

 "36,28 procent. W takim stopniu nie była człowiekiem."

*Krótko o fabule:*
"Minęło wiele lat od katastrofalnej w skutkach IV wojny światowej, ale mieszkańcy Ziemi wciąż są zagrożeni. Przetaczający się po nieboskłonie księżyc, nazywany tutaj Luną, zamieszkują osobnicy, którzy potrafią wpływać na wolę innych, a na ich czele stoi przerażająca królowa Levana. 
Cinder jest cyborgiem i nie pamięta nic sprzed operacji, podczas której w jej organizm wmontowano części robota.  Dziewczyna pracuje jako mechanik na targowisku i znajduje się pod opieką prawną macochy - Adri. Pewnego dnia, w jej zakładzie zjawia się książę Wspólnoty Wschodniej i zostawia jej zadanie do wykonania. Jak potoczą się losy Cinder i jakie to będzie miało skutki dla całego świata?"

*Moja ocena:*
 Po pierwsze - zerknęłam właśnie na opis wydawcy. NIE CZYTAJCIE TEGO. Matko, cały ten opis to jeden wielki spoiler, który zdradza nawet tajemnice, które zostają odkryte dosłownie na ostatnich stronach książki. Tragedia.
Autorką Cinder jest Marissa Meyer. Przed rozpoczęciem pracy nad Sagą Księżycową napisała książkę, a dokładniej fan fiction na podstawie Czarodziejek z Księżyca. Jak sama o tym mówi, ta pozycja wiele ją nauczyła, m.in. jak przyjmować krytykę. Jej kolejnym projektem stał się ten cykl. Każda z książek w tetralogii oparta jest na znanej nam z dzieciństwa bajce. I tak kolejno, Cinder to nic innego jak Kopciuszek, Scarlet - Czerwony Kapturek, Cress - Roszpunka i Winter - Królewna Śnieżka.
Początkowo oczywiście miałam obawy. Przeczytałam Szklany tron i wiem w którą stronę może pójść taka inspiracja bajką. Postać z jednej strony jest delikatnym i dziewczęcym Kopciuszkiem, a z drugiej bezwzględną zabójczynią. I finalnie kreacja bohaterki siada, bo otrzymujemy dwa charaktery w jednym. Okazało się jednak, że można się inspirować historią, ale dołożyć do tego tak wiele elementów zaczerpniętych z własnej wyobraźni, że czytelnik skupia się jedynie na opowieści, a nie na inspiracji.
Świat przedstawiony w książce to Pekin przyszłości. Po ulicach zamiast samochodów jeżdżą awiary, każdy obywatel ma swój chip osobowości, w pracach domowych pomagają ludziom roboty. Do tego nad Ziemianami ciąży choroba - letumosis, która rozprzestrzenia się w błyskawicznym tempie, zabierając ze sobą żniwo w postaci ludzi w różnym wieku, z różnych warstw społecznych. Muszę przyznać, że autorka opisała świat bardzo przejrzyście, chociaż trochę brakowało mi większej ilości opisów otoczenia. Mimo to, naprawdę możemy wyczuć jak wygląda życie mieszkańców w przyszłości, za co należy się ogromny plus.
Za bohaterów to już należą się brawa. To zazwyczaj jest temat, który najbardziej kuleje w młodzieżowej literaturze fantasy/s-fi. Tutaj mamy tytułową Cinder, której charakter jest spójny od pierwszej do ostatniej strony. Kreując główną bohaterkę na silną osobowość autorka zrezygnowała z westchnień, zemdleń i innych zachowań, które często w tym gatunku możemy zauważyć. Cinder to mechanik-cyborg, zdaje sobie sprawę, że jest wyrzutkiem społeczeństwa i marzy jedynie o tym, żeby się wyrwać. I nie biadoli wciąż nad swoim losem tylko myśli nad sposobem ucieczki i stara się wdrożyć go w życie. Może też brak kanalików łzowych pomógł w wykreowaniu silnej osobowości? Na pewno nie zaszkodził!
Cała gama postaci pobocznych również zadowala. Macocha jest oschła, ale potrafimy zrozumieć dlaczego tak bardzo nienawidzi Cinder. Pearl to nastolatka, na której zachowanie duży wpływ ma matka - Adri. Książę Kai (ach, ten książę!) to młodzieniec, który mimo wieku zdaje sobie sprawę z obowiązków na nim ciążących, ale wciąż pozostaje szarmanckim chłopakiem, pełnym dobrych manier w stosunku do innych. I oczywiście zdarza mu się popełniać błędy, jak to w życiu bywa. Podoba mi się też postać królowej Levany, bardzo jestem ciekawa dalszego ciągu jej historii.
Jeśli obawiacie się sztampowego wątku miłosnego - przestańcie. Po pierwsze nie znajdziecie tutaj typowego trójkąta miłosnego. To było niczym miód na moje serce, mogłam czytać o przygodach dwójki bohaterów i o tym, jak powoli docierali się między sobą, bez zbędnych uniesień i zachwytów nad swoją urodą. Cinder to osoba praktyczna, która długo broniła się przed swoimi uczuciami, dlatego sam wątek nie zajmuje wiele miejsca w książce. No, może pod koniec jest go więcej, ale wtedy tyle się dzieje, że można na to przymknąć oko.
Fabularnie jest naprawdę ciekawie. Przyznam, że na początku nie wciągnęłam się w historię, ale mogło mieć na to wpływ moje nastawienie. Bo raczej od pierwszych rozdziałów dzieje się dużo, jednak ja całą sobą byłam w Pekinie dopiero gdzieś od środka powieści. Oczywiście, nie znaczy to, że początek był nudny, po prostu im dalej tym bardziej zachwycałam się tą pozycją.
Mam nadzieję, że wyłapaliście w tej recenzji kilka małych wad, które widzę w Cinder. Można do nich dodać również ogólną przewidywalność powieści, ale wśród tak wielu zaskakujących detali nie ma co na to zwracać uwagi.
Podsumowując, Cinder to jedna z lepszych młodzieżówek w klimacie fantasy/s-fi, jaką czytałam. Autorka, swoją drogą fanka nie tylko Czarodziejek z Księżyca, ale i Gwiezdnych Wojen, stworzyła oryginalną historię opierając się na znanych schematach, za co należą się ukłony. Przyznam, że nie mogę doczekać się kiedy sięgnę po kolejny tom. Niestety w Polsce na Scarlet przygoda z tą sagą się kończy. Nie wiem dlaczego wydawnictwo nie zdecydowało się na jej kontynuowanie, ale na pewno nie przeszkodzi mi to w zapoznaniu się z resztą w języku oryginalnym.

Mam nadzieję, że nie dziecinnieje skoro książka opisana jako "dziecięca/młodzieżowa" tak mi się spodobała ;) A Wy, znacie Cinder? Koniecznie napiszcie czy zgadzacie się z moim zdaniem.

źródła obrazków - pinterest, deviantart

środa, 18 listopada 2015

#53 - Tolkienowski Tag Książkowy

Moje dni kręcą się aktualnie jedynie wokół studiów. Akurat się nazbierało dużo projektów, sprawozdań, prezentacji i testów. Do tego trzeba zgłaszać tematy pracy magisterskiej, dlatego musicie mi wybaczyć te nieobecności w blogosferze. Mam w planach jeden wpis związany z topkami, a kończę czytać Cinder, więc na dniach powinna pojawić się też recenzja. Ale dzisiaj wpis na luzie, dzięki nominacji od Nieortodoksyjnego (jeżeli nie znacie to wpadajcie - świetny blog!).
Zapraszam na Tolkienowski Tag Książkowy, którego autorem jest Kania Frania.

Drużyna pierścienia, czyli ulubiona książkowa paczka przyjaciół

Pierścień, czyli ulubiona książka o władzy


Nazgul, czyli książka która wzbudziła we mnie strach

Bilbo Baggins, czyli książka która nieoczekiwanie wkradła się do mojego serca
 
Sam Gamgee, czyli bohater który mógłby zostać moim przyjacielem
Locke Lamora
 
Eowina i Faramir, czyli ulubiona książkowa para
Jane Eyre & Edward Rochester (jedna z wielu ulubionych)

Gandalf, czyli ulubiony pisarz-czarodziej
J.K. Rowling, za to co zrobiła dla czytelnictwa na świecie :)

Sauron, czyli znienawidzona książkowa postać
Bella

Gollum, czyli bohater książki, któremu współczuję
Winston Smith

Hobbiton, czyli moja książkowa ojczyzna 


Zgadzacie się z moimi typami?

Nominacje lecą do:
http://rude-pioro.blogspot.com/
http://cuddle-up-with-a-good-book.blogspot.com/
http://houseofreaders.blogspot.com/

i do wszystkich, którzy chcieliby tag wykonać :)

piątek, 13 listopada 2015

#52 - 'Księżyc myśliwych' Katarzyna Krenz, Julita Bielak

Pamiętacie moją listę książek, które chciałabym przeczytać podczas długich, chłodnych wieczorów? Jeżeli nie, to znajdziecie ją TUTAJ. Jak widzicie szybko udało mi się sięgnąć po jedną z pozycji, a wszystko za sprawą akcji Grupy Wydawniczej Znak, której ogromnie dziękuję za zaangażowanie mnie do tego wydarzenia!
I teraz pozostaje kwestia czy Księżyc Myśliwych faktycznie pasował do mojej listy i czy zaspokoił moje "wysoko literackie" zapotrzebowanie? Dowiecie się po przeczytaniu recenzji.
*Księżyc Myśliwych*
Katarzyna Krenz, Julita Bielak

*Język oryginalny:* polski
 *Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* literatura polska
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2015
*Liczba stron:* (w moim wydaniu) 500
*Wydawnictwo:* Znak

" [...] życie to nie imieniny u cioci, tu się nie mówi dziękuję i wychodzi. To nieustający wyścig z innymi. I ze sobą. Wyścig, w którym możesz albo wygrać, albo przegrać, bo na remis nie ma miejsca, jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś. "

*Krótko o fabule:*
"Sylt wciąga. Miękką, mglistą przestrzeń wyspy otacza morze opowieści i tajemnic. Tutaj za sznurki pociąga piąty żywioł – księżyc.
Thomas znika. Po jego córce Sophie zaginął słuch, a jej przyjaciel Cyryl w zagadkowym wypadku traci pamięć. Wdowę po Thomasie odwiedza tajemniczy gość, którego urokowi trudno się oprzeć. Czy kluczem do wszystkiego okaże się muszla?
Z każdą kolejną fazą księżyca Sylt odkrywa swoje ponure sekrety, które łączą obcych ludzi więzami silniejszymi od więzów krwi."


*Moja ocena:*
 Autorkami Księżyca Myśliwych dwie kobiety. Ostatnio modne stało się pisanie książek w tandemie, weźmy na przykład Jacka Denhel i Piotra Tarczyńskiego, którzy pod pseudonimem stworzyli Tajemnicę domu Helclów. To co odróżnia panią Krenz i panią Bielak to fakt, że przez czas pisania powieści (dwa lata) ani razu się nie spotkały. Ich przemyślenia przepływały za pomocą listów. Około ośmiuset listów.
Katarzyna Krenz miała już doświadczenie, przed Księżycem wydała trzy powieści, a także zajmowała się poezją i tłumaczeniami. Natomiast dla Julity Bielak był to debiut.
Miejscem akcji jest fryzyjska wyspa Sylt. Od pierwszych stron możemy wyczuć jej klimat. Dużo przestrzeni, wszechobecny wiatr, wilgoć spowodowana obecnością morza. I wiszący nad wszystkim księżyc. Kiedy dorzucimy do tego pojawiające się odniesienia do twórczości Bergmana mamy pełny obraz świata przedstawionego, w którym poznajemy historie poszczególnych bohaterów.
Muszę przyznać, że już na początku zostałam zaskoczona. Otóż, po każdym rozdziale pojawiały się listy. Czasami krótkie, czasami dłuższe, ale zawsze pełne przemyśleń na temat fabuły i wszelkich inspiracji. Moim pierwszym przypuszczeniem było, że to po prostu korespondencja autorek. Okazało się inaczej, ale pozostawię Wam zapoznanie się z rozwiązaniem tej zagadki. Muszę tutaj zaznaczyć, że obawiałam się czy taka forma nie przeszkodzi mi w zagłębianiu się w fabułę. Autorki jednak tak zgrabnie połączyły powieść z częścią epistolarną, że idealnie się uzupełniały.
Nie wiem z jakich pobudek, ale byłam przygotowana na powieść obyczajową, płynącą swoim tempem, odsłaniającą kolejnych bohaterów i ich historie. I w pewnym sensie ją dostałam, ale ponadto zaskoczyła mnie obecność kolejnego gatunku, czyli kryminału. W wersji light. Krew nie leje się strumieniami, trup nie ściele się gęsto. Jest subtelnie, elegancko, tak... kobieco. Podobało mi się, że mimo śledztwa i kilku nierozwiązanych spraw, takich jak zaginięcie Thomasa, bohaterowie żyli w swoim tempie. Autorki nie starały się na siłę wprowadzać napięcie. Ono pojawiło się samoistnie, trochę z pomocą chłodnego, wyspiarskiego klimatu. Nie było potrzeby zmuszać postaci do pościgów i bijatyk, żeby zbudować wątek kryminalny.
Kolejnych bohaterów poznajemy wraz z biegiem historii - widać było kiedy autorki wolały skupić się na danym charakterze, a kiedy znajdowały sobie inny obiekt zainteresowania. I tutaj, jak we wszystkich elementach powieści, odczuwamy płynność tych przejść. Eva pije poranną kawę w barze u Johannesa, któremu w prowadzeniu interesu pomaga Vincent, który jest obiektem zainteresowania Amerykanki Rose, itd. Nawet jeżeli przez chwilę wydaje nam się, że ktoś nie pasuje do reszty towarzystwa, to prędzej czy później okaże się, że związek istnieje tam, gdzie się go nie spodziewaliśmy. I tak, prędzej czy później, poznajemy każdą z tych osób bliżej. Zabawnym faktem jest, że pani Bielak, która interesuje się fotografią, czasami wysyłała pani Krenz zdjęcie i pisała coś w stylu "to może być nasz Vincent". Po przejściu na słowo pisane okazało się to być strzałem w dziesiątkę. Postaci były barwne w swojej codzienności.*
Kolejną sprawą, która mnie zachwyciła w tej książce był styl. Przyznam się, że nie mam pojęcia, które fragmenty były pisane przez którą z pań - to naprawdę czytało się bardzo spójnie, jakby stworzone zostało przez jedną osobę. Co jakiś czas, najczęściej w listach bądź za sprawą studentki filmoznawstwa, która była jedną z bohaterek, na kartach powieści pojawiały się nawiązania do artystów. Za to należy się kolejny, ogromny plus. Najwięcej tutaj Bergmana. Bardzo żałuję, że póki co widziałam jeden jego film (chociaż często wymieniany w Księżycu Myśliwych). Wiele osób mnie jednak namawia do zagłębienia się w jego filmografię i na pewno tak zrobię! Do tego niezmiernie cieszyły mnie smaczki typu wspomnienie Zbigniewa Cybulskiego, Krzysztofa Komedy, Romana Polańskiego czy Richarda Linklatera (a przytoczony jest jeden z jego najpiękniejszych filmów, ja polecam całą trylogię z Hawke i Delpy!).
źródło - mój instagram

 Księżyc Myśliwych okazał się trafem w dziesiątkę jeżeli chodzi o moją listę na długie, chłodne wieczory. Pasuje klimatem, rozwija światopogląd człowieka, promuje kulturę wysokich lotów, po którą warto sięgnąć. A oprócz tego jest diabelnie wciągający.
Moim zdaniem sztuka pojawia się wtedy, kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać nad pobudkami bohaterów i nad ich uczuciami. I każdy z nas inaczej zinterpretuje to, co przeczytaliśmy. Dla mnie książka była pięknym obrazem samotności i poszukiwania siebie. U każdego z bohaterów przedstawia się to inaczej. Przykładowo, jak u Vincenta, który uciekł z tłocznego Paryża na małą wyspę, żeby malować obrazy. I jak u Evy, która po zaginięciu Thomasa rzuciła się w wir pracy i bez zastanowienia powtarza codzienne czynności. Albo jak u Jasmine, która staje przed dylematem - czy warto brnąć w związek, w którym uczucie (przynajmniej z jednej strony) się wypaliło.
Dla mnie jest to najlepsza powieść, która została wydana w tym roku. Wiem, że autorki myślą o kolejnym wspólnym projekcie - mogę tylko po cichu kibicować i oczekiwać z niecierpliwością na dalsze dzieła. A Wam polecam zapoznać się z Księżycem Myśliwych!


 Dziś wydaje mi się, że recenzja aż kłuje w oczy moją amatorszczyzną - tak chyba bywa, kiedy pisze się o książce świetnej pod względem stylu.
Na zakończenie powiem Wam tylko, że krwawy księżyc, czyli tytułowy księżyc myśliwych udało mi się zobaczyć w tym roku na żywo, pomimo późnej godziny (wytrzymałam do jakiejś trzeciej bądź czwartej nad ranem). Wydaje mi się, że to jego magia musiała zadziałać i to dlatego ta książka do mnie trafiła :)

 #27października
#pełnomyśliwych
#księżycmyśliwych

* - inaczej niż w Osobliwym domu pani Peregrine...

niedziela, 8 listopada 2015

#51 - 'Osobliwy dom pani Peregrine' Ransom Riggs

Dzisiaj była niebywale ciepła pogoda, bo we Wrocławiu około 18 stopni w słońcu. Piękny czas na spacery i podziwianie polskiej jesieni. A wieczorem oczywiście kubek kawy, z ciastkami owsianymi i czytanie książek. Ta pora roku sama zachęca do sięgnięcia po lektury! Dzisiaj będzie osobliwie, powieść została wybrana przeze mnie do halloweenowej nocy czytania. Trochę się to przedłużyło, a dzisiaj zapraszam Was do zapoznania się z moją opinią.
*Osobliwy dom pani Peregrine*
Ransom Riggs

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Miss Peregrine's Home for Peculiar Children
*Tłumacz:* Hesko-Kołodzińska Małgorzata
 *Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* thriller/sensacja/kryminał
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2011
*Liczba stron:* (w moim wydaniu) 388
*Wydawnictwo:* Media Rodzina

 "Kiedyś marzyłem o ucieczce przed zwykłym życiem, ale tak naprawdę moje życie nigdy nie było zwyczajne. Po prostu nie zauważałem jego niezwykłości."


*Krótko o fabule:*
"Życie Jacoba nie zapowiadało się ekscytująco. Pogodził się z myślą, że nigdy nie zostanie odkrywcą i nigdy nie będzie miał wielu przyjaciół. Ważne miejsce w jego życiu zajmował dziadek. To on najbardziej mu imponował i to on opowiadał mu najlepsze historie na dobranoc o pogodnym sierocińcu na walijskiej wysepce, ukrytym przed złem, wojną i potworami… Aż pewnego dnia dziadek Portman umarł w niejasnych okolicznościach. I wtedy wszystko się zaczęło…
 Jacob wyrusza na odciętą od świata wyspę, by zgłębić jej tajemnice. Czy zmierzy się z potworami ze swoich snów? Czy osobliwe dzieci ze starych fotografii naprawdę istniały? Co jest bajką, a co prawdą? Co jest faktem, a co urojeniem?"

*Moja ocena:*
 O książce trudno było nie usłyszeć - dość hucznie przeszła fala na jej temat wśród polskich blogów. Wszyscy zachwalali, więc zakodowałam sobie, żeby dorwać gdzieś tę powieść. Po opisie stwierdziłam, że idealnie nada się ona na halloweenową noc czytania, więc pognałam do biblioteki, żeby móc się zapoznać z treścią tej osobliwej książki. 
 Ransom Riggs, to młody autor, który studiował literaturę angielską oraz filmoznawstwo w Ameryce. Jego pasją jest zbieranie ciekawych fotografii. I to dzięki temu powstała książka Osobliwy dom pani Peregrine. Początkowo Riggs zamierzał wydać po prostu album z obrazkami, ale te natchnęły go i dopisał do ilustracji fabułę. Osobiście nie jestem fanką takiej pracy, ale o tym powiem jeszcze później. 
Do sięgnięcia po książkę oprócz wielu pozytywnych recenzji zachęcił mnie fakt, że powstaje ekranizacja. I nie byle jaka, bo wyreżyseruje ją sam Tim Burton, a w głównych rolach zobaczymy między innymi Evę Green i Judi Dench. Co prawda piekielnie seksowna Eva średnio pasuje mi do roli pani Peregrine, którą wyobrażałam sobie jako starszą kobietę. Ale aktorka jest bardzo osobliwa, więc do klimatu będzie pasowała jak ulał!
Po przeczytaniu pierwszych pięćdziesięciu stron przestało mnie dziwić, że Burton zainteresował się tą fabułą. Świetnie zbudowany początek, przez który człowiek zastanawiał się czy potwory istnieją naprawdę czy są jedynie urojeniem starszego człowieka. Zresztą dziadek uplasował się u mnie na pierwszym miejscu, jeżeli chodzi o sympatię do bohaterów, chociaż nie dostał wiele czasu w powieści. Pozostawało mi stwierdzić, że wybór tej książki na noc duchów był trafiony. Napięcie rosło, a moje zainteresowanie współmiernie wraz z nim. I tak rosło, rosło... aż przestało. 
Co się stało? A to, że Jacob, główny bohater, trafił na wyspę. Tajemniczą, znowu bardzo klimatyczną i klops! Napięcie gdzieś siadło, a czytelnik dostał historię trochę dziecinną, która skupia się na życiu osobliwych dzieci w domu pani Peregrine. Nie mówię, że to było nieciekawe, po prostu spodziewałam się czegoś bardziej... strasznego. Szczególnie, że początek nastroił mnie w stu procentach i długo starałam się przekonać, że coś w niej jeszcze mnie zaskoczy. Wydaje mi się, że problemem mogła być właśnie obecność osobliwych fotografii. Moim zdaniem autor na siłę zaczął starać się dopasować opis fabuły do zdjęć, zamiast rozwinąć wyobraźnię i wyjść poza schematy. Doszło nawet do takiego momentu, że zaczęło mnie denerwować tak liczne nawiązywanie do ilustracji, czułam się w jakiś sposób ograniczana.
Co do bohaterów, to jak wspomniałam najbardziej polubiłam dziadka, sama nie wiem dlaczego (chyba mam sentyment do starszych osób po prostu). Więc gdy jego zabrakło trudno było mi w równej mierze przejmować się losem innych postaci. Jacob mnie do siebie nie przekonał, a całej zgrai osobliwych dzieci nie poznaliśmy na tyle dobrze, żebym mogła darzyć ich jakimiś uczuciami. Wątek miłosny, na szczęście niewielki i występujący raczej na drugim planie, również wydawał się napisany trochę na siłę. Nie wiem kiedy nastąpiła ta fascynacja między dwójką bohaterów, ciągle wydaje mi się, że Emma widziała w Jacobie jedynie jego dziadka, nawet jeżeli temu zaprzeczała. 
Ponarzekałam, więc przejdę teraz do plusów. Poza świetnym początkiem, muszę pochwalić zakończenie, które jednak wprowadziło trochę emocji i otworzyło furtkę dla kontynuacji. I oczywiście trzeba powiedzieć kilka zdań na temat wydania, które jest naprawdę cudowne. Ilustracje są bardzo klimatyczne, podoba mi się ten śliski papier i nawet jeżeli zazwyczaj wolę żółty, to tutaj wszystko wydawało się do siebie pasować. Dlatego za wydanie należą się ogromne brawa.
Podsumowując, książka jest jedynie niezła, a winę za to ponosi rozciągnięty środek i niemrawi bohaterowie. Na pewno warto po nią sięgnąć, szczególnie polecam ją jednak osobom poniżej dwudziestu lat. Chociaż niewykluczone, że starszym również się spodoba - trzeba się tylko nastawić, że to nie jest żaden thriller, kryminał czy sensacja. To po prostu książka przygodowa z elementami fantasy. I może gdybym nie była nastawiona na trzymający w napięciu thriller, z dużą ilością krwi to byłabym bardziej kontenta. O.

 Znacie tę książkę? Jak ją oceniacie?  

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka