niedziela, 29 listopada 2015

#56 - BookAThon 2015: edycja zimowa

O BookAThonie wielu z Was już słyszało, ale dla tych żyjących w niewiedzy: BookAThon to akcja organizowana przez blogerki - Anitę i Ewelinę - które stworzyły tygodniową listę zadań książkowych. Każdy dzień to jedno wyzwanie, jednak nie musimy koniecznie do kolejnych dni dopasowywać innych pozycji. Tak więc jedną książkę możemy czytać i w trzeci i w czwarty dzień na przykład. Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej to zapraszam do odwiedzenia blogów zalinkowanych powyżej!

Tak wyglądają zadania:
Długo zastanawiałam się czy brać udział w BookAThonie, a wszystko przez to, że na studiach miałam napięty okres - dużo zaliczeń. Jednak po jutrzejszym kolokwium obowiązków trochę ubywa, a sprawozdania na przyszły tydzień załatwiłam już dzisiaj. Tak więc podejmę się, nawet jeżeli miałabym nie sprostać wyzwaniom :)

Poniedziałek, 30.11.2015, książka z czymś czerwonym na okładce
Chłopcy 4. Największa z przygód Jakub Ćwiek
i czerwony krawat Pana Propera!

Wtorek, 01.12.2015, książka z listy 100 tytułów BBC
Złoty kompas Philip Pullman
troszkę oszukuję, bo książkę już zaczęłam czytać, ale pasuje idealnie ;)

Środa, 02.12.2015, szkolna lektura, której nie przeczytałam
Proces Franz Kafka
akurat to nie była moja lektura, ale osoby z rozszerzonym językiem polskim musiały ją przeczytać

Czwartek, 03.12.2015, książka, która zdobyła nagrodę literacką
Posłaniec Markus Zusak
według wikipedii za Posłańca Zusak dostał pięć nagród

I dwa kolejne dni postanowiłam połączyć z powyższymi, ponieważ boję się braku czasu. Jednak jeżeli uda mi się przeczytać wszystkie inne książki to dorzucę jeszcze jakąś pozycję pasującą do wyzwania!

Piątek, 04.12.2015, książka, którą wybrała dla Ciebie inna osoba
Posłaniec, Marcus Zusak - polecenie siostry
Sobota, 05.12.2015, książka polskiego autora
 Chłopcy 4. Największa z przygód, Jakub Ćwiek
 Niedziela, 06.12.2015, przeczytaj przynajmniej 1500 stron
Każda z powyższych książek ma około 400 stron, więc 4x400 = 1600 ;) Dokładnie policzę już po przeczytaniu!

 W tej akcji podoba mi się to, że nikt nie narzuca nam, że musimy przeczytać sześć książek w ciągu tygodnia. Jeżeli wybierzemy mniej, to też się liczy i nikt nas z akcji przez to nie wyrzuci ;) Dlatego zachęcam Was do dołączenia do zabawy, nawet jeżeli macie mniej czasu na czytanie!
Kto z Was ma zamiar wziąć udział? I co myślicie o moich planach?

środa, 25 listopada 2015

#55 - Kosogłos. Część 2 (2015)

Tytuł oryginalny: The Hunger Games: Mockingjay. Part 2
Reżyseria: Francis Lawrence
Scenariusz: Danny Strong, Peter Craig
W rolach głównych: Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth, Woody Harrelson, Donald Sutherland, Julianne Moore
Produkcja: USA
Gatunek: akcja, s-fi

*recenzja może zawierać spoilery, jeżeli nie czytaliście książek (nie wiem czy takie osoby istnieją)*

Nie wiem czy już wcześniej się Wam chwaliłam, ale to chyba rzecz oczywista - jestem fanką Igrzysk Śmierci. Pamiętam, że czytanie tej trylogii zajęło mi dwa dni i długo nie mogłam się po niej otrząsnąć. Dlatego co roku wybierałam się do kina na kolejną część ekranizacji. I teraz, mimo zaliczeń na studiach, wyrwałam się w poniedziałek na seans ostatniego filmu z serii.
Muszę przyznać, że jestem przeciwniczką dzielenia jednej książki na dwa filmy. Uważam, że przez to ekranizacja traci trochę na ciągłości i budowaniu napięcia. W tym przypadku w miarę szybko wbiłam się w wydarzenia, które rozpoczął poprzedni film, jednak wciąż sądzę, że takie podziały to kwestia zarobienia większych pieniędzy. Ponadto, jestem przekonana, że reżyser udźwignąłby stworzenie Kosogłosa w jednej części. I to jest moje zdanie z takiej bardziej obiektywnej strony. Jednak subiektywnie, w głębi serca, cieszę się, że mogłam przedłużyć to oczekiwanie o kolejny rok i ponownie trafić do świata Panem.
Francis Lawrence już wcześniej udowodnił, że w tym świecie czuje się doskonale. Oglądając ekranizacje wciąż przytakiwałam na rozwiązania zastosowane w Kosogłosie. Całość jest naprawdę bliska moim wyobrażeniom, które sobie wytworzyłam podczas czytania książki, za co należą się brawa.
Wiele osób uważa trzecią część trylogii za najgorszą, jednak dla mnie jest zdecydowanym numerem jeden. W tej części dystopii najwięcej mamy oryginalności w porównaniu z morzem innych książek młodzieżowych z gatunku. Uwielbiam podejście Collins do braku podziału na dobrych i złych - w trylogii nic nie jest jednoznaczne. Czy Coin byłaby lepszym prezydentem niż Snow? Czy Gale nie jest zaślepiony przez ciągłą walkę? Widzimy, że nawet postacie, które przy pierwszym spotkaniu określilibyśmy jako pozytywnych bohaterów mogą zmienić swoje oblicze, bądź pokazać nam to wcześniej ukrywane.
Przejdźmy może do aktorów, bo tutaj wyczułam problem filmu. Jennifer Lawrence uwielbiam, uważam że jej naturalność w odgrywaniu tak różnych charakterów jest zadziwiająca. Od początku uważałam, że z rolą Katniss poradziła sobie idealnie i nie zmieniam swojego zdania. Nie wiem czy osoby znające książkę mogą się jej czepiać - w końcu taka miała być jej postać. Niezbyt ekspresyjna, ale pewna siebie. No i mamy do kompletu Josh'a, który w poprzednich częściach był ucieleśnieniem Peety po prostu i tworzył z Lawrence świetną parę. Ona wciąż pesymistyczna i naburmuszona, a on trzymający ją na duchu, zapatrzony jak w obrazek. I w tym wydaniu sprawdzał się w stu procentach. Jednak grając Peetę po przejściach nie wypada już tak wspaniale. W ogólnym rozrachunku jego rola nie wadzi, ale dla osoby, która akurat aktorstwem się interesuje, sprawia wrażenie zagrywania się w pewnych momentach. A czasami mniej znaczy więcej.
Jednak nic nie zatrze złego wrażenia, które zostawił po sobie Liam w roli Gale'a. Jest to postać, którą bardzo polubiłam w książce, szczególnie w Kosogłosie, kiedy widać było jego chęć walki i uczestnictwa w rebelii. A na ekranie mamy przystojniachę, który recytuje swoje teksty i jest tak mdły, że aż... mdli! Pocieszałam się faktem, że nie dostał za wiele czasu ekranowego (chociaż dla mnie to i tak dostał go za dużo). Żałuję za to, że tak niewiele było Effie i Haymitcha, którzy w ekranizacji dostali nowe życie, przez aktorów ich grających. W ogóle drugi plan w większości spisał się świetnie i trochę żal, że było ich tak niewiele. Trzeba wspomnieć o Samie Claflinie, który był perfekcyjnym Finnickiem, a także o Jenie, która wniosła w film wiele ekspresji, grając Johannę. Na takim tle słabo wypada Moore, która z postaci Coin zrobiła nudną, starą babę. A szkoda.
Muszę powiedzieć jeszcze kilka zdań o kostiumach i charakteryzacji. Czytając książkę obawiałam się, że styliści mogą przesadzić albo w ogóle pokazać świat Kapitolu w nieodpowiedni sposób. Okazało się jednak, że wszystko jest dopracowane i naprawdę należą się brawa! Do tego wspomnę tutaj o wspaniałej kampanii reklamowej. Za każdym razem kiedy pojawiały się plakaty szczęka mi opadała i w jeszcze większym stopniu czekałam na film.
Podsumowując, Kosogłos to naprawdę dobrze zrobiona ekranizacja i fani książek nie powinni być rozczarowani. Reżyser trzyma się wizji autorki, aktorzy starają się odwzorować bohaterów (jednym wychodzi to lepiej, innym gorzej), muzyka dopełnia całości, a sceny akcji - wow. Bez zbędnego przesadyzmu reżyser wprowadził napiętą atmosferę (przy scenie w tunelach myślałam, że zejdę na zawał). Na pewno warto zobaczyć.
Chyba, że nie czytaliście pierwowzoru, bo w takim razie mówię: lećcie do księgarni i nadrabiajcie ;)
I w ogóle to trochę smutno, że to już koniec. Pozostaje jeszcze trylogia na półce, do której zawsze można wrócić!

Można by jeszcze mówić i mówić, ale czekam teraz na Wasze opinie. Widzieliście już ostatnią część Igrzysk Śmierci? Podzielcie się wrażeniami !

piątek, 20 listopada 2015

#54 - 'Cinder' Marissa Meyer

Ze mną już tak jest - zapieram się, że przestaję czytać młodzieżówki, ale nigdy to postanowienie nie dochodzi do skutku. I okazuje się, że czasami wychodzi to na dobre, bo człowiek może się natknąć na coś, co porwie go w stu procentach.
*Cinder*
Marissa Meyer

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Cinder
*Gatunek:* dziecięca, młodzieżowa
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #1 Sagi Księżycowej
*Rok pierwszego wydania:* 2012
*Liczba stron:* (w moim wydaniu) 440
*Wydawnictwo:* Egmont

 "36,28 procent. W takim stopniu nie była człowiekiem."

*Krótko o fabule:*
"Minęło wiele lat od katastrofalnej w skutkach IV wojny światowej, ale mieszkańcy Ziemi wciąż są zagrożeni. Przetaczający się po nieboskłonie księżyc, nazywany tutaj Luną, zamieszkują osobnicy, którzy potrafią wpływać na wolę innych, a na ich czele stoi przerażająca królowa Levana. 
Cinder jest cyborgiem i nie pamięta nic sprzed operacji, podczas której w jej organizm wmontowano części robota.  Dziewczyna pracuje jako mechanik na targowisku i znajduje się pod opieką prawną macochy - Adri. Pewnego dnia, w jej zakładzie zjawia się książę Wspólnoty Wschodniej i zostawia jej zadanie do wykonania. Jak potoczą się losy Cinder i jakie to będzie miało skutki dla całego świata?"

*Moja ocena:*
 Po pierwsze - zerknęłam właśnie na opis wydawcy. NIE CZYTAJCIE TEGO. Matko, cały ten opis to jeden wielki spoiler, który zdradza nawet tajemnice, które zostają odkryte dosłownie na ostatnich stronach książki. Tragedia.
Autorką Cinder jest Marissa Meyer. Przed rozpoczęciem pracy nad Sagą Księżycową napisała książkę, a dokładniej fan fiction na podstawie Czarodziejek z Księżyca. Jak sama o tym mówi, ta pozycja wiele ją nauczyła, m.in. jak przyjmować krytykę. Jej kolejnym projektem stał się ten cykl. Każda z książek w tetralogii oparta jest na znanej nam z dzieciństwa bajce. I tak kolejno, Cinder to nic innego jak Kopciuszek, Scarlet - Czerwony Kapturek, Cress - Roszpunka i Winter - Królewna Śnieżka.
Początkowo oczywiście miałam obawy. Przeczytałam Szklany tron i wiem w którą stronę może pójść taka inspiracja bajką. Postać z jednej strony jest delikatnym i dziewczęcym Kopciuszkiem, a z drugiej bezwzględną zabójczynią. I finalnie kreacja bohaterki siada, bo otrzymujemy dwa charaktery w jednym. Okazało się jednak, że można się inspirować historią, ale dołożyć do tego tak wiele elementów zaczerpniętych z własnej wyobraźni, że czytelnik skupia się jedynie na opowieści, a nie na inspiracji.
Świat przedstawiony w książce to Pekin przyszłości. Po ulicach zamiast samochodów jeżdżą awiary, każdy obywatel ma swój chip osobowości, w pracach domowych pomagają ludziom roboty. Do tego nad Ziemianami ciąży choroba - letumosis, która rozprzestrzenia się w błyskawicznym tempie, zabierając ze sobą żniwo w postaci ludzi w różnym wieku, z różnych warstw społecznych. Muszę przyznać, że autorka opisała świat bardzo przejrzyście, chociaż trochę brakowało mi większej ilości opisów otoczenia. Mimo to, naprawdę możemy wyczuć jak wygląda życie mieszkańców w przyszłości, za co należy się ogromny plus.
Za bohaterów to już należą się brawa. To zazwyczaj jest temat, który najbardziej kuleje w młodzieżowej literaturze fantasy/s-fi. Tutaj mamy tytułową Cinder, której charakter jest spójny od pierwszej do ostatniej strony. Kreując główną bohaterkę na silną osobowość autorka zrezygnowała z westchnień, zemdleń i innych zachowań, które często w tym gatunku możemy zauważyć. Cinder to mechanik-cyborg, zdaje sobie sprawę, że jest wyrzutkiem społeczeństwa i marzy jedynie o tym, żeby się wyrwać. I nie biadoli wciąż nad swoim losem tylko myśli nad sposobem ucieczki i stara się wdrożyć go w życie. Może też brak kanalików łzowych pomógł w wykreowaniu silnej osobowości? Na pewno nie zaszkodził!
Cała gama postaci pobocznych również zadowala. Macocha jest oschła, ale potrafimy zrozumieć dlaczego tak bardzo nienawidzi Cinder. Pearl to nastolatka, na której zachowanie duży wpływ ma matka - Adri. Książę Kai (ach, ten książę!) to młodzieniec, który mimo wieku zdaje sobie sprawę z obowiązków na nim ciążących, ale wciąż pozostaje szarmanckim chłopakiem, pełnym dobrych manier w stosunku do innych. I oczywiście zdarza mu się popełniać błędy, jak to w życiu bywa. Podoba mi się też postać królowej Levany, bardzo jestem ciekawa dalszego ciągu jej historii.
Jeśli obawiacie się sztampowego wątku miłosnego - przestańcie. Po pierwsze nie znajdziecie tutaj typowego trójkąta miłosnego. To było niczym miód na moje serce, mogłam czytać o przygodach dwójki bohaterów i o tym, jak powoli docierali się między sobą, bez zbędnych uniesień i zachwytów nad swoją urodą. Cinder to osoba praktyczna, która długo broniła się przed swoimi uczuciami, dlatego sam wątek nie zajmuje wiele miejsca w książce. No, może pod koniec jest go więcej, ale wtedy tyle się dzieje, że można na to przymknąć oko.
Fabularnie jest naprawdę ciekawie. Przyznam, że na początku nie wciągnęłam się w historię, ale mogło mieć na to wpływ moje nastawienie. Bo raczej od pierwszych rozdziałów dzieje się dużo, jednak ja całą sobą byłam w Pekinie dopiero gdzieś od środka powieści. Oczywiście, nie znaczy to, że początek był nudny, po prostu im dalej tym bardziej zachwycałam się tą pozycją.
Mam nadzieję, że wyłapaliście w tej recenzji kilka małych wad, które widzę w Cinder. Można do nich dodać również ogólną przewidywalność powieści, ale wśród tak wielu zaskakujących detali nie ma co na to zwracać uwagi.
Podsumowując, Cinder to jedna z lepszych młodzieżówek w klimacie fantasy/s-fi, jaką czytałam. Autorka, swoją drogą fanka nie tylko Czarodziejek z Księżyca, ale i Gwiezdnych Wojen, stworzyła oryginalną historię opierając się na znanych schematach, za co należą się ukłony. Przyznam, że nie mogę doczekać się kiedy sięgnę po kolejny tom. Niestety w Polsce na Scarlet przygoda z tą sagą się kończy. Nie wiem dlaczego wydawnictwo nie zdecydowało się na jej kontynuowanie, ale na pewno nie przeszkodzi mi to w zapoznaniu się z resztą w języku oryginalnym.

Mam nadzieję, że nie dziecinnieje skoro książka opisana jako "dziecięca/młodzieżowa" tak mi się spodobała ;) A Wy, znacie Cinder? Koniecznie napiszcie czy zgadzacie się z moim zdaniem.

źródła obrazków - pinterest, deviantart

środa, 18 listopada 2015

#53 - Tolkienowski Tag Książkowy

Moje dni kręcą się aktualnie jedynie wokół studiów. Akurat się nazbierało dużo projektów, sprawozdań, prezentacji i testów. Do tego trzeba zgłaszać tematy pracy magisterskiej, dlatego musicie mi wybaczyć te nieobecności w blogosferze. Mam w planach jeden wpis związany z topkami, a kończę czytać Cinder, więc na dniach powinna pojawić się też recenzja. Ale dzisiaj wpis na luzie, dzięki nominacji od Nieortodoksyjnego (jeżeli nie znacie to wpadajcie - świetny blog!).
Zapraszam na Tolkienowski Tag Książkowy, którego autorem jest Kania Frania.

Drużyna pierścienia, czyli ulubiona książkowa paczka przyjaciół

Pierścień, czyli ulubiona książka o władzy


Nazgul, czyli książka która wzbudziła we mnie strach

Bilbo Baggins, czyli książka która nieoczekiwanie wkradła się do mojego serca
 
Sam Gamgee, czyli bohater który mógłby zostać moim przyjacielem
Locke Lamora
 
Eowina i Faramir, czyli ulubiona książkowa para
Jane Eyre & Edward Rochester (jedna z wielu ulubionych)

Gandalf, czyli ulubiony pisarz-czarodziej
J.K. Rowling, za to co zrobiła dla czytelnictwa na świecie :)

Sauron, czyli znienawidzona książkowa postać
Bella

Gollum, czyli bohater książki, któremu współczuję
Winston Smith

Hobbiton, czyli moja książkowa ojczyzna 


Zgadzacie się z moimi typami?

Nominacje lecą do:
http://rude-pioro.blogspot.com/
http://cuddle-up-with-a-good-book.blogspot.com/
http://houseofreaders.blogspot.com/

i do wszystkich, którzy chcieliby tag wykonać :)

piątek, 13 listopada 2015

#52 - 'Księżyc myśliwych' Katarzyna Krenz, Julita Bielak

Pamiętacie moją listę książek, które chciałabym przeczytać podczas długich, chłodnych wieczorów? Jeżeli nie, to znajdziecie ją TUTAJ. Jak widzicie szybko udało mi się sięgnąć po jedną z pozycji, a wszystko za sprawą akcji Grupy Wydawniczej Znak, której ogromnie dziękuję za zaangażowanie mnie do tego wydarzenia!
I teraz pozostaje kwestia czy Księżyc Myśliwych faktycznie pasował do mojej listy i czy zaspokoił moje "wysoko literackie" zapotrzebowanie? Dowiecie się po przeczytaniu recenzji.
*Księżyc Myśliwych*
Katarzyna Krenz, Julita Bielak

*Język oryginalny:* polski
 *Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* literatura polska
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2015
*Liczba stron:* (w moim wydaniu) 500
*Wydawnictwo:* Znak

" [...] życie to nie imieniny u cioci, tu się nie mówi dziękuję i wychodzi. To nieustający wyścig z innymi. I ze sobą. Wyścig, w którym możesz albo wygrać, albo przegrać, bo na remis nie ma miejsca, jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś. "

*Krótko o fabule:*
"Sylt wciąga. Miękką, mglistą przestrzeń wyspy otacza morze opowieści i tajemnic. Tutaj za sznurki pociąga piąty żywioł – księżyc.
Thomas znika. Po jego córce Sophie zaginął słuch, a jej przyjaciel Cyryl w zagadkowym wypadku traci pamięć. Wdowę po Thomasie odwiedza tajemniczy gość, którego urokowi trudno się oprzeć. Czy kluczem do wszystkiego okaże się muszla?
Z każdą kolejną fazą księżyca Sylt odkrywa swoje ponure sekrety, które łączą obcych ludzi więzami silniejszymi od więzów krwi."


*Moja ocena:*
 Autorkami Księżyca Myśliwych dwie kobiety. Ostatnio modne stało się pisanie książek w tandemie, weźmy na przykład Jacka Denhel i Piotra Tarczyńskiego, którzy pod pseudonimem stworzyli Tajemnicę domu Helclów. To co odróżnia panią Krenz i panią Bielak to fakt, że przez czas pisania powieści (dwa lata) ani razu się nie spotkały. Ich przemyślenia przepływały za pomocą listów. Około ośmiuset listów.
Katarzyna Krenz miała już doświadczenie, przed Księżycem wydała trzy powieści, a także zajmowała się poezją i tłumaczeniami. Natomiast dla Julity Bielak był to debiut.
Miejscem akcji jest fryzyjska wyspa Sylt. Od pierwszych stron możemy wyczuć jej klimat. Dużo przestrzeni, wszechobecny wiatr, wilgoć spowodowana obecnością morza. I wiszący nad wszystkim księżyc. Kiedy dorzucimy do tego pojawiające się odniesienia do twórczości Bergmana mamy pełny obraz świata przedstawionego, w którym poznajemy historie poszczególnych bohaterów.
Muszę przyznać, że już na początku zostałam zaskoczona. Otóż, po każdym rozdziale pojawiały się listy. Czasami krótkie, czasami dłuższe, ale zawsze pełne przemyśleń na temat fabuły i wszelkich inspiracji. Moim pierwszym przypuszczeniem było, że to po prostu korespondencja autorek. Okazało się inaczej, ale pozostawię Wam zapoznanie się z rozwiązaniem tej zagadki. Muszę tutaj zaznaczyć, że obawiałam się czy taka forma nie przeszkodzi mi w zagłębianiu się w fabułę. Autorki jednak tak zgrabnie połączyły powieść z częścią epistolarną, że idealnie się uzupełniały.
Nie wiem z jakich pobudek, ale byłam przygotowana na powieść obyczajową, płynącą swoim tempem, odsłaniającą kolejnych bohaterów i ich historie. I w pewnym sensie ją dostałam, ale ponadto zaskoczyła mnie obecność kolejnego gatunku, czyli kryminału. W wersji light. Krew nie leje się strumieniami, trup nie ściele się gęsto. Jest subtelnie, elegancko, tak... kobieco. Podobało mi się, że mimo śledztwa i kilku nierozwiązanych spraw, takich jak zaginięcie Thomasa, bohaterowie żyli w swoim tempie. Autorki nie starały się na siłę wprowadzać napięcie. Ono pojawiło się samoistnie, trochę z pomocą chłodnego, wyspiarskiego klimatu. Nie było potrzeby zmuszać postaci do pościgów i bijatyk, żeby zbudować wątek kryminalny.
Kolejnych bohaterów poznajemy wraz z biegiem historii - widać było kiedy autorki wolały skupić się na danym charakterze, a kiedy znajdowały sobie inny obiekt zainteresowania. I tutaj, jak we wszystkich elementach powieści, odczuwamy płynność tych przejść. Eva pije poranną kawę w barze u Johannesa, któremu w prowadzeniu interesu pomaga Vincent, który jest obiektem zainteresowania Amerykanki Rose, itd. Nawet jeżeli przez chwilę wydaje nam się, że ktoś nie pasuje do reszty towarzystwa, to prędzej czy później okaże się, że związek istnieje tam, gdzie się go nie spodziewaliśmy. I tak, prędzej czy później, poznajemy każdą z tych osób bliżej. Zabawnym faktem jest, że pani Bielak, która interesuje się fotografią, czasami wysyłała pani Krenz zdjęcie i pisała coś w stylu "to może być nasz Vincent". Po przejściu na słowo pisane okazało się to być strzałem w dziesiątkę. Postaci były barwne w swojej codzienności.*
Kolejną sprawą, która mnie zachwyciła w tej książce był styl. Przyznam się, że nie mam pojęcia, które fragmenty były pisane przez którą z pań - to naprawdę czytało się bardzo spójnie, jakby stworzone zostało przez jedną osobę. Co jakiś czas, najczęściej w listach bądź za sprawą studentki filmoznawstwa, która była jedną z bohaterek, na kartach powieści pojawiały się nawiązania do artystów. Za to należy się kolejny, ogromny plus. Najwięcej tutaj Bergmana. Bardzo żałuję, że póki co widziałam jeden jego film (chociaż często wymieniany w Księżycu Myśliwych). Wiele osób mnie jednak namawia do zagłębienia się w jego filmografię i na pewno tak zrobię! Do tego niezmiernie cieszyły mnie smaczki typu wspomnienie Zbigniewa Cybulskiego, Krzysztofa Komedy, Romana Polańskiego czy Richarda Linklatera (a przytoczony jest jeden z jego najpiękniejszych filmów, ja polecam całą trylogię z Hawke i Delpy!).
źródło - mój instagram

 Księżyc Myśliwych okazał się trafem w dziesiątkę jeżeli chodzi o moją listę na długie, chłodne wieczory. Pasuje klimatem, rozwija światopogląd człowieka, promuje kulturę wysokich lotów, po którą warto sięgnąć. A oprócz tego jest diabelnie wciągający.
Moim zdaniem sztuka pojawia się wtedy, kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać nad pobudkami bohaterów i nad ich uczuciami. I każdy z nas inaczej zinterpretuje to, co przeczytaliśmy. Dla mnie książka była pięknym obrazem samotności i poszukiwania siebie. U każdego z bohaterów przedstawia się to inaczej. Przykładowo, jak u Vincenta, który uciekł z tłocznego Paryża na małą wyspę, żeby malować obrazy. I jak u Evy, która po zaginięciu Thomasa rzuciła się w wir pracy i bez zastanowienia powtarza codzienne czynności. Albo jak u Jasmine, która staje przed dylematem - czy warto brnąć w związek, w którym uczucie (przynajmniej z jednej strony) się wypaliło.
Dla mnie jest to najlepsza powieść, która została wydana w tym roku. Wiem, że autorki myślą o kolejnym wspólnym projekcie - mogę tylko po cichu kibicować i oczekiwać z niecierpliwością na dalsze dzieła. A Wam polecam zapoznać się z Księżycem Myśliwych!


 Dziś wydaje mi się, że recenzja aż kłuje w oczy moją amatorszczyzną - tak chyba bywa, kiedy pisze się o książce świetnej pod względem stylu.
Na zakończenie powiem Wam tylko, że krwawy księżyc, czyli tytułowy księżyc myśliwych udało mi się zobaczyć w tym roku na żywo, pomimo późnej godziny (wytrzymałam do jakiejś trzeciej bądź czwartej nad ranem). Wydaje mi się, że to jego magia musiała zadziałać i to dlatego ta książka do mnie trafiła :)

 #27października
#pełnomyśliwych
#księżycmyśliwych

* - inaczej niż w Osobliwym domu pani Peregrine...

niedziela, 8 listopada 2015

#51 - 'Osobliwy dom pani Peregrine' Ransom Riggs

Dzisiaj była niebywale ciepła pogoda, bo we Wrocławiu około 18 stopni w słońcu. Piękny czas na spacery i podziwianie polskiej jesieni. A wieczorem oczywiście kubek kawy, z ciastkami owsianymi i czytanie książek. Ta pora roku sama zachęca do sięgnięcia po lektury! Dzisiaj będzie osobliwie, powieść została wybrana przeze mnie do halloweenowej nocy czytania. Trochę się to przedłużyło, a dzisiaj zapraszam Was do zapoznania się z moją opinią.
*Osobliwy dom pani Peregrine*
Ransom Riggs

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Miss Peregrine's Home for Peculiar Children
*Tłumacz:* Hesko-Kołodzińska Małgorzata
 *Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* thriller/sensacja/kryminał
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2011
*Liczba stron:* (w moim wydaniu) 388
*Wydawnictwo:* Media Rodzina

 "Kiedyś marzyłem o ucieczce przed zwykłym życiem, ale tak naprawdę moje życie nigdy nie było zwyczajne. Po prostu nie zauważałem jego niezwykłości."


*Krótko o fabule:*
"Życie Jacoba nie zapowiadało się ekscytująco. Pogodził się z myślą, że nigdy nie zostanie odkrywcą i nigdy nie będzie miał wielu przyjaciół. Ważne miejsce w jego życiu zajmował dziadek. To on najbardziej mu imponował i to on opowiadał mu najlepsze historie na dobranoc o pogodnym sierocińcu na walijskiej wysepce, ukrytym przed złem, wojną i potworami… Aż pewnego dnia dziadek Portman umarł w niejasnych okolicznościach. I wtedy wszystko się zaczęło…
 Jacob wyrusza na odciętą od świata wyspę, by zgłębić jej tajemnice. Czy zmierzy się z potworami ze swoich snów? Czy osobliwe dzieci ze starych fotografii naprawdę istniały? Co jest bajką, a co prawdą? Co jest faktem, a co urojeniem?"

*Moja ocena:*
 O książce trudno było nie usłyszeć - dość hucznie przeszła fala na jej temat wśród polskich blogów. Wszyscy zachwalali, więc zakodowałam sobie, żeby dorwać gdzieś tę powieść. Po opisie stwierdziłam, że idealnie nada się ona na halloweenową noc czytania, więc pognałam do biblioteki, żeby móc się zapoznać z treścią tej osobliwej książki. 
 Ransom Riggs, to młody autor, który studiował literaturę angielską oraz filmoznawstwo w Ameryce. Jego pasją jest zbieranie ciekawych fotografii. I to dzięki temu powstała książka Osobliwy dom pani Peregrine. Początkowo Riggs zamierzał wydać po prostu album z obrazkami, ale te natchnęły go i dopisał do ilustracji fabułę. Osobiście nie jestem fanką takiej pracy, ale o tym powiem jeszcze później. 
Do sięgnięcia po książkę oprócz wielu pozytywnych recenzji zachęcił mnie fakt, że powstaje ekranizacja. I nie byle jaka, bo wyreżyseruje ją sam Tim Burton, a w głównych rolach zobaczymy między innymi Evę Green i Judi Dench. Co prawda piekielnie seksowna Eva średnio pasuje mi do roli pani Peregrine, którą wyobrażałam sobie jako starszą kobietę. Ale aktorka jest bardzo osobliwa, więc do klimatu będzie pasowała jak ulał!
Po przeczytaniu pierwszych pięćdziesięciu stron przestało mnie dziwić, że Burton zainteresował się tą fabułą. Świetnie zbudowany początek, przez który człowiek zastanawiał się czy potwory istnieją naprawdę czy są jedynie urojeniem starszego człowieka. Zresztą dziadek uplasował się u mnie na pierwszym miejscu, jeżeli chodzi o sympatię do bohaterów, chociaż nie dostał wiele czasu w powieści. Pozostawało mi stwierdzić, że wybór tej książki na noc duchów był trafiony. Napięcie rosło, a moje zainteresowanie współmiernie wraz z nim. I tak rosło, rosło... aż przestało. 
Co się stało? A to, że Jacob, główny bohater, trafił na wyspę. Tajemniczą, znowu bardzo klimatyczną i klops! Napięcie gdzieś siadło, a czytelnik dostał historię trochę dziecinną, która skupia się na życiu osobliwych dzieci w domu pani Peregrine. Nie mówię, że to było nieciekawe, po prostu spodziewałam się czegoś bardziej... strasznego. Szczególnie, że początek nastroił mnie w stu procentach i długo starałam się przekonać, że coś w niej jeszcze mnie zaskoczy. Wydaje mi się, że problemem mogła być właśnie obecność osobliwych fotografii. Moim zdaniem autor na siłę zaczął starać się dopasować opis fabuły do zdjęć, zamiast rozwinąć wyobraźnię i wyjść poza schematy. Doszło nawet do takiego momentu, że zaczęło mnie denerwować tak liczne nawiązywanie do ilustracji, czułam się w jakiś sposób ograniczana.
Co do bohaterów, to jak wspomniałam najbardziej polubiłam dziadka, sama nie wiem dlaczego (chyba mam sentyment do starszych osób po prostu). Więc gdy jego zabrakło trudno było mi w równej mierze przejmować się losem innych postaci. Jacob mnie do siebie nie przekonał, a całej zgrai osobliwych dzieci nie poznaliśmy na tyle dobrze, żebym mogła darzyć ich jakimiś uczuciami. Wątek miłosny, na szczęście niewielki i występujący raczej na drugim planie, również wydawał się napisany trochę na siłę. Nie wiem kiedy nastąpiła ta fascynacja między dwójką bohaterów, ciągle wydaje mi się, że Emma widziała w Jacobie jedynie jego dziadka, nawet jeżeli temu zaprzeczała. 
Ponarzekałam, więc przejdę teraz do plusów. Poza świetnym początkiem, muszę pochwalić zakończenie, które jednak wprowadziło trochę emocji i otworzyło furtkę dla kontynuacji. I oczywiście trzeba powiedzieć kilka zdań na temat wydania, które jest naprawdę cudowne. Ilustracje są bardzo klimatyczne, podoba mi się ten śliski papier i nawet jeżeli zazwyczaj wolę żółty, to tutaj wszystko wydawało się do siebie pasować. Dlatego za wydanie należą się ogromne brawa.
Podsumowując, książka jest jedynie niezła, a winę za to ponosi rozciągnięty środek i niemrawi bohaterowie. Na pewno warto po nią sięgnąć, szczególnie polecam ją jednak osobom poniżej dwudziestu lat. Chociaż niewykluczone, że starszym również się spodoba - trzeba się tylko nastawić, że to nie jest żaden thriller, kryminał czy sensacja. To po prostu książka przygodowa z elementami fantasy. I może gdybym nie była nastawiona na trzymający w napięciu thriller, z dużą ilością krwi to byłabym bardziej kontenta. O.

 Znacie tę książkę? Jak ją oceniacie?  

sobota, 7 listopada 2015

#50 - Książki sezonowe, czyli co chcę przeczytać podczas długich, chłodnych wieczorów


Listopad jest magicznym okresem w moim życiu, ponieważ to w tym miesiącu obchodzę urodziny. Dlatego było mi niezmiernie miło kiedy autorka bloga Book me a Cookie we współpracy z wydawnictwem ZNAK zaproponowała mi stworzenie swojej wish-listy na jakąkolwiek okazję ;)


 Idealnie się złożyło w czasie, mam nadzieję, że te pozycje uda mi się dorwać, może właśnie w ramach urodzin. Listę nazwałam idealną na długie, chłodne wieczory, a oto ona:

1) "Miasto i psy", Mario Vargas Llosa;
2) "Księżyc myśliwych", Katarzyna Krenz, Julita Bielak;
3) "Tramwaj zwany pożądaniem i inne dramaty", Tennessee Williams;
4) "Ulisses", James Joyce;
5) "Pani Dalloway", Virginia Woolf;
6) "Królowie Przeklęci", Maurice Druon;
7) "Tragedie i Kroniki", William Shakespeare;
8) "Martwe dusze", Nikołaj Gogol.

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2900,Miasto-i-psy
Przy tworzeniu tego zestawienia kierowałam się przede wszystkim chęcią rozwijania swoich literackich horyzontów. Dla mnie sezon jesień/zima idealnie nadaje się do nadrabiania pozycji klasycznych lub książek, przy których trzeba trochę pomyśleć i przeanalizować zachowania różnych postaci. Jeżeli chodzi o Miasto i psy - czytałam już jedną książkę tego autora i kojarzy mi się jednoznacznie z jesienną porą. Mario Vargas Llosa odważnie kreuje bohaterów, a do tego posługuje się pięknym językiem, który wręcz spija się z kart powieści. Ponadto okładka przywodzi na myśl opadające liście z drzew. No i pięknych mężczyzn ;)
http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,6782,Ksiezyc-mysliwych
Kolejnym wyborem był zachwalany na wielu blogach Księżyc myśliwych, od którego cała akcja się zaczęła. Książka, która nas zaintryguje i zmusi do zastanowienia się nad takimi kwestiami jak przeznaczenie. Określana jako "uczta literacka". I znowu okładka bardzo jesienna.

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3447,Tramwaj-zwany-pozadaniem-i-inne-dramatyJeżeli szukamy pozycji, które zmuszą nas do zastanowienia się nad emocjami targającymi głównymi postaciami to chyba nie ma lepszego pomysłu niż sięgnięcie po dramat. A Tennessee Williams to już najwyższa półka światowa. Wydawać by się mogło, że książka Tramwaj zwany pożądaniem i inne dramaty to szybka przeprawa przez krótkie historie bohaterów. Okazuje się jednak, że autor będzie zmuszał nas do przystawania i przemyślenia kolejnych kroków postaci. Ja nie mogę się doczekać kiedy przeczytam to, co kiedyś zobaczyłam na scenie Teatru Bagatela (kto ma okazje niech od razu biegnie kupić bilet!) i na ekranie telewizora (piękna ekranizacja z Vivien Leigh i Marlonem Brando).
http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3203,Ulisses

Moje pierwsze podejście do Ulissesa, podczas letniej sesji nie było udane. To pozycja zdecydowanie wymagająca stuprocentowego skupienia. Bohater przeprowadzi nas przez jeden dzień ze swojego życia, tylko jeżeli mu na to pozwolimy. Kiedy może być do tego lepsza pora niż podczas długiego jesiennego bądź zimowego wieczoru?
http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2104,Pani-Dalloway
Pani Dalloway to jedna z książek, którą muszę mieć w swojej biblioteczce. Ze stylem pani Woolf zapoznałam się przy okazji Damy w lustrze i z miejsca się zakochałam. Tak delikatne, oryginalne, a zarazem spostrzegawcze podejście do życia. Dlatego przeczytanie Pani Dalloway jest tylko kwestią czasu.

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,6343,Krolowie-przekleci-Tom-1Książki historyczne niespecjalnie mnie kuszą, jednak z Królami Przeklętymi sprawa ma się inaczej. Jeżeli sam G.R.R. Martin mówi, że to prawdziwa Gra o tron, to oczywiście jestem skuszona perspektywą spędzenia z tymi książkami kilku długich wieczorów. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest książka fantastyczna, ale mimo wszystko trochę z tym gatunkiem ma wspólnego. A że nie wytrzymam miesiąca bez lektury w tym stylu to bardzo chętnie sięgnę właśnie po Królów Przeklętych.
http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3846,Tragedie-i-Kroniki
Bardzo wiele tutaj prozy, ale nie mogłam sobie odpuścić trochę klasyki w najlepszym wydaniu. Czyli nic innego jak Tragedie i Kroniki, autorstwa Shakespeare'a. To wydanie jest po prostu perełką, do tego tłumaczenia wykonane przez mojego ulubionego Barańczyka. Podejrzewam, że wiele z tragedii Shakespeare'a już mam za sobą, ale w tak rozbudowanym wydaniu na pewno znajdzie się kilka tekstów, które mnie zaskoczą. Bardzo dawno nie miałam styczności z tego typu klasykiem, a w jesienne i zimowe wieczory sprawdzą się idealnie.
http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,4806,Martwe-dusze

Ostatnią pozycją są Martwe dusze Gogola. To chyba jedyna książka z listy, o której zbyt wiele nie słyszałam, ale skusiła mnie opisem. No bo, proszę ja Was, przeczytajcie to:
"Szukając martwych dusz na sprzedaż, spotyka żywych, choć naznaczonych już przez piekło ludzi. Cziczikow niczym Dante zstępuje w coraz to niższe kręgi, napotykając gburów, łapówkarzy i pijaków, by wreszcie spotkać samego siebie.".
A że akurat listę chciałam dopełnić rosyjskim pisarzem, to Martwe dusze nadały się idealnie.


Dajcie mi koniecznie znać jakie pozycje Wy dodalibyście do listy na długie i chłodne wieczory :)

Wszystkie książki znajdziecie tutaj:
http://www.znak.com.pl/

poniedziałek, 2 listopada 2015

#49 - Podsumowanie października


Lubię takie krótkie wizyty w domu - akurat, żeby porozmawiać z rodziną i najeść się do syta, a nie stęsknić się za miastem. Październik był dość ciężkim miesiącem. Powrót na studia, zabieganie i ogarnięcie się w kwestii wszystkich zajęć trochę zajęło i jakoś na czytanie brakowało czasu. Udało mi się jednak coś tutaj naskrobać, więc mam nadzieję, że nie zawiodłam w kwestii blogowania ;) A teraz małe podsumowanie tego co się działo w zeszłym miesiącu.

KSIĄŻKI

Przeczytałam:
1) Kłamstwa Locke'a Lamory, Scott Lynch, stron 537
2) Jeden dzień, David Nicholls, stron 443
3) Kłamca. Papież Sztuk, Jakub Ćwiek, stron 301


FILMY
 
 


Obejrzałam:
1) Casanova po przejściach (2013)
2) Burton i Taylor (2013)
3) Noc Walpurgi (2015)
4) Zielona Mila (1999)
5) Cake (2014)
6) A więc wojna (2012)
7) Wróg (2013)
8) Frances Ha (2012)
9) Starsza pani znika (1938)
10) Earl, i ja, i umierająca dziewczyna (2015)
11) Pompeje (2014)
12) Milczenie owiec (1991)
13) Rzym - miasto otwarte (1945)
I saga Gwiezdnych wojen:
14) Gwiezdne wojny I: Mroczne widmo (1999)
15) Gwiezdne wojny II: Atak klonów (2002)
16) Gwiezdne wojny III: Zemsta Sithów (2005)
17) Gwiezdne wojny IV: Nowa nadzieja (1977)
18) Gwiezdne wojny V: Imperium kontratakuje (1980)
19) Gwiezdne wojny VI: Powrót Jedi (1983)

Jak widać miesiąc minął mi bardziej filmowo niż książkowo. Jestem bardzo zadowolona, że nadrobiłam w końcu całą sagę Gwiezdnych wojen, po takim maratonie pozostało tylko wybrać się na nową część do kina, już nie mogę się doczekać. Recenzja wszystkich części powinna pojawić się w najbliższym czasie na blogu.
Z książkami słabo, ale mam kolejne trzy rozpoczęte - to był błąd, jakbym się skupiła na jednej porządnie to bym pewnie już skończyła :)
Trudno mi wybrać najlepszą książkę października, bo wszystkie podobały mi się na równi (8/10). Chyba postawiłabym jednak na Kłamstwa Locke'a Lamory. A co do filmów to dużo dobrych pozycji, ale najbliższym mi pozostaje Earl, i ja, i umierająca dziewczyna. I oczywiście Imperium kontratakuje & Zemsta Sithów!
Muzycznym odkryciem była piękna płyta Szczaw, o której pisałam TUTAJ.
Na blogu pojawił się również ranking najlepszych piosenek z bajek > KLIK.

Dorzucam jeszcze krótką statystykę:
- liczba obserwujących: 94 (dziękuję!!),
- liczba wyświetleń: 12 775,
- liczba przeczytanych stron: 1281, co daje 41 strony dziennie.

A Wam jak minął październik?
Trzymajcie się ciepło i do napisania !

źródło obrazka

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka