środa, 26 sierpnia 2015

#31 - 'Rok 1984' George Orwell

Obejrzałam dziś na Fabryce dygresji ciekawy vlog. Dziewczyny z Trochę Kurtury mówiły na temat klasyki literatury, a dokładniej na temat tego, że tejże klasyki większość czytelników się obawia. W blogosferze jestem raczej świeżym uczestnikiem, ale zauważyłam pewną tendencję. Inna możliwość jest taka, że niewiele blogosfery poznałam i odwiedziłam. Niektóre blogerki czytają naprawdę sporo książek miesięcznie, dlatego sądzę, że między wszelkie 'lżejsze' pozycje powinny wcisnąć co jakiś czas klasyka.
Przechodzimy do kolejnego problemu. Jak wybrać klasyczną książkę, która nas zainteresuje? Cóż, na to nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bo przecież każdy z nas lubi czytać różne gatunki. Ja polecę listę 100 książek według BBC, które każdy powinien przeczytać. Co jakiś czas się nią posiłkuję i jeszcze mnie nie zawiodła! Również w przypadku tej pozycji:
*Rok 1984*
George Orwell

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Nineteen Eighty-Four
*Tłumacz:* Tomasz Mirkowicz
*Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* science-fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1949
*Liczba stron:* (w moim wydaniu) 256
*Wydawnictwo:* Wydanie Gazety Wyborczej

"Jeśli chcesz wiedzieć jaka będzie przyszłość, wyobraź sobie but depczący ludzką twarz, wiecznie!"

*Krótko o fabule:* 

Winston Smith pracuje jako urzędnik niższego szczebla poprawiający przeszłe wydania gazet 'The Times'. Mieszka w futurystycznej wersji Londynu, w którym władzę sprawuje Partia, a nad społeczeństwem czuwa wyglądający z plakatów Wielki Brat. Pewnego dnia Winston postanawia zbuntować się przeciwko systemowi i kreśli w nielegalnym notatniku słowa "PRECZ Z WIELKIM BRATEM". Tak rozpoczyna się jego walka, ale jaki będzie jej koniec?

*Moja ocena:*
 Blogosfera już od kilku lat szaleje na punkcie antyutopii. Pod tym słowem kryje się utwór przedstawiający świat przyszłości w negatywnym świetle, w którym ludzie pozbawieni są wolności, kontrolowani przez władze państwa. O tym właśnie traktuje książka George'a Orwella napisana w 1949 roku, jako jego ostatnia powieść. Autor ostro krytykował systemy totalitarne i wspierał walkę społeczeństwa o równość - te tematy przewijały się jako główne w jego twórczości. Dzięki niemu zyskaliśmy popularne powiedzenie: "Wielki Brat patrzy" i mam nadzieję, że nie kojarzy się z popularnym kiedyś programem typu reality show, ale właśnie z książką Orwella.
Książka podzielona jest na trzy części i w mojej głowie pojawił się podobny podział na trzy główne zazębiające się tematy poruszane przez autora. W pierwszej poznajemy głównego bohatera, który powoli wprowadza nas w otaczający świat. Świat bezwzględny, brutalny, wyniszczający, w którym nie istnieje pojęcie dobra jednostki. Wszyscy wokół wydają się podążać ślepo za rządzącą Partią, wierząc w jej hasła i wypełniając obowiązki obywatelskie. Pozbawiają się zdolności myślenia, zbyt przerażeni możliwością skończenia z kulką w głowie. Najtrudniejszym zadaniem jest nie popełnić myślozbrodni, bo trzeba przekonać samego siebie, że wierzysz w to co mówi władza. A Policja Myśli czuwa na każdym kroku obserwując Cię z teleekranów. Jest to przerażająca wizja przyszłości, gdzie na każdym kroku jesteśmy inwigilowani, żyjemy niczym cienie ludzi, pozbawieni własnej osobowości. Już w tej części zostajemy wprowadzeni w klimat państwa Oceanii.
Kolejna jest dla mnie obrazem buntu człowieka, który otrzymał zalążek nadziei w postaci miłości. Nie jest to nadzieja na naprawę systemu, ba! główny bohater jest przekonany, że to się źle skończy, ale mimo to postanawia spróbować. Siły dodaje mu kobieta i wiążące ich uczucie. Specyficzne, jak zresztą cała powieść. Bo w świecie Oceanii miłość jest zakazana, związki zawierane są jedynie w celu rodzenia dzieci, a uprawianie seksu to zło konieczne. 
Największe wrażenie robi jednak część trzecia, wieńcząca tę książkę. Oczywiście oszczędzę Wam spoilerów, ale muszę przyznać, że dawno nie czułam się tak podczas czytania. Nie chodzi tu o typową dla mnie ekscytację wydarzeniami opisywanymi przez autora. Po prostu czułam strach. Strach jak potoczą się losy bohaterów. Książka wprowadziła mnie w tak mroczny humor, że spodziewałam się czegoś okropnego. Czy to otrzymałam? Przekonajcie się sami.
To pierwsza książka Orwella jaką miałam przyjemność przeczytać. Muszę przyznać, że bardzo pasuje mi styl autora. Nie jest skomplikowany, w prostych słowach potrafi wprowadzić czytelnika w świat przedstawiony. Jego słowa w znaczący sposób wpływają na wyobraźnię. Nie dziwota, że uważa się "Rok 1984" za jedną z perełek science fiction. Byłam pod wrażeniem złożoności tej lektury. Autor wspomniał o książce, którą czytają buntownicy, a po kilku rozdziałach mogliśmy przeczytać jej długie fragmenty. Do tego nie bał się wprowadzenia nowych słów, a nawet całego języka. Chodzi mi tutaj o nowomowę, czyli język wymyślony przez Partię, żeby w jeszcze większym stopniu cofnąć rozwój społeczeństwa. Bo po co używać słów dobry i zły jeżeli można powiedzieć dobry i bezdobry?
Bardzo ciekawą sprawą było wprowadzenie pojęcia dwójmyślenia, czyli wyznawania dwóch sprzecznych ze sobą poglądów. Przykładowo jeżeli Partia mówi, że dwa plus dwa równa się pięć, to tak jest i wszyscy muszą temu przyklasnąć. Jeżeli tak nie zrobisz jesteś skazany na ewaporację, czyli innymi słowy - przestajesz istnieć.
Tak naprawdę mogę Wam tylko powiedzieć, że to jest naprawdę 'mocna' lektura. Taka, o której się będzie pamiętać i która wzbudza emocje. Strach, zagubienie, nadzieję, niedowierzanie i smutek, nawet wyciskający łzy (przynajmniej w moim przypadku, chociaż ja ryczę prawie zawsze). Przez nią zaczęłam się zastanawiać co ja bym zrobiła na miejscu bohatera. I niestety nie byłam zadowolona z wyciągniętych wniosków.
Jeżeli macie sięgnąć po kolejną antyutopię - niech to będzie "Rok 1984". Bo warto.

wtorek, 25 sierpnia 2015

#30 - Krótko o filmach (2)

Wróciłam i nadrabiam!
Kolejna notka z tego cyklu. Filmów oglądam sporo (a przynajmniej więcej niż przeciętny Kowalski), jednak wciąż nie czuję ochoty na robienie o każdym osobnego posta. Mam nadzieję, że przypadł Wam do gustu pomysł na takie krótkie podsumowanie. Bez zbędnego przedłużania, zapraszam do czytania!

Portret damy (1996)
Tytuł oryginalny: The Portrait of a Lady
Reżyseria: Jane Campion
Scenariusz: Laura Jones
W głównych rolach: Nicole Kidman, John Malkovich, Martin Donovan, Barbara Hershey, Viggo Mortensen, Valentina Cervi, Christian Bale
Produkcja: USA, Wielka Brytania
Gatunek: dramat, kostiumowy
Isabel Archer (Nicole Kidman), pełna marzeń i wigoru dziewczyna z Ameryki przyjeżdża do dziewiętnastowiecznej Anglii, gdzie okazuje się, że dostała w spadku sporą sumę pieniędzy. Na dodatek jej temperament przyciąga uwagę młodych mężczyzn, którzy szybko zostają jej adoratorami. Postanawia wyjechać do Włoch, gdzie poznaje tajemniczego Osmonda (John Malkovich)...
Jane Campion miałam już okazję poznać jako reżyserkę jednego z moich ulubionych filmów - "Jaśniejsza od gwiazd". Równie zachwycona byłam "Fortepianem". Nic więc dziwnego, że chciałam więcej. "Portret damy" oglądało mi się bardzo dobrze. Wydaje mi się, że wpływ na to miała moja niewiedza na temat fabuły. Włączyłam go znając jedynie nazwisko reżyserki, więc możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy zobaczyłam na ekranie nazwiska tych wszystkich gwiazd! Na dodatek jestem fanką filmów kostiumowych. W "Portrecie damy" zachwyciła mnie wrażliwość przedstawionego obrazu. Scena z parasolem aż elektryzowała, zapewne znaczący wpływ na to miała muzyka skomponowana przez pana Kilara. Co dziwne, znałam wcześniej te utwory, a nie wiedziałam skąd pochodzą. 
Podobał mi się pomysł na ujęcie zniewolenia kobiety w ten sposób. Bardzo delikatnie i bez wysiłku reżyserka sprawiła, że widz współczuł głównej bohaterce. Szczególnie widząc tak dużą zmianę w jej zachowaniu. 
Ogromne brawa należą się również aktorom. Mieli duże pole do popisu i wykorzystali je w stu procentach. Polecam film szczególnie fanom filmów kostiumowych, a także ludziom wrażliwym na nienachalne piękno.


Sok z żuka (1988)
Tytuł oryginalny: Beetle Juice
Reżyseria: Tim Burton
Scenariusz: Michael McDowell, Warren Skaaren
W głównych rolach: Alec Baldwin, Michael Keaton, Geena Davis, Winona Ryder, Catherine O'Hara, Jeffrey Jones
Produkcja: USA
Gatunek: fantasy, czarna komedia
Adam (Alec Baldwin) i Barbara (Geena Davis) to młode małżeństwo, które ginie w wypadku samochodowym. Zostają uwięzieni we własnym domu jako para duchów, a tymczasem wprowadzają się nowi mieszkańcy. Żeby pozbyć się natrętów postanawiają udać się po pomoc do bioegzorcysty - Bettlejuice'a (Michael Keaton).
 Tim Burton to zdecydowanie jeden z moich ulubieńców, jeżeli chodzi o reżyserię. Jego styl (szczególnie w starszych filmach) jest łatwo dostrzegalny i trafia w mój gust kinowy - mroczne barwy, elementy fantastycznego świata, specyficzny humor. Nie można się więc dziwić, że postanowiłam obejrzeć "Sok z żuka", jeden z najbardziej znanych jego dzieł. I, o czym wcześniej nie wiedziałam, jeden z pierwszych pełnometrażowych filmów Burtona. Muszę przyznać, że zostałam zaspokojona. Na pewno musiałam przyswoić sobie fakt, że film powstał jakieś trzydzieści lat temu, więc logiczne jest, że efekty nie będą powalały. Widać jednak w nich rękę Tima :)
Aktorzy spisali się bardzo dobrze, na brawa zasługuje przede wszystkim Keaton. Jego kreacja stukniętego Beetlejuice'a przyciąga uwagę widza. Na początku go nie poznałam, charakteryzacja tej postaci była naprawdę dopracowana! Dodatkowy plus za humor!
Polecam fanom Burtona i czarnego humoru ;)

Człowiek, który wiedział za dużo (1956)
Tytuł oryginalny: The Man Who Knew Too Much
Reżyseria: Alfred Hitchcock
Scenariusz: John Michael Hayes
W głównych rolach: James Stewart, Doris Day, Brenda de Banzie, Carolyn Jones, Alan Mowbray
Produkcja: USA
Gatunek: thriller, szpiegowski
 Dr Ben McKenna (James Stewart) wraz z żoną (Doris Day) i synem wybiera się na wakacje do Maroka. Na miejscu poznaje tajemniczego człowieka, który wplątuje lekarza w aferę szpiegowską.
Thrillerów zazwyczaj nie oglądam, chociaż moja mama jest ogromną fanką tego gatunku. Jednak obok filmu Hitchcocka nie potrafię przejść obojętnie. Mam zawsze pewność, że fabule daleko będzie do infantylności, na ekranie nie będą pojawiały się co chwilę efektywne wybuchy. Reżyser pokieruje akcją w swoim stylu, ze swoistą gracją. Tak też było w tym przypadku. Ciekawa intryga okraszona jest świetnym aktorstwem, a do tego możemy usłyszeć jak Doris Day śpiewa oscarową piosenkę - "Que Sera Sera" (wszyscy znamy, prawda?). Nie jest to najlepszy film reżysera, moim zdaniem. Ale wart obejrzenia, szczególnie jeżeli staramy się nadrobić wszystkie dzieła Hitchcocka :)

Oczy szeroko zamknięte (1999)
Tytuł oryginalny: Eyes Wide Shut
Reżyseria: Stanley Kubrick
Scenariusz: Frederic Raphael, Stanley Kubrick
W głównych rolach: Nicole Kidman, Tom Cruise, Sydney Pollack, Madison Eginton
Produkcja: USA, Wielka Brytania
Gatunek: thriller, erotyczny
Alice (Nicole Kidman) i William (Tom Cruise) są młodym małżeństwem. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że mają wszystko - ustabilizowane życie, piękne mieszkanie, wzajemny pociąg seksualny. Jednak pewnej nocy Alice wyznaje mężowi coś, co nim wstrząśnie i popchnie do pewnej pechowej eskapady...
Mam problem z Kubrickiem. Nie rozumiem czasami co chciał przedstawić widzowi poprzez dany film. Wiem jednak, że będę wracać do jego dzieł, żeby doszukiwać się tego, co ukrywa się za zwykłymi obrazami. "Oczy szeroko zamknięte" były jego ostatnim filmem i na razie moim ulubionym. Wydaje mi się, że największym zwycięstwem dla reżysera jest to, że każdy interpretuje jego dzieła po swojemu. Ja doszukałam się studium nad uczuciem zazdrości i do czego może ona doprowadzić. Kiedy człowiek z zamkniętymi oczami rusza przed siebie marząc tylko o skrzywdzeniu swojego partnera, ukaraniu go za wszelką cenę.
Jestem oczarowana jednym z komentarzy na filmwebie dotyczącym używaniu barw przez Kubricka. Osoba ta wytłuściła dlaczego w danych momentach widzimy obrazy w czerwieni, żeby zaraz ujrzeć odcienie zimnego niebieskiego. Po tym jeszcze bardziej doceniłam "Oczy szeroko zamknięte".
Aktorsko było bardzo dobrze. Szczególnie pochwalić warto Cruise'a, którego raczej nie lubię, ale tutaj spisał się na medal. Muzykę również odbieram pozytywnie, nie obyło się bez klasyków, jak to u Kubricka.
Polecam osobom zainteresowanym kinem. Nie każdemu film przypadnie go gustu, jednak jeżeli jesteś gotów poszukać ukrytych znaczeń - obejrzyj. Aha! Film oczywiście przeznaczony jest dla widzów dorosłych :)

Smak curry (2013)
Tytuł oryginalny: The Lunchbox
Reżyseria: Ritesh Batra
Scenariusz: Ritesh Batra, Rutvik Oza
W głównych rolach: Irffan Khan, Nimrat Kaur, Lillete Dubey
Produkcja: Francja, Indie, Niemcy, USA
Gatunek: dramat
Ila (Nimrat Kaur), młoda mężatka, wysyła obiad swojemu partnerowi. Trafia on jednak omyłkowo do samotnego wdowca - Saajana (Irrfan Khan). Dwójka zaczyna ze sobą korespondować.
Trochę wstyd się przyznać, ale kilka lat temu byłam fanką indyjskiego kina. Tak - tego kiczowatego i banalnego, ale przynoszącego mi wtedy wiele frajdy i pocieszenia. Wiem już dlaczego ludzie w Indiach tak cenią wizyty w kinie. Ich filmy pozwalają im wyrwać się na chwilę i zapomnieć o otaczających ich problemach.
Ale ja nie o tym. Bo "Smak curry" to nie jest bollywoodzka produkcja. Film ten był wyświetlany we Wrocławiu w ramach jednego z festiwali i od tej pory bardzo chciałam go zobaczyć. W końcu mi się udało i byłam oczarowana. Historia jest po prostu urocza. Dwójka nieszczęśliwych osób znajduje ukojenie w pięknej formie pisania do siebie listów. Poruszają w nich kwestie opisujące otaczający ich świat, powoli otwierają się wzajemnie i pocieszają. Do tego Ila codziennie przygotowuje nowe indyjskie danie, a mi ślina automatycznie wypełnia usta! Pyszności. I uwielbiam zakończenie, uważam że jest idealne. A aktorzy cudowni, bez niepotrzebnego zagrywania się, spokojnie prowadzą swoich bohaterów, a widz im kibicuje.
Film polecam zdecydowanie wszystkim. Piękny jest!



Kopciuszek (2015)
Tytuł oryginalny: Cinderella
Reżyseria: Kenneth Branagh
Scenariusz: Chris Weitz
W głównych rolach: Lily James, Cate Blanchett, Richard Madden, Helena Bonham Carter, Stellan Skarsgard
Produkcja: USA
Gatunek: familijny, fantasy, romans
Wszyscy znamy historię Kopciuszka, prawda? :)
Na swoje usprawiedliwienie mam, że oglądam wiele poważnych filmów, więc co jakiś czas muszę się odprężyć. A cóż może być wtedy lepszego niż bajkowa historia?  Fabuła raczej wszystkim znana, w tym przypadku nie różni się od oryginału. Oglądało się jednak bardzo przyjemnie. Wpływało na to wiele czynników - poczynając od oryginalnie urodziwej (według mnie, choć wiem że zdania są podzielone) Lily, przez genialnie zagraną ciotkę dzięki Cate Blanchett, cudowne kostiumy, bajkowe zdjęcia i humor wprowadzony przez Helenę. Nie jest to film wybitny, raczej po prostu dobry, ale miło spędza się przy nim czas!
Wilcze dzieci (2012)
Tytuł oryginalny: Okami Kodomo no Ame to Yuki
Reżyseria: Mamoru Hosoda
Scenariusz: Mamoru Hosoda, Satoko Okudera
W głównych rolach: Aoi Miyazaki, Takao Osawa, Haru Kuroki, Yukito Nishii
Produkcja: Japonia
Gatunek: fantasy, anime
Hana, dziewiętnastoletnia studentka, spotyka na jednym z wykładów tajemniczego chłopaka. Po jakimś czasie okazuje się, że jest on wilkołakiem. Dla Hany jest jednak za późno, ponieważ zdążyła już go pokochać i jest gotowa na wszystko. Nie wiedziała jednak, że zmuszona będzie wychowywać dwójkę wilczych dzieci samotnie.
Film miałam na liście "do obejrzenia" i kiedy filmweb podpowiedział, że ukaże się w telewizji musiałam go zobaczyć. Na początku byłam dość sceptycznie nastawiona przez opis fabuły. Jednak to anime zaskoczyło mnie pozytywnie. Płakałam, śmiałam się i przeżywałam każdą sytuację wraz z bohaterami. Historia samotnej matki, która wydaje się tak krucha, a musi stać się silna dla swoich dzieci. Coś wspaniałego, nie wiedziałam, że animacje mogą nieść tyle emocji!
Może też oglądacie anime? Macie mi do polecenia jakieś tytuły? Zaznaczam, że Miyazakiego znam i widziałam wiele, ale reszty mogę nie kojarzyć :)




W lepszym świecie (2011)
Tytuł oryginalny: Hævnen
Reżyseria: Susanne Bier
Scenariusz: Anders Thomas Jensen
W głównych rolach: William Johnk Nielsen, Markus Rygaard, Mikael Persbrandt, Trine Dyrholm
Produkcja: Dania, Szwecja
Gatunek: dramat, thriller
Christian (William Johnk Nielsen) po przeprowadzce do nowego miasta zaprzyjaźnia się z wyśmiewanym Eliasem (Markus Rygaard). Obaj borykają się z problemami w domu i starają się zrozumieć zachowania otaczających ich ludzi.
Ten film zdecydowanie mnie zaskoczył. Laureat Oscara z 2011 roku wstrząsa widza przedstawioną historią. Zaczyna się dość niewinnie, reżyserka pokazuje nam tło, bardzo sprawnie zarysowuje sytuacje w rodzinach głównych bohaterów. A później scena po scenie czujemy jak zbliża się coś złego, ale również nieuniknionego. Byłam pod wrażeniem tego jak zostało zbudowane napięcie - cichymi obrazami, spojrzeniami, prostymi zachowaniami. Naprawdę polecam ten film!



Obejrzałam kilka innych jeszcze, ale nie chcę Was zanudzić tą notką. Odradzę Wam jedynie "Dwoje do poprawki" - to najgorszy film jaki widziałam w ostatnim czasie. A polecę jeszcze "Lewiatana", "Życie jest piękne", "Czym sobie na to wszystko zasłużyłam" i "Strażników marzeń".

Widzieliście któryś z tych filmów? Zgadzacie się z moją opinią? A może polecicie mi coś ciekawego?

środa, 19 sierpnia 2015

#29 - 'Szklany tron' Sarah J. Mass

Jutro wyjeżdżam na kilka dni do Lubego, toteż może być mnie mniej w blogosferze. Na pewno coś poczytam, pewnie coś razem pooglądamy, więc jak wrócę zapraszam na kolejne posty. Do tego na dniach powinny pojawić się moje odpowiedzi z kolejnego LBA, do którego zostałam nominowana.
Co do "Szklanego tronu" - skończyłam czytać wczoraj wieczorem. Zabawna historia z tą serią - będąc dwa lata temu w Londynie kupiłam drugą część siostrze po angielsku. Dopiero w Polsce zrozumiałam, że to kontynuacja. Dobrze, że wydali ją również u nas :)
A dziś już się pakuję i wybieram kolejną książkę na podróż. Tym razem będzie to coś z klasyków, bo muszę odpocząć od młodzieżówek.

*Szklany tron*
Sarah J. Mass

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Throne of Glass
*Tłumacz:* Marcin Mortka
*Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2013
*Liczba stron:* (w moim wydaniu) 520
*Wydawnictwo:* Uroboros


*Krótko o fabule:*
"Siedemnastoletnia Celaena jest wyszkoloną zabójczynią, jedną z najlepszych, popełniła jednak fatalny błąd. Została złapana i skazana na dożywotnią niewolniczą pracę w kopalni soli Endovier, lecz otrzymuje ofertę od księcia Doriana. Celaena musi walczyć na śmierć i życie w turnieju o tytuł królewskiego zabójcy. Jeśli wygra - będzie wolna, jeśli przegra - jej wybawieniem będzie śmierć. Uczestnicy turnieju giną w tajemniczych okolicznościach. Czy Celaena zdoła zdemaskować zabójcę, zanim sama stanie się ofiarą?

*Moja ocena:*
Przez wiele miesięcy czytałam pełne ekscytacji recenzje tej książki. I za każdym razem bardziej napalałam się na przeczytanie tej powieści. Rzadko kupuję młodzieżówki, ale po tak wielu poleceniach postanowiłam się w nią zaopatrzyć. Na początku zaznaczę, że moje odczucia mogły być lekko związane z kacem książkowym po "Słowach Światłości". No, ale jak podobała mi się ta książka?
Przede wszystkim wypełnia mnie jedno uczucie - rozczarowanie. Naprawdę spodziewałam się czegoś niesamowitego, a w ostateczności dobrej lektury. Niestety, to co dostałam zgoła różni się od tego czego oczekiwałam. 
Zacznijmy od tego, co moim zdaniem najbardziej kuleje, czyli postać głównej bohaterki - Celaeny. W ogóle to imię sprawiło mi trochę trudności, bo ciągle zastanawiałam się jak to przeczytać, może poratujecie? Dziewczyna ma siedemnaście lat, ale od dziecka uczy się fachu zabójcy. To chyba normalne, że chciałam zobaczyć heroinę z tzw. jajami? I wydaje się, że autorka czasami starała się ją w ten sposób zarysować wkładając jej w usta cięte riposty. Ale w innych momentach dziewczyna zachwycała się pięknymi sukniami, biednymi pieskami i rumieniła się co kilkadziesiąt stron. Trochę jakby miała rozdwojenie jaźni. Ten fakt sprawił, że kiedy próbowała być silną kobietą wydawało mi się, że jedynie udaje, bo tak naprawdę jest po prostu mdłą dziewuszką. Przeszkadzało mi również to, że ciągle mówiła jak to nie wypatroszy kogoś z otaczających jej ludzi. Powyrywa języki, wydłubie oczy i tak dalej. Brzmiało to jak czcze pogróżki, bo przez całą powieść nie widziałam w jej czynach grama brutalności. A krowa, która dużo ryczy mało mleka daje. Czy coś. 
 Co do reszty bohaterów - polubiłam tylko Chaola. Był jedyną postacią, której charakter był stały, zdecydowanie go najlepiej autorka wykreowała. Ponarzekam jeszcze na fakt, że podział na tych dobrych i tych złych był tak oczywisty. Czekałam z niecierpliwością na element zaskoczenia w odkryciu kto stoi za zabójstwami w zamku. Myślałam, że tutaj autorka zagra nieszablonowo, nic takiego jednak się nie stało.
Opis fabuły zapowiadał turniej, w którym wybrany zostanie królewski zabójca. W mojej głowie od razu uruchomiły się trybiki pokazując jakie to ciekawe zadania mogą stać przed uczestnikami. Wyobrażałam sobie, że poczytam o czymś podobnym do Turnieju Trójmagicznego w Hogwarcie. No bo przecież w opisie jest napisane "na śmierć i życie"! A co dostałam? Zadania wyglądające jak ćwiczenia z lekcji wychowania fizycznego. Wspinaczka, rzuty sztyletami, strzelanie z łuku, pojedynek. Naprawdę nic ciekawszego nie można było wymyślić? No, ale nie ma co się dziwić skoro autorka większość czasu poświęca na życie uczuciowe naszej bohaterki. Turniej jest potraktowany jak tło wydarzeń, przez co kompletnie zniszczono jego potencjał. 
Po kilkunastu rozdziałach miałam wręcz wrażenie, że cofnęłam się w czasie i znowu czytam blogi z opowiadaniami fantasy. Tak jakby każdy rozdział to po prostu pomysł autorki na nową sytuację: Celaena siedzi w pokoju i ktoś przychodzi. Celaena śpi i ktoś przychodzi. Celaena czyta ksiażkę w bibliotece i ktoś przychodzi. Tak jakby autorka nie potrafiła poruszać się po własnym świecie przedstawionym. Po lekturze okazało się, że dobrze podejrzewałam. Autorka zaczynała pisać w Internecie i tam publikowała swoje prace. Na dodatek inspiracją do "Szklanego tronu" był "Kopciuszek"! To zdecydowanie wyjaśnia dlaczego Celaena zachowuje się bardziej jak dama niż jak zabójczyni. 
W takim razie przejdę może do spraw, które mi się podobały. Na plus zasługuje historia usunięcia magii z krainy, tajemnicze znaki i pojawiające się potwory. Szkoda, że te wątki nie zostały rozwinięte kosztem kilku scen nie wnoszących niczego do fabuły. 
Styl autorki jest dość przystępny, jednak czasami załamywałam ręce nad zdaniami w książce. Pozwolę sobie zacytować: "... był świadom drzemiącego w niej potencjału morderczyni. Zdradzały go mocno zarysowana szczęka, nachylenie brwi..." Może wytłumaczycie mi dlaczego zarysowana szczęka jest wyznacznikiem potencjału morderczyni? Ja nie mam pojęcia.
Wiem, że wiele z Was bardzo lubi tę serię. Może gdybym nie miała tak wysokich oczekiwań znalazłabym w niej coś co mogłoby mi się spodobać. Albo gdybym była młodsza te kilka lat. Do tego na półce leży druga część po angielsku, a już dawno chciałam przeczytać książkę w obcym języku. Może właśnie ta pozycja będzie się do tego nadawała.
Napiszcie mi proszę, czy kolejne części podobały się Wam bardziej niż pierwsza, czy raczej seria trzyma taki sam poziom. Ja wciąż nie jestem zdecydowana czy będę kontynuować przygodę z Celaeną. Widać, że autorka bardzo się do niej przywiązała, bo wszystkie z jej wydanych książek traktują o tej bohaterce. Może to nie jest dobry pomysł, żeby zamykać twórczość na jednej postaci.
Dobrze, ponarzekałam, więc kończę.
Mam nadzieję, że nie trzeba Wam tłumaczyć, że każdy ma inny gust ;)
Oczywiście czekam na komentarze!

źródło 1 obrazka
źródło 2 obrazka

sobota, 15 sierpnia 2015

#28 - 'Słowa Światłości' Brandon Sanderson

W upale ciężej mi się myśli. Nawet czytanie musiałam sobie dawkować na poranki i wieczory. Szczególnie, że "Słowa Światłości" przynosiły mi ten dziwny rodzaj przyjemności czytelniczej - kiedy nie chcę szybko skończyć, a wręcz marzę o zanurzaniu się w poszczególnych rozdziałach i powolnym przyswajaniu sobie nadciągających fal emocji.
Od przeczytania pierwszej części - "Drogi Królów" minęło dość sporo czasu, a drugi tom leżał na najbliższej półce i mnie kusił. No i w końcu skusił.

*Słowa Światłości*
Brandon Sanderson

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Words of Radiance
*Tłumacz:* Anna Studniarek
*Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2014
*Liczba stron:* (w moim wydaniu) 960
*Wydawnictwo:* MAG

"Musisz spojrzeć światu prosto w oczy, zobaczyć jego ponurą brutalność. Musisz przyjąć jego zepsucie. Żyć z nim. To jedyny sposób, by osiągnąć coś znaczącego."

Fabuły nie zdradzam, ponieważ jest to kontynuacja "Drogi Królów". 


*Moja ocena:*
 Znacie to uczucie kiedy po przeczytaniu świetnej pierwszej części obawiacie się zabrać za kontynuację? A co jeśli czeka nas zawód? Jeśli autor nie sprosta poprzeczce, którą notabene sam sobie postawił? Dopadło mnie to po "Drodze Królów". Bo ja rozumiem napisać jedną genialną cegłę, ale żeby mieć w planach takich dziesięć i nie znudzić czytelnika? Trudne. Ale widocznie możliwe.
Brandon Sanderson zaskarbił sobie moją ciekawość. Trochę poszperałam w Internecie i nie mogę uwierzyć, że to nie jest robot. Można znaleźć całą rozpiskę w których miesiącach pracuje nad danym cyklem. Bo Archiwum Burzowego Światła nie jest jego jedynym projektem, a skąd! Na jego oficjalnej stronie znajdujemy takie kwiatki: od stycznia do marca pisał Firefight, w kwietniu skończył Legion: Skin Deep, w maju zajął się The Aztlanian, itd. To sprawia, że naprawdę chce mi się płakać, że na kolejną część Archiwum Burzowego Światła będzie trzeba jeszcze poczekać.
Z tym światem, światem Rosharu, trudno jest się rozstać. Rzadko mi się zdarza, że staram się przeciągać czytanie ostatnich rozdziałów, bo nie chcę zostawiać bohaterów. W tym przypadku tak było i całe popołudnie snuję się po domu nie wiedząc gdzie się podziać. Sanderson sprawił, że świat fantastyki zdobył kolejną perłę. A nawet cały cykl pereł, mam nadzieję.
W "Słowach Światłości" poznajemy dalsze losy naszych bohaterów. Autor skupia się przede wszystkim na Shallan Davar wplatając między rozdziały retrospekcje z jej przeszłości. Wydawać by się mogło, że dobrze urodzona jasnooka powinna mieć życie usłane różami, okazuje się jednak zgoła inaczej - retrospekcje kończą się niezłą niespodzianką. Na tym książka znowu zyskuje w moich oczach. Bohaterowie są dynamiczni, zmieniają się na kartach powieści, podejmują trudne decyzje. Kibicujemy im, ale czasami biadolimy nad ich czynami, bo wiemy, że mogą prowadzić do trudnych dla nich sytuacji. I tak właśnie powinno być, bo przecież nie ma idealnych ludzi. Jestem zachwycona tym, co napędza postaci do podejmowania akcji. Nikt tutaj nie zachowuje się w dany sposób, bo "tak". Postępowanie jest podparte przeszłością bohaterów, ale możemy też widzieć jak inni wpływają na ich czyny. Kaladin, Shallan, Adolin, Dalinar - wszyscy mają do wykonania zadanie, które sami sobie postawili i do którego dążą. Dodatkowo, pojawia się aspekt na który oczywiście czekałam, czyli zalążki wątków miłosnych. Zwróćcie uwagę, że to dwie niemal tysiącstonnicowe powieści, a dopiero teraz autor insynuuje nam gdzie mogą pojawić się głębsze uczucia. Sceny te czytało się z uśmiechem na ustach, muszę złożyć gratulacje za tak niebanalne poprowadzenie związków między bohaterami. 
Oczywiście dobrze wykreowani bohaterowie powieści nie czynią. Przejdźmy do świata przedstawionego. Dla mnie to prawdziwy majstersztyk. Mogłabym zanudzić Was opisywaniem poszczególnych elementów, który mnie zaczarowały, ale po co zdradzać za dużo? Autor sam wspomina, że stworzył cały świat od nowa: nowe ekologie, kultury, które nie są po prostu analogią do ziemskich odpowiedników (co niestety często w fantastyce się zdarza). Inspirował się oczywiście znanymi przez nas zjawiskami. Jako przykład podam fakt, że w Archiwum Burzowego Światła kobiety ukrywają jedną z dłoni, pokazanie jej jest czymś bardzo intymnym. Inspiracją była tu kultura Koreańczyków, którzy ukrywają spody swoich stóp. O wszelkich innych przykładach można przeczytać w wywiadzie, którego link podam na koniec.
Uważam, że jest coś niesamowitego w tym jak autor potrafi utrzymać uwagę czytelnika. Wiadomo, że to zawsze jest wyzwanie, a co dopiero przy takim tomisku! Jednak w "Słowach Światłości" wszystko wydaje się interesujące, a każda scena potrzebna. Sanderson doprowadził do perfekcji wprowadzanie nowych bohaterów i ich wątków. Wszystko jest powiązane, a my mamy ogromną frajdę w doszukiwaniu się tych smaczków. Po tej części mamy pojęcie o tym, co czeka naszych bohaterów, widzimy cel fabuły, jednak kompletnie nie potrafię się domyślić jak będzie wyglądał ciąg dalszy. Autor może poprowadzić historię w jakimkolwiek kierunku i ta zagadkowość tylko podsyca mój apetyt.
Co do wydania, napisałam już wiele w recenzji poprzedniej części. Podtrzymuję zdanie, że jest to jedna z najlepiej wydanych książek - pojawiające się co jakiś czas obrazki, rozdziały opatrzone indywidualnym znakiem dla każdego z naszych bohaterów. Co prawda czcionka raczej mała, ale wolę to niż dołożenie dodatkowych stron. I tak ciężko się trzyma tę cegiełkę podczas czytania ;)
"Słowa Światłości" potwierdzają, że w przypadku tej serii mamy do czynienia z kolejnym ważnym dziełem w historii fantastyki. Świat przedstawiony, dynamiczni bohaterowie i zagadkowa fabuła sprawiają, że czytelnik (a szczególnie fan gatunku) nie może przejść obojętnie. Dodajmy do tego garść ideałów rycerskich, którym bohaterowie starają się (z różnym skutkami) sprostać. Osobiście, nie pamiętam kiedy czytałam równie ciekawie ujętą kwestię honoru jak na kartach tej powieści. 
Mogę jedynie dodać, że ostatnie rozdziały sprawiły, że krzyczałam podczas lektury z emocji. Autor znowu zaserwował nam kilka niespodzianek i pozostaje czekać niecierpliwie na kolejną część!
Moja ocena: 10/10

link do wywiadu z autorem > http://drogakrolow.pl/pytania-czytelnikow/
obrazek z deviantartu
strona autora

wtorek, 11 sierpnia 2015

#27 - Zalotny Tag Książkowy

Zalotny Tag Książkowy (The Courtship Book Tag) to pierwszy tag na blogu. Zostałam nominowana przez Aivalar z bloga Rude pióro, za co bardzo jej dziękuję!
Ta notka powstała jako zapychacz czasu, bo chwilowo zaczytuję się w "Słowach Światłości" Sandersona. Jeżeli ktoś widział ją na półce w księgarni to wie, że trochę tekstu tam jest ;)
Nie przedłużając!

FAZA PIERWSZA: ZAUWAŻENIE 
Książka, którą kupiłam ze względu na okładkę.


Ok, jestem wzrokowcem. Ale nigdy nie kupiłam książki jedynie ze względu na okładkę. To po prostu nie w moim stylu. Najczęściej kieruję się opiniami o danej lekturze, później opisem. Ale okładka to dla mnie tylko dodatek do całości - dobrze jeżeli pozytywny dodatek. 
Wrzucę jednak okładkę, która przyciągnęła mój wzrok i w połączeniu z opisem i opiniami zachęciła do czytania. Będą to "Tygrysie Wzgórza" Sarity Mandanny. Swojego czasu byłam fanką wszystkiego co ma związek z Indiami i dlatego nawet zdjęcie na okładce mnie nie odstraszyło, a nawet mnie zaczarowało. Zielony, który zazwyczaj mnie odstrasza, w tym przypadku prezentuje się cudownie.



FAZA DRUGA: PIERWSZE WRAŻENIE
Książka, którą kupiłam ze względu na opis.


To już bardziej dla mnie prawdopodobne. W tym miejscu, co prawda jest książka, którą wypożyczyłam, ale później jej kontynuację już zakupiłam. Niestety do tej pory nie mogę trafić na tę pierwszą część w księgarni. 
A jest to "Odnaleźć swą drogę" Aleksandry Rudy. Załączam opis, który mnie przekonał:
"SOLIDNA PORCJA MAGII I HUMORU
Ze szczyptą lubczyku

Nic nie jest proste, gdy pochodzisz z maleńkiej mieściny, aspirujesz do ukończenia renomowanego Uniwersytetu Nauk Magicznych, a twoje imię jest kompletnie niemagiczne.
Tymczasem…
Ola Lacha – dziewczyna o ciętym języku i wyjątkowym wdzięku – wyrasta na mistrzynię magii wykreślnej.

Trochę pieprzu, ciut mięty, sporo erotyki, wielka przyjaźń i duża łycha magii.
Z Olą Lachą, półkrasnoludem Ottonem, uzdrowicielką Lirą, nekromantą Irgą i trollami żądnymi hardcore’owych przygód nie można się nudzić."
Jest to opis z okładki książki.


FAZA TRZECIA: SŁODKIE ROZMÓWKI
Książka ze świetnym stylem pisarskim.

Jest naprawdę wiele pozycji pasujących do tego zdania. Mogłabym tu wspomnieć chociażby Ćwieka, Raduchowską, Douglas'a Adams, Margaret Mitchell i wiele wiele innych. Postawię jednak na styl, który porusza trochę inne obszary naszego ciała. Nie powołuje się na nasz umysł, ale na duszę i serce. Czytałam tylko jedną pozycję tej autorki, ale zaczarowała mnie i przeniosła w inny stan. Jest to "Dama w lustrze" Virginii Woolf. Pamiętam, że sięgnęłam po nią przypadkowo. Początek mnie zszokował sposobem narracji, a później już zostałam porwana w świat pani Woolf. Polecam, szczególnie osobom wrażliwym na piękno.

 

FAZA CZWARTA: PIERWSZA RANDKA
Pierwszy tom serii, który sprawił że chciałam się zabrać za kolejne.

 W tym przypadku znowu jest mnóstwo kandydatów. Szczególnie, że rzadko spotykam tom, który odrzuca mnie od wizji przeczytania reszty historii. Jednak są oczywiście takie, które sprawiają, że muszę jak najszybciej sięgnąć po resztę. Tak było np. z Igrzyskami Śmierci, czy Drogą Cienia. Wybiorę jednak w tej kategorii coś mniej znanego, nie rozumiem dlaczego. Bo dla mnie to jedna z przyjemniejszych trylogii fantasy o tytule "Sekta zabójców", której autorką jest Licia Troisi. Sięgnęłam po nią zupełnym przypadkiem, a wciągnęła mnie niesamowicie. I dalsze części były jeszcze lepsze.




FAZA PIĄTA: NOCNE ROZMOWY TELEFONICZNE
Książka, przy której przetrwałam noc.

I znowu - to nie w moim stylu. Nigdy w życiu nie czytałam książki przez całą noc. Bardzo często zdarza mi się sytuacja "jeszcze jeden rozdział i idę spać", a później pochłaniam o wiele więcej. Jednak nigdy tak, żeby w ogóle nie położyć się spać. Dlatego lekko zmienię kategorię na książkę, przy której zasiedziałam się w nocy. Takich było o wiele więcej, nawet ostatnio kilka razy zarwałam nocki, żeby poczytać. Ale króluje tutaj saga "Wiedźmin" Andrzeja Sapkowskiego. Kolejne części się po prostu pochłaniało, co jakiś czas wybuchając śmiechem, żeby później czytać z wypiekami na twarzy. 

FAZA SZÓSTA: ZAWSZE W MYŚLACH
Książka, o której nie mogę przestać myśleć.

 Zazwyczaj nie mogę przestać myśleć o książce świeżo po przeczytaniu. Wiadomo, że z czasem to się zaciera i pojawia się coś nowego, co porywa nas w swój świat. Na pewno długo myślałam o "Złodziejce książek" Markusa Zusak. To co ona ze mną zrobiła emocjonalnie to naprawdę w głowie się nie mieści. Po prostu wycisnęła ze mnie całe morza łez, ledwo widziałam co czytam podczas lektury. I kończąc ostatnie strony po prostu mnie zamurowało i kilka dni chodziłam jak struta. Podejrzewam więc, że pasuje do tej kategorii.

Mam to wydanie i je uwielbiam. Jedno z najlepszych z jakimi się spotkałam!



FAZA SIÓDMA: ZAWSZE W MYŚLACH
Książka, którą kocham za towarzyszące przy niej uczucia.

  To zdecydowanie jest jedna z najlepszych cech towarzyszących czytaniu książek. Ten dreszczyk, który wędruje po kręgosłupie, przez który nie możesz usiedzieć w miejscu. W żołądku cię skręca i mówisz, a nawet krzyczysz do bohaterów podpowiadając co mają robić. A później rozpływasz się w fali zalewających cię uczuć. Zdarzyło mi się to nawet wczoraj podczas czytania "Słów Światłości", aż siostra się dziwnie na mnie patrzyła. (Swoją drogą, ona czyta "Drogę Królów", z mojego polecenia. Śmiesznie jest obserwować jak siedzimy z tymi niemal tysiącstronnicowymi tomiskami przy wspólnym stole!). 
Wybieram tutaj jednak pierwszą książkę, która wzbudziła takie silne emocje. Wcześniej czytałam zwykłe obyczajówki, ale kiedy starsza siostra zabrała się za tę powieść i czytała mi fragmenty na głos to musiałam sama się z nią zapoznać. Byłam chyba wtedy w podstawówce. I porwała mnie historia opisana w pięknej książce. Mowa o "Dziejach Tristana i Izoldy" Josepha Bediera. Kultowy romans. Nie wiem czy dalej by mi się podobał, ale z sentymentu nie mogę zapomnieć o towarzyszących mi uczuciach przy pierwszym czytaniu tej książki.


FAZA ÓSMA: SPOTKANIE Z RODZICAMI
Książka, którą chcę polecić rodzicom i znajomym.


Tutaj jest rozróżnienie, bo pewnie inną książkę poleciłabym znajomym a inną rodzicom. Ale jeżeli miałabym wybrać jedną pozycję to mogłaby to być przykładowo książka "Zabić drozda" Harper Lee. Przede wszystkim jest to pozycja, którą każdy powinien przeczytać. Tyle w niej mądrości pośród pięknej historii. To taka książka, którą po prostu można polecić wszystkim !







FAZA DZIEWIĄTA: MYŚLENIE O PRZYSZŁOŚCI
Książka, którą wiem, że będę ją czytała wiele razy w przyszłości.

To, że lubię czytać nie jest tajemnicą. Jednak zdecydowanie jestem osobą, która czyta dane pozycje tylko raz. Wiem, że może się to zmienić w przyszłości, kiedy będę chciała sobie coś odświeżyć. Teraz każda przeczytana pozycja zostaje ze spokojem odłożona na półkę.
W kategorii jest słowo "wiem". A to słowo zobowiązuje. Nie "przypuszczam", "myślę, że", "podejrzewam", tylko "wiem". Dlatego odpowiedź może być tylko jedna. Jak miliony osób na świecie, książka do której na pewno będę wracać to oczywiście saga "Harry Potter" J. K. Rowling. Dodatkowo - już jest to cykl, do którego wiele razy wracałam. Mam tak tylko z tą pozycją, że potrafiłam dobrych kilka razy czytać tę samą część. Po prostu magia całą parą ;)

FAZA DZIESIĄTA: DZIELENIE SIĘ MIŁOŚCIĄ
Kogo taguję?


I wszystkich, którzy chcieliby go zrobić! :)

Napiszcie czy zgadzacie się z moimi wyborami! I nie rozpuśćcie się w tym ukropie! Pijcie dużo wody! :)
PS. Założyłam facebooka. Na razie tam niewiele, ale może się to zmieni! Zapraszam!
https://www.facebook.com/magielkulturalny

piątek, 7 sierpnia 2015

#26 - 'New Girl', czyli Jess, chłopaki i terapia śmiechem!

Patrząc na moje przygody z serialami niewiele jest takich, które przetrwały próbę czasu. Często zniechęcam się po kilku sezonach. I nawet wspomnienia dobrych odcinków nie potrafią mnie namówić do powrotu do oglądania. Tak było z Glee, Pretty Little Liars czy The Vampires Diaries. Trzeba też dodać, że akurat te były typowymi młodzieżowymi serialami, ale do pewnego momentu dobrze mi się je oglądało. Dziś będzie jednak o serialu, który taką próbę przeżył. A dlaczego - przekonacie się w moim poście ;)


Fabuły 'New Girl' nie trzeba długo przedstawiać. Opiera się ona na banalnym pomyśle - Jess (Zooey Deschanel) szuka mieszkania po zdradzie jej chłopaka. Przez ogłoszenie ląduje na kanapie w olbrzymim lofcie, w którym mieszka trzech zabawnych gości - Schmidt (Max Greenfield), Nick (Jake Johnson) i Coach (Damon Wayans Jr.). Początkowy opór w mieszkaniu z dziewczyną zostaje przełamany kiedy Jess wspomina, że jej najlepsza przyjaciółka jest modelką - Cece (Hannah Simone). I dalej serial pokazuje codzienne życie tej pokręconej paczki.
Zacznę od tego, że serial przydał mi się wielokrotnie w życiu studenckim. Może sami kiedyś to przeżyliście - zrobiliście sobie ogromny obiad, zabieracie go do pokoju i dopada Was jedno - mam teraz jeść i gapić się w ściany? Pewnie, że nie! Lepiej coś obejrzeć. Problem polega na tym, że nie przepadam za dzieleniem filmu, więc wolę nie oglądać fragmentu i później przypominać sobie co mimochodem obejrzałam. Seriale też zazwyczaj są za długie. Ale "New Girl" jest wyjściem idealnym. Każdy odcinek trwa tylko 20 minut, nie trzeba się zanadto skupiać, rozrywka jest przednia. Trzeba tylko uważać, żeby nie zakrztusić się jedzeniem podczas niektórych żartów.
Bo właśnie to jest siła tego serialu. Scenariusz, który nie prowadzi akcji do przodu, ale pokazuje nam życie codzienne tych niecodziennych ludzi. I trzeba przyznać, że liczba takich wariatów zazwyczaj nie przypada na tak niewiele metrów sześciennych.
No dobrze, ale kogo my tu mamy? Tytułową bohaterką jest Jess. Podobno początkowo rolę jej miała grać Amanda Bynes, całe szczęście, że się to nie udało. Wiem, że co do grającej ją Zooey zdania są podzielone, ale ja nie potrafiłam nie polubić tej zdziecinniałej, infantylnej, pokazującej masę emocji dziewczyny. Czasami gdy oglądam jej sceny myślę, że były one po prostu improwizowane tak bardzo pasują do aktorki.
Rzadko się raczej zdarza, że wszystkie postaci darzę sympatią, ale tutaj właśnie tak jest. Schmidt (szczególnie w pierwszych dwóch sezonach) jest irytująco zabawny, to pierwsze serialowe źródło humoru. Przesadnie dba o wygląd, ma porządną posadę, wyrywa dziewczyny, ale dziwnym trafem pasuje do tego loftu. Dołączamy do tego Nicka, czyli życiowego nieudacznika - rzucił studia prawnicze, zabrał się za pracę w barze i pisze książkę o zombie. A w uczuciach jest równie nieporadny jak w życiu zawodowym. Trzecim współlokatorem w pierwszym odcinku jest Trener. Jednak aktorowi niespodziewanie przedłużyli serial, w którym grał wcześniej. Jego rolę przejął Winston (Lamorne Morris), który pojawił się jako kumpel Nicka z dzieciństwa, powracający z Ukrainy, gdzie grał w koszykówkę. W pierwszych sezonach było widać, że jest to taka postać 'na dostawkę', tak jakby twórcy nie mieli za bardzo pomysłu jak rozpisać jego historię. Jednak im dalej tym bardziej go polubiłam. Teraz tylko czekam aż Winston rzuci jakimś idiotycznym tekstem, a także na wszystkie jego sceny z kotem!
 Zastanawiam się jak to jest z tym serialem, że nawet po dłuższych przerwach w oglądaniu wciąż mam ochotę do niego wracać. Ta długość odcinków na pewno ma jakiś wpływ, ale przecież zdarza mi się oglądać kilka pod rząd. Wydaje mi się, że po prostu miło jest popatrzeć na ludzi, wszystkich w okolicy trzydziestki na karku, którzy borykają się z podobnymi problemami co my. Tylko że z wszystkiego wychodzą z uśmiechem na twarzy i workiem optymizmu. Do tego każda z postaci jest przerysowana - aktorzy przeginają, ale każdy w inną stronę. Wydaje mi się, że dla nich to też musi być kupa zabawy, kiedy koledzy wyczyniają takie rzeczy na planie! Śpiewy, tańce, dziwnie wypowiadane kwestie - tego w serialu jest naprawdę dużo i mi w ogóle nie przeszkadza. Pozwala mi nawet uwierzyć, że na świecie jest dużo więcej pozytywnych freaków, niż myślałam! I najpiękniejsze jest to, że mimo różnic między bohaterami przyjaźń trwa w najlepsze. Wszyscy się wspierają, na swój sposób starają się pomóc reszcie (co nie zawsze, a raczej rzadko dobrze się kończy ;p). Oglądając ten serial miałam ochotę szukać nowych mieszkań tylko po to, żeby poznać taką paczkę i stać się jej częścią. A później grać z nimi w 'drunking game'. Po czterech sezonach wciąż nie wiem o co w niej chodzi !
Matko jedyna, jest tak wiele świetnych gifów z tego serialu, że nie wyrabiam z wybieraniem. Pewnie przez to dłużej będzie się ładował post, ale chyba warto ;)
Już na koniec wspomnę o zabawnej ciekawostce. W pierwszym sezonie twórcy musieli zwracać uwagę Zooey i Jake'owi, żeby ograniczyli kontakt fizyczny na planie - podobno wytwarzali za dużo chemii na ekranie!
Serial polecam wszelkim fanom komedii. Naprawdę wątpię, żebyście się na nim wynudzili. A jeżeli nastąpi chwila zwątpienia po którymś odcinku - odłóżcie go. Później może przyjść moment, że zapragniecie do niego wrócić. Tak było ze mną. I mimo kilku słabszych momentów wciąż będę go oglądać, bo zżyłam się z tą paczką przyjaciół!
I Winston przekazuje Wam siłę do dalszego blogowania !

Oglądacie 'New Girl'? Jak wrażenia?
A może Was przekonałam, żebyście dali mu szansę?
Na koniec zarzucam zwiastunem (warto zobaczyć do końca - śpiew chłopaków rozbraja!):


wtorek, 4 sierpnia 2015

#25 - 'Chłopcy 3. Zguba' Jakub Ćwiek

Nie było mnie tu jakiś czas, ale pisałam już Wam, że wszystko przez Woodstock. Byłam drugi raz i wciąż uważam, że to najpiękniejszy festiwal świata. Mam nadzieję, że uda mi się wrzucić kolejną notkę o którymś z zespołów grających na tegorocznym Woodstocku.
A pozostając trochę w klimacie przeczytałam kolejną część Chłopców Jakuba Ćwieka. O pierwszych dwóch pisałam (niewiele) na portalu lubimyczytać. Do tego jeszcze chyba nie wspominałam, ale kocham serię o Kłamcy tego autora. No, ale jak wrażenia po Zgubie?


*Chłopcy 3. Zguba*
Jakub Ćwiek

*Język oryginalny:* polski
*Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2014
 *Liczba stron:* (w moim wydaniu) 346
*Wydawnictwo:* SQN


"- Jak matka znajdzie to u ciebie, młody, obaj mamy przesrane jak toi-toi na pielgrzymce."



*Krótko o fabule:*
"Krótkie wakacje Dzwoneczka nieomal kończą się tragedią. Gdy wróżka budzi się po wielomiesięcznej śpiączce, odkrywa, że całe życie, jakie znała, to tylko twór podświadomości, a prawda jest… zupełnie inna. Jaką rolę w intrydze odgrywa Cień i sam Piotruś Pan? I gdzie podziali się Chłopcy? Za odpowiedzi na te pytania Dzwoneczek będzie musiała zapłacić wysoką cenę. O ile w ogóle zdąży je poznać…"  


*Moja ocena:*
 Za trzecią część Chłopców zabierałam się przez długi czas. Dwie poprzednie części wspominam bardzo przyjemnie, ale po prostu nie miałam jakoś ochoty na ten typ humoru. Jakże się zdziwiłam, kiedy się okazało że trzecia odsłona przygód członków Nibylandii tak różni się od poprzedników.
Seria zaczęła się tak jak książki o Kłamcy - od dwóch tomów opowiadań. I to jakich opowiadań! Zabawnych, z jajem, barwnymi postaciami i świetnym pomysłem. No bo trzeba mieć nierówno pod sufitem (wybacz Jakub!), żeby wymyślić coś takiego! Piotruś Pan jako kompletny świr, Dzwoneczek jako szefowa gangu Chłopców z Nibylandii? Akcja rozgrywająca się w wesołym miasteczku, rządzonym przez dorosłych, którzy pozostali jednak dzieciakami, jeżdżącymi na motocyklach w skórzanych kurtkach? Dodajmy do tego styl pana Ćwieka i mamy naprawdę bombę czytelniczą!
Przyznam jednak, że ta część mnie zadziwiła. Nie ma już tutaj tak kolorowych przygód, tyle śmiechów i braterstwa. Autor zdecydowanie postanowił dać kopa swojemu światu przedstawionemu i zamiast zbioru opowiadań mamy do czynienia z pełnowymiarową fabułą. Czy to dobrze? Oczywiście, że tak. Wiadomo, że krótkie historyjki z życia Chłopców były świetną lekturą, jednak ja zawsze wolę konkrety. I do tego klimat tej książki jest zdecydowanie cięższy od poprzedników. Czytając niektóre fragmenty serce mi się krajało na myśl o moich biednych ulubionych bohaterach. To kolejny plus napisania najpierw opowiadań - zżyłam się dzięki nim z Dzwoneczkiem, Kędziorem, Milczkiem i całą resztą na tyle, że od razu przejęłam się ich losem w tej części. 
Podoba mi się wprowadzenie pewnej dozy mroku w niektóre fragmenty powieści. Szczególnie podczas pierwszej 'akcji' Piotrusia Pana w naszym świecie. Jest krwawo, chwilowo obleśnie, brutalnie. A autor z opisami tych sytuacji radzi sobie jak ryba w wodzie. Skoro już o tym mowa, to muszę wspomnieć, że bardzo mi pasuje styl Ćwieka. Nie jest on szczególnie wyszukany, a nawet można powiedzieć, że dość prosty, a przez to przystępny dla czytelnika. Dzięki temu człowiek czyta z szybkością karabinu maszynowego, widząc wszystkie sytuacje od razu oczami wyobraźni. Uwielbiam również wszelkie nawiązania do popkultury - już w Kłamcy było widać, że autor lubi wtrącać od siebie kilka tytułów filmów czy muzyki. Muszę jednak przestrzec niektórych - Chłopcy (a szczególnie ta część) nie są lekturą dla młodych czytelników. Jeżeli przeszkadza Ci przemoc, wulgarny język czy sceny erotyczne odpuść sobie tę pozycję. Ale jeżeli istnieje szansa, że to przebolejesz to sięgaj po Chłopców jak najszybciej!
Nie mogę pisać o tej serii bez wspominania przepięknego wydania. Uwielbiam okładkę, która jest usztywniana, ale nie twarda. Uwielbiam małą czerwoną wstążkę, która służy za zakładkę. Uwielbiam to, że na okładce są zawsze elementy, które błyszczą, gdy patrzy się na nie pod słońce. I uwielbiam, UWIELBIAM szkice znajdujące się w środku. Matko jedyna jakie one są piękne. Na dodatek pojawiają się w każdym rozdziale. To zdecydowanie jedno z najpiękniejszych wydań książkowych!
Pozostaje mi tylko czekać na kolejną część Chłopców, która ma ukazać się na jesieni. Nie mogę się doczekać aż poznam zakończenie tej historii. I muszę mieć całą serię na półce!

Zapomniałabym dodać! Chwała autorowi za piękną dedykację dla Robina Williamsa, który wcielał się w rolę Piotrusia Pana wiele lat temu. I za podziękowania. Naprawdę czuć było autentyczność w tym co pan Ćwiek napisał.

Moja ocena: 8/10

Czytaliście coś Jakuba Ćwieka? Jeżeli nie, to na pierwszy rzut polecam Kłamcę, od którego sama zaczęłam. Chociaż podejrzewam, że Chłopcy potrafią też zaczarować czytelników.

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka