poniedziałek, 29 lutego 2016

Oscary, Oscary i po Oscarach!

Jako że kilka osób prosiło mnie o podsumowanie rozdania i porównania moich typów z nagrodzonymi, dzisiaj notka pooscarowa!
Jacob Tremblay skradł moje serce w "Pokoju", ponadto umilił mi oglądanie Gali!
Tegoroczną, 88mą Galę Oscarową prowadził komik Chris Rock. Liczyłam, że będzie zabawnie i pomysłowo, jednak okazało się, że ograniczył się w większości do tematu #oscarssowhite. Od pierwszego monologu rzucał żartami na temat braku czarnoskórych twórców wśród nominowanych. Cóż, kilka naprawdę mu się udało, ale wiadomo - co za dużo to nie zdrowo. W pewnym momencie wpuścił na salę chmarę harcerek, które sprzedawały gwiazdom ciasteczka. Wydaje mi się, że ten pomysł powstał na bazie rozdawania pizzy przez Ellen, która prowadziła Galę dwa lata temu. Jednak trzeba docenić to, że Chris Rock nie wypadł blado (jej, trochę niefortunna gra słów), mogło być o wiele gorzej.
Jeden z bardziej udanych montaży na temat #oscarssowhite :)
Wspomniane wcześniej ciasteczka i Kate Winslet
Nigdy nie uważałam, że Gala jest jakimś bardzo interesującym wydarzeniem. Wiele tam dłużyzn, na siłę wypowiadanych żartów i przerw. Jednak mimo wszystko lubię oglądać znane gwiazdy, które cieszą się z wygranej. Muszę też wspomnieć, że niektóre zapowiedzi też były bardzo komiczne, wspomnę tutaj chociażby o parach - Tina Fey i Steve Carell bądź Ryan Gosling i Russel Crowe. A poniżej lista nagrodzonych, z komentarzem.
Ekipa "Spotlight" padła z wrażenia!

Najlepszy film roku: "Spotlight"
Ale się ucieszyłam! Wiem, że to "Zjawa" była najczęściej typowanym zwycięzcą, ja sercem byłam za "Pokojem", ale zaraz po nim kibicowałam właśnie "Spotlight". To naprawdę porządne kino, kameralne, ale pełne napięcia, które niesamowicie wciąga. Tutaj okazało się, że moje odczucia sprawdziły się lepiej niż przewidywania :)
Najlepsza aktorka: Brie Larson, "Pokój"
I kolejna kategoria, która mnie zadowoliła. Brie Larson pokazała klasę w tym filmie i jak najbardziej zasłużyła na statuetkę. To jej pierwsza nominacja i od razu pierwsza wygrana. Do tego uwielbiam patrzeć na jej relację z parterem filmowym - młodziutkim Jacobem. Cudowna, naturalna, olśniewająco wyglądała w tej sukni od Gucci'ego! 
Najlepszy aktor: Leonardo DiCaprio, "Zjawa"
 Cóż, bez zaskoczeń i chyba na szczęście. Leo zgarnął bardzo długie owacje na stojąco i przestrzegł nas przed niszczeniem środowiska. Koniec końców chyba trochę będzie mi brakować tych wszystkich memów i wyśmiewania z niedocenianego aktora. Może będzie trzeba znaleźć nowego kozła ofiarnego?
Najlepszy reżyser: Alejandro Gonzales Inarritu, "Zjawa"
Tutaj też przewidywalnie. Podziękowania za to bardzo ładne i nawet nie przestraszył się kiedy puścili już muzykę (trochę jak zeszłoroczny Pawlikowski!). No, liczyłam na kogoś innego, ale Inarritu był do przewidzenia...
Najlepsza aktorka drugoplanowa: Alicia Vikander, "Dziewczyna z portretu"
 I znowu jestem usatysfakcjonowana. Stawiałam na Alicię i się udało. Moim zdaniem zasłużyła bardzo. Taka młoda, a taka zdolna!
Najlepszy aktor drugoplanowy: Mark Rylance, "Most szpiegów"
Wspominałam w poprzednim poście, że to jedna z najlepszych kategorii w tym roku. Naprawdę nie miałam jednego faworyta i z każdego cieszyłabym się tak samo (oprócz Stallone'a, bo nie widziałam "Creed"). A Mark Rylance zasłużył bardzo, bo poprawił jakość "Mostu szpiegów" :)  
O, tak się z nagród cieszą!
Reszta wygranych, które spełniły moje przewidywania:
Najlepszy scenariusz oryginalny: "Spotlight"
Najlepszy scenariusz adaptowany: "Big Short"
Najlepszy film nieanglojęzyczny: "Syn Szawła"
Najlepszy film dokumentalny: "Amy"
Najlepsza animacja: "W głowie się nie mieści"
Najlepsze zdjęcia: "Zjawa"
Oscar za najlepszy montaż: "Mad Max: Na drodze gniewu"
Oscar za najlepszy dźwięk: "Mad Max: Na drodze gniewu"
Oscar za najlepszy montaż dźwięku: "Mad Max: Na drodze gniewu"
Oscar za najlepszą scenografię: "Mad Max: Na drodze gniewu"
Oscar za najlepszą charakteryzację: "Mad Max: Na drodze gniewu"
Oscar za najlepsze kostiumy: "Mad Max: Na drodze gniewu"
Oscar za najlepszą oryginalną muzykę: Ennio Morricone"Nienawistna ósemka"

Zaskoczenie (bardzo miłe, przynajmniej jedna statuetka dla tego świetnego filmu!):
Oscar za najlepsze efekty specjalne: "Ex Machina"

I te, na temat których się nie wypowiadałam (nie widziałam filmów):
Oscar za najlepszą piosenkę: "Writing's On the Wall", Sam Smith, "Spectre"
Najlepszy krótki film dokumentalny: "A Girl in the River: The Price of Forgiveness"
Najlepszy krótkometrażowy film aktorski: "Stutterer"
Najlepsza krótka animacja: "Bear Story"
Powoli kończąc przyznam, że jednym z bardziej wzruszających momentów było odebranie statuetki za najlepszą muzykę dla Ennio Morricone. Ostatnio dostał nagrodę za całokształt twórczości, a to dopiero jego pierwszy Oscar za oryginalną muzykę do filmu. Oprócz tego podobało mi się przesłanie stojące za występem Lady Gagi. Zresztą nie tylko mi, bo wiele kobiet na widowni było wzruszonych. Muszę jeszcze wspomnieć o kostiumach - bardzo podobał mi się sposób ich zaprezentowania. Świetnie było zobaczyć szkice, na podstawie których powstały gotowe projekty! 
Najlepsze kostiumy - szkice
Tak słowem podsumowania - w tym roku bardzo przewidywalnie oprócz najlepszego filmu. I tak naprawdę to nie zgadzam się jedynie ze statuetką, za najlepszą reżyserię, więc o dziwo moje gusta zbliżyły się do tych Akademii. Zobaczymy jak będzie w przyszłym roku :) 
I nie byłabym kobietą, gdybym nie wrzuciła najlepszych moim zdaniem kreacji tego roku!
Heidi Klum (Marchesa), Rachel McAdams (August Getty), Alicia Vikander (Louis Vuitton), Brie Larson (Gucci), Saoirse Ronan (Calvin Klein), Priyanka Chopra (Zuhair Murad), Naomi Watts (Armani), Cate Blanchett (Armani), Charlize Theron (Dior)
A Wy co myślicie o tegorocznych Oscarach? Oglądaliście czy tylko zerknęliście na listę wygranych?

piątek, 26 lutego 2016

Komu dałabym Oscara?

O ile miałabym cokolwiek do gadania, oczywiście.
Jak zapewne wiecie w niedzielę odbędzie się rozdanie Oscarów. Od kilku lat staram się oglądać większość nominowanych filmów przed Galą i z roku na rok idzie mi coraz lepiej. Postanowiłam się więc z Wami podzielić moimi typami, często tak różnymi od tych Akademii. Przyznam, że poziom tegorocznych Oscarów trochę mnie rozczarował. Pewnie dlatego, że w zeszłym roku było mnóstwo perełek, jak Birdman, Boyhood, Whiplash czy Grand Budapest Hotel. No, ale doceńmy to, co mamy! 

Najlepszy film
Aż głupio przyznać, ale nie potrafię zdecydować, nie ze względu na dobry poziom, tylko bardziej ze względu na to czy któryś film w ogóle zasługuje na statuetkę. Filmy wizjonerskie i oryginalne w tym roku nie trafiły w moje gusta (Zjawa i Mad Max), a reszta wydaje się za bardzo zwyczajna, żeby zdobyć Oscara. Osobiście najbardziej podobał mi się Pokój, zaraz po nim Spotlight i Brooklyn, więc im kibicuję.
Akademia zapewne wybierze: Zjawa

Najlepszy aktor pierwszoplanowy
Tutaj było kilka ciekawych postaci, ale również nie zostałam rozłożona na łopatki. Najpierw liczyłam na Leonardo, ale przyznam, że o wiele bardziej podobał mi się chociażby w Wilku z Wall Street. Doceniam to co zrobił w Zjawie i uważam, że zasługuje na statuetkę, tylko myślałam, że będzie miał bardziej zróżnicowaną rolę. Co do reszty: Eddie w Dziewczynie z portretu wydawał się stworzony do tej roli, jednak efekt końcowy nie zachwycił. Wyglądał cudownie, ale dla mnie gwiazdą filmu została jego partnerka - Alicia Vikander. Matt Damon w Marsjaninie był poprawny, za to Bryan Cranston świetnie wcielił się w Daltona Trumbo. Bardzo podobał mi się też Fassbender jako Steve Jobs. Mimo wszystko uważam, że to Leonardo powinien dostać w tym roku Oscara.
Akademia zapewne wybierze: Leonardo di Caprio za Zjawę

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa
Nie widziałam niestety wszystkich nominowanych (45 lat przede mną!). Uważam, że Joy to w ogóle był niezbyt udany film, a Jennifer poradziła sobie w porządku, jednak nie na tyle, żeby zgarnąć Oscara. W Brooklyn mogłam zobaczyć jedną z ciekawszych aktorek młodego pokolenia - Saoirse Ronan. Przez pierwsze kilkanaście minut byłam znudzona i zniechęcona, ale później film tak się rozwinął, że mogę powiedzieć o nim wiele superlatyw. Uważam, że dużo kobiet będzie nim zachwyconych, a Saoirse zagrała bardzo dobrze i to dzięki niej darzyłam sympatią bohaterkę. Cate Blanchett znowu pokazała klasę i stworzyła ciekawą postać w Carol, jednak moim zdaniem trochę tam za mało było do Oscara. Dlatego całym sercem jestem za Brie Larson, która bardzo zaskoczyła mnie w Pokoju. Słyszałam, że gra tam świetnie, ale szczerze to nie widziałam w jej wcześniejszych rolach wiele potencjału. Tym bardziej jestem w szoku i trzymam za nią kciuki!
Akademia zapewne wybierze: Brie Larson za Pokój

Najlepszy aktor drugoplanowy
I tutaj nie udało mi się obejrzeć filmu ze zdobywcą Złotego Globu, czyli Creed: Narodziny legendy. Mam jednak cichą nadzieję, że Akademia doceni któregoś z reszty nominowanych, bo jest w czym wybierać. Christian Bale zagrał świetnie niewielką rolę w Big Short (zresztą było tam więcej ciekawych kreacji aktorskich, szkoda że niedocenionych), Mark Rylance to taki promyk talentu w średnim Moście Szpiegów, dla niego warto było zobaczyć ten film, Hardy świetnie sobie poradził z antagonistą w Zjawie, a Ruffalo znalazł interesujący sposób zagrania swojej postaci. Przyznam, że mam problem z wyborem i chyba będę zadowolona z każdego (oprócz Stallone'a, którego nie widziałam). Niech będzie, że postawię na Hardy'ego, bo dzięki niemu Zjawa była mniejszym rozczarowaniem!
Akademia zapewne wybierze: Sylvester Stallone za Creed / Mark Ruffalo za Spotlight?

Najlepsza aktorka drugoplanowa
W tej kategorii jest kilka cudownych kreacji, a zarazem jedna, która mnie zdziwiła. Serio, Rachel McAdams? Jak dla mnie fajerwerków tam nie było, ale co ja tam wiem. Za to jest kilka koników. Moją faworytką jest Alicia Vikander, która po prostu skradła ekran w Dziewczynie z portretu. Nie można też zapomnieć o prawdziwej gwieździe Nienawistnej Ósemki, bo tak jak wszyscy wydają się grać tam tak samo, tak Jennifer Jason Leigh naprawdę błyszczy. I pluje krwią. Rooney Mara sprawdziła się idealnie w Carol (swoją drogą ten film o wiele bardziej zasłużył na nominację w głównej kategorii niż Most Szpiegów). No i zostaje jeszcze genialna Kate Winslet, która jest niemal drugą pierwszoplanową postacią w filmie Steve Jobs. Kibicuję Alicii, jednak rozczaruję się tylko statuetką dla Rachel.
Akademia zapewne wybierze: Alicia Vikander za Dziewczynę z portretu / Kate Winslet za Steve Jobs

Najlepszy reżyser
Uważam, że Inarritu zasłużył na statuetkę w zeszłym roku, ale w tym już zupełnie nie. Szczególnie, że w tej kategorii są ciekawsze wybory, jak Tom McCarthy za Spotlight czy Adam McKay za Big Short, oboje zrobili kawał dobrej, rzetelnej roboty przy swoich filmach. Jednak w tym przypadku osobiście postawiłabym na George'a Millera za Mad Max: Na drodze gniewu. Samego filmu nie pokochałam jak niektórzy, ale tego, że jest to najwyższy poziom kina akcji, nie można odmówić.
Akademia zapewne wybierze: Alejandro Gonzalez Inarritu za Zjawę

Najlepszy scenariusz oryginalny
Znowu, nie wiem co w nominacjach robi Most Szpiegów. Ostatnio się dowiedziałam, że Coenowie napisali do niego scenariusz, aż nie chce mi się w to uwierzyć, bo film był mocno średni. Z drugiej strony, ja po prostu nie jestem fanką tego typu kina. Cieszy mnie nominacja dla W głowie się nie mieści, bo faktycznie warto docenić, że oprócz cudownej animacji, scenariusz był dopracowany i bardzo oryginalny. Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie chyba Ex Machina. Naprawdę ten film, chociaż niewiele tam było tekstu, zbudował bardzo ciekawą historię. Tak jak nie przepadam za tematem sztucznej inteligencji, tak tutaj byłam zachwycona. Oczywiście nie będę narzekać jak już Spotlight wygra, bo zasłużył.
Akademia zapewne wybierze: Josh Singer, Tom McCarthy za Spotlight

Najlepszy scenariusz adaptowany 
Z bólem serca przyznaję, że żadnego pierwowzoru nie czytałam (sic!). Trudno mi więc porównywać książkę do ekranizacji, ale sam scenariusz ocenić mogę. Brooklyn był nierówny - miał momenty genialne, miał też takie które nudziły i były lekko nielogiczne. Podobnie rzecz się ma z Marsjaninem, który mimo że oceniłam bardzo dobrze, to gdzieś pod koniec był za bardzo amerykański (wiem, dziwna to wada). Za dużo akcji w NASA, za mało na Marsie i ostatnie kilkadziesiąt minut już mi się dłużyło. Carol to typowy scenariusz, który spodoba się tylko wrażliwcom i romantykom (czyli mi). Pokój został świetnie napisany, ale jak najbardziej na statuetkę zasługuje też Big Short.
Akademia zapewne wybierze: Charles Randolph, Adam McKay za Big Short

I skrótem reszta kategorii:

Najlepszy film nieanglojęzyczny
Syn Szawła (chociaż nie widziałam reszty nominowanych, a chcę nadrobić Mustang)
Najlepsza charakteryzacja
Mad Max: Na drodze gniewu
Najlepsza muzyka oryginalna
Carter Burwell za Carol (mój typ muzyki, chociaż będę też zadowolona z Ennio Morricone i Nienawistnej Ósemki)
Najlepsza scenografia/Najlepsze efekty specjalne/Najlepszy dźwięk/Najlepszy montaż dźwięku
Tu bym oscylowała między Mad Max: Na drodze gniewu i Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy 
Najlepsze zdjęcia
Emmanuel Lubezki za Zjawę
Najlepsze kostiumy
Jenny Beavan za Mad Max: Na drodze gniewu
Najlepszy długometrażowy film animowany
W głowie się nie mieści
Najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny
Amy, chociaż nie widziałam jeszcze


A Wy co myślicie o Oscarach? Macie swoje typy? Który film uważacie za najlepszy?

wtorek, 23 lutego 2016

Porządna porcja fantastyki, czyli 'Miecze cesarza' Brian Staveley

Ferie minęły, było pięknie, ale powoli trzeba wracać na studia i zabierać się za pisanie pracy magisterskiej. Macie może pomysły jak się zmobilizować? Póki co nie chcę nawet otwierać Worda.
Ale za to wyszykuję w tym tygodniu notkę podsumowującą tegoroczne filmy nominowane do Oscarów, które udało mi się obejrzeć. Jednak na początek książka, która umiliła mi ostatnie dni ferii!
*Miecze cesarza*
Brian Staveley

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Emperor's Blades
*Tłumacz:* Jerzy Moderski
*Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2014
*Liczba stron:* 629
*Wydawnictwo:* REBIS
"Żyj teraz, powiedział sobie w duchu, przywołując jeden z podstawowych aforyzmów Shinów. Przyszłość jest snem. A jednak część jego myśli - jakiś głos, który nie zamierzał się uspokoić - przypominał mu, że nie wszystkie sny są przyjemne, a czasem, choćbyśmy nie wiadomo jak się przewracali i rzucali na posłaniu, nie udaje się z nich przebudzić."

*Krótko o fabule:*
Cesarz Annuru zostaje zamordowany, osierocając trójkę dorosłych już potomków. Adare jest dziewczyną, która od dziecka spędzała życie u boku ojca, ucząc się polityki i zawiłości władzy. Mimo tego, że odziedziczyła płonące oczy po władcy wie, że nie ma szans na zajęcie miejsca na Nieciosanym Tronie, ze względu na swoją płeć. Po śmierci cesarza musi doprowadzić do pojmania i ukarania zdrajcy w stolicy. Valyn, jej brat, trenuje w Kettralu, czyli elitarnej jednostce, szkolącej najlepszych żołnierzy w cesarstwie. Przygotowuje się do niebezpiecznej Próby Hulla, a zarazem stara się dociec, kto czyha na jego życie. Kaden to dziedzic tronu, chłopak o płonącym spojrzeniu. Ostatnie osiem lat spędził w górskim klasztorze, gdzie poznawał sztukę vaniate, czyli oddawania się pustce.

*Moja ocena:*
Jakie to było dobre! Wiecie zapewne, że fantastykę kocham pod większością postaci, ale najbardziej właśnie tę dojrzałą, pełną zagadek, wielowymiarowych postaci i ukrywającego się gdzieś zła. A autor taką mi właśnie zaserwował.
Brian Staveley ukończył kurs kreatywnego pisania na Uniwersytecie Bostońskim, przez jakiś czas uczył literatury, religii, historii oraz filozofii. Za swoją debiutancką powieść, Miecze cesarza, otrzymał wiele nagród w tym za debiut roku David Gemmell Legend Award 2014.
Do tego typu książek zazwyczaj mam kilka uwag - trudno uniknąć schematyczności, a przy takiej ilości stron łatwo czytelnika znudzić. Jednak Brian Staveley stanął na wysokości zadania i postarał się o coś oryginalnego, a zarazem piekielnie wciągającego
Świat przedstawiony jest bardzo złożony, ale autor nie zanudza nas długimi opisami praw rządzących Cesarstwem Annuryjskim. Co jakiś czas wspomina o przeszłości rodziny królewskiej, o różnych ugrupowaniach oddających cześć któremuś z bogów, o zagrożeniach czyhających na granicach. Bardzo plastycznie przedstawia klimat panujący w danej części kraju. Zręcznie prowadzi nas przez wyspy, na których szkoleni są wojownicy, dosiadający ogromnych ptaków, a później pokazuje szczyty Gór Kościanych, gdzie mnisi przekazują wiedzę swoim uczniom. Jednak to nie są suche fakty, wszystkiego dowiadujemy się sukcesywnie, od bohaterów. A uwierzcie, że jest czego się dowiadywać, bo historia rodu istot nieśmiertelnych, które przed tysiącami lat zostały zgładzone (a raczej ludzie myślą, że zostały zgładzone) to naprawdę świetna oś fabularna. Lubię kiedy oprócz poznawania świata przedstawionego i bohaterów, czytelnik może się domyśleć jaki będzie główny cel walk w trylogii. 
źródło
 Przechodząc do bohaterów mamy jeszcze więcej plusów. Autor poświęcił najwięcej uwagi męskim przedstawicielom Cesarstwa, czyli Valynowi i Kadenowi. O Adare, mieszkającej w stolicy, dowiadujemy się mniej, ale wyczytałam, że zmienia się to w kolejnych częściach. Ja jednak nie narzekałam, bo losy synów zmarłego cesarza były naprawdę wciągające. Możemy zauważyć jak bardzo wpływa na nich otoczenie, w którym się wychowują od ośmiu lat. W dzieciństwie spędzali razem czas, byli sobie bliscy, podziwiali wielkich wojowników i z zapartym tchem słuchali niesamowitych historii z przeszłości Cesarstwa. Jednak gdy ich poznajemy są już bardzo różni. Valyn staje się wojownikiem Kettralu, najlepszej jednostki wojennej w kraju. Przechodzi przez wiele trudnych i wyczerpujących ćwiczeń, które opisane są po mistrzowsku, nie ma ani chwili na nudę. Mamy szansę razem z nim poznać innych członków grupy kadetów, a ponadto zastanowić się nad zabójcami, czyhającymi na jego życie. Zagadki plecione są sprytnie i kiedy wszystko się zawiązuje, czytelnik potakuje z szacunkiem autorowi, podziwiając jego wyobraźnię. Niemniej ciekawie jest w wątku Kadena, który właśnie dostaje nowego mistrza w klasztorze. Jest nim człowiek o wiele bardziej wymagający niż poprzednicy, więc chłopak będzie musiał spędzić całe godziny w lodowatej wodzie, a nawet jakiś czas będąc niemal całkowicie zakopany w ziemi. A wszystko po to, żeby odnaleźć tak ważną pustkę. Dlaczego jest to tak istotne, dowiecie się w kilku ostatnich rozdziałach. 
Styl autora jest bardzo przystępny. Zazwyczaj widząc taką cegłę, z gatunku fantastyki można obawiać się zawiłości języka, wymyślnych nazw i słabo przyswajalnych opisów. W tym przypadku nic takiego nie ma - książka wbrew pozorom jest bardzo lekka, a czyta się błyskawicznie, a to wszystko za sprawą wartkiej, wciągającej akcji. 
Jednak to wciąż dojrzała fantastyka, więc trzeba być przygotowanym na brutalność, wulgaryzmy, opłacane stosunki seksualne i niespodziewane śmierci. Dla mnie to już norma w tego typu powieściach, więc zgorszona nie byłam, szczególnie, że autor wprowadzał je zręcznie i zawsze podparte były rozwojem danej postaci. 
Przyznam, że trochę brakowało mi skupienia się na kobiecych postaciach. Na drugim planie pojawia się kilka naprawdę silnych osobowości, które mają więcej testosteronu niż niektórzy mężczyźni, jednak Brian Staveley nie poświęcił im zbyt wiele czasu. Z niecierpliwością czekam kiedy sięgnę po kolejną część i przeczytam o obiecanych kobiecych postaciach. Liczę też na jakiś większy wątek miłosny, bo w pierwszym tomie było na ten temat bardzo niewiele (co oczywiście nie przeszkadza, ale zawsze miło jakiejś parze kibicować).
Podsumowując, Miecze cesarza to wspaniałe wprowadzenie do kolejnych tomów, wzbudza zainteresowanie czytelnika, który zakochuje się w świecie przedstawionym i chce jak najszybciej poznać dalsze losy bohaterów. Jeżeli jesteś fanem fantastyki ta książka jest dla Ciebie!

Moja ocena: 9/10

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

Wyzwania:
http://bohater-fikcyjny.blogspot.com/2015/12/31-wyzwanie-czytelnicze-2016-konkurs.html








piątek, 19 lutego 2016

Wielka odpowiedzialność spoczywająca na niewielkiej osóbce, 'Królowa Tearlingu' Erika Johansen

Jak widzicie ostatnio udaje mi się czytać więcej, a to za sprawą przerwy międzysemestralnej. Staram się nadrobić ile mogę, bo tak naprawdę to powinnam zaczynać już pracę magisterską, ale jak to ze mną bywa zostawiam to na ostatnią chwilę.
*Królowa Tearlingu*
Erika Johansen

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Queen of the Tearling
*Tłumacz:* Izabela Mazurek
*Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2013
*Liczba stron:* 486
*Wydawnictwo:* Galeria Książki
"-Naśmiewasz się z mojej religii, pani - odparł Tayler odruchowo, lecz bez urazy. [...]
-Naśmiewam się ze wszystkiego co nielogiczne, ojcze."

*Krótko o fabule:*
Kalsea kończy dziewiętnaście lat, co skutkuje dużą zmianą w jej życiu. Do tej pory mieszkała w odosobnieniu z dwójką opiekunów, którzy uczyli ją wszystkich przydatnych rzeczy, które powinna znać przyszła królowa. Osiągając dorosłość Kelsea musi przenieść się do twierdzy, gdzie ma zostać koronowana. Po drodze dowiaduje się wielu faktów na temat jej kraju, Tearlingu, które zostały przed nią ukryte, a na dodatek jej wuj wysyła zgraję zbirów, którzy mają zdobyć jej głowę. Dziewczyna będzie musiała stawić czoła wielu przeciwnościom i spisać się jako przywódczyni.

*Moja ocena:*
Ostatnio sięgając po młodzieżówki często się rozczarowywałam. Czasami bardziej (jak w przypadku Szklanego tronu), czasami mniej (chociażby przy Wybranej), ale zaczęłam uważać, że mam całkiem inny gust od reszty czytelników. Na szczęście wtedy pojawiła się Królowa Tearlingu.
Erika Johansen pochodzi z Kalifornii, ukończyła warsztaty pisarskie na Uniwersytecie Stanu Iowa, a z zawodu jest prawnikiem. Wciąż oddaje się jednak pasji pisania.
Jestem bardzo zadowolona, bo nareszcie dostałam młodzieżową fantastykę, która jest naprawdę porządnie wykreowana i dopracowana. Zachowania bohaterów są przemyślane i logiczne, nie ma ciągnącego się i nużącego wątku miłosnego, a zamiast tego jest wiele wyjaśnień politycznych i praca nad odpowiednim ustrojem państwa! 
Przede wszystkim zaintrygował mnie świat przedstawiony. Nie słyszałam jeszcze o tego rodzaju fantastyce, w której nasi przodkowie zostawiliby współczesne miasta, technologię i rozwój, aby znaleźć nową krainę. Na początku trochę mnie szokowały te wstawki o medycynie, wynalazkach Ameryki i reszcie nawiązań do naszego świata, kiedy powieść utrzymana była w klimatach średniowiecznych. Później jednak zaczęło się to łączyć w całość z Przeprawą na czele. Pomysł oryginalny, może trochę naciągany (statek z większością lekarzy - można było ich przecież porozmieszczać logicznie jakoś? I wszyscy zapomnieli jak działa elektryczność?), ale jakoś podczas lektury mi to nie przeszkadzało.
Autorce trzeba pogratulować za wprowadzenie tajemniczości, którą obrosła fabuła. Czytelnik wciąż stara się domyśleć jakie będą rozwiązania stawianych przed nim zagadek, ale osobiście większości nie odgadłam. Tym lepiej, bo zaskoczenia były spore, a Erika Johansen idealnie radziła sobie z poprowadzeniem niespodziewanych akcji. 
źródło
Kolejnym istotnym punktem byli bohaterowie, którzy znowu świadczą o talencie autorki. Kelsea (w ogóle pięknie wybrane imię) jest młodą dziewczyną z ogromną odpowiedzialnością na barkach. Wiadomo, że czasami ponarzeka też na swój niekrólewski wygląd (nareszcie bohaterka, która do piękności nie należy i lubi porządnie pojeść), ale jest to tak subtelnie wprowadzone w tekście, że nie razi jak czasami w młodzieżówkach. Do tego to przede wszystkim dobrze wychowana młoda dama, która ma wszelkie cechy, których potrzebuje królowa. Chce zmienić państwo, rozwinąć szkolnictwo, jest pełna empatii i daleko jej do próżnych szlachcianek. Normalnie nie uwierzyłabym w taką królową, ale fakt, że od dzieciństwa mieszkała w leśnej chacie, ze srogą nauczycielką Carlin i przekochanym Bartym sprawia, że jej charakter idealnie odzwierciedla nauki tych dwóch opiekunów. 
Jeżeli chodzi o bohaterów drugoplanowych to znajdzie się tam kilka bardzo barwnych postaci. Oczywiście pokochałam Buławę, który jest takim surowym facetem o wielkim sercu, chociaż skrzętnie to ukrywa. Do tego królowa Mortmesne jest zdecydowanie intrygującym antagonistą i chętnie dowiem się więcej na temat jej konszachtów ze złem. 
Jestem również zachwycona tym, że autorka nie lezie ślepo w podział na dobro i zło. To jest coś, co bardzo w  fantastyce cenię, bo tacy czarno-biali bohaterowie zawsze są dalsi od ideału. Tutaj mamy ludzi, których darzymy sympatią, a później okazują się zdrajcami i takich, którzy postępują źle, ale znając powód ich poczynań potrafimy ich zrozumieć.
No i wątek miłosny. Taki tyci-tyci, z bardzo ciekawym mężczyzną, wokół którego jest ogromna aura tajemniczości (chcę wiedzieć o nim więcej!!). Co prawda Kelsea dość szybko wpada w sidła uczucia, ale podoba mi się to, że dziewczyna zdaje sobie sprawę z tego, że ma ważniejsze rzeczy na głowie. 
Styl autorki jest bardzo łatwo przyswajalny, mimo mnogości bohaterów i nazw własnych. Nie miałam problemu w połapaniu się kto jest kim, a wprowadzanie kolejnych postaci zawsze wydawało się poparte logiczną ciągłością powieści. Bardzo podobał mi się wątek religii, który trochę odzwierciedla to, co dzieje się wokół nas (hierarchizacja Kościoła, ludzie prawdziwie wierzący, różne osobowości wewnątrz tej instytucji, niektórzy chcący się wzbogacić, inni będący tam z powołania). 
Podsumowując, od czasów Cinder nie czytałam tak dobrej młodzieżówki, w fantastycznych klimatach. Akcja mnie wciągnęła, bohaterów polubiłam, kreacja świata jest dopracowana, a tajemnice mnożą się jak grzyby po deszczu. Teraz pozostaje mi czekać na kolejny tom i Wam polecić przeczytanie pierwszego!

Moja ocena: 8/10

Wyzwania:

http://bohater-fikcyjny.blogspot.com/2015/12/31-wyzwanie-czytelnicze-2016-konkurs.html








wtorek, 16 lutego 2016

Pakuj czosnek, krucyfiks i hostię, żeby zmierzyć się z 'Draculą' Brama Stokera

Dzisiaj obiecana kilka dni temu recenzja jednego z klasyków, znajdującego się na liście stu tytułów BBC, które każdy powinien przeczytać. Moja opinia jest oczywiście amatorska, brak mi wiedzy i wykształcenia filologicznego, toteż nie spodziewajcie się jakiejś wnikliwej analizy. Mam jednak nadzieję, że Was zainteresuje.

*Dracula*
Bram Stoker

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Dracula
*Tłumacz:* Marek Król
*Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* horror
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1897
*Liczba stron:* 363
*Wydawnictwo:* Zielona Sowa

"Człowiek niekiedy więcej może się nauczyć od wariata, niż od mędrców."
*Krótko o fabule:*
 Jonathan Harker to młody prawnik, który przybywa do Transylwanii, aby poprowadzić sprawę kupna posiadłości w Londynie przez hrabiego Dracula. Po drodze mija ludzi, którzy na wieść gdzie się wybiera życzą mu bożego błogosławieństwa i żegnają się znakiem krzyża. Jonathan nie rozumie ich zachowania, a poznanie hrabiego utwierdza go w przekonaniu, że to elegancki i uprzejmy gospodarz. Po jakimś czasie zaczyna jednak zauważać dziwne rzeczy, które dzieją się w zamku...

*Moja ocena:*
Dracula to powieść, którą miałam w planach przeczytać już dawno temu, bo znajomi wciąż mi o niej przypominali i polecali.
Bram Stoker był irlandzkim pisarzem, pracował jako dziennikarz, sekretarz aktora Irvinga oraz administrator Lyceum Theatre w Londynie. Tworzył utwory fantastyczne, erotyczne, a także bajki dla dzieci, jednak wciąż kojarzony jest z historii o hrabim Dracula.
Przyznam, że już od początku zostałam zaskoczona. Okazało się, że jest to powieść epistolarna, czyli nie mamy tutaj typowej narracji, a historia przedstawiona jest za pomocą listów, notatek, wpisów z dziennika czy telegramów. Nie spotykam się często z tego typu rozwiązaniem, ale zawsze podziwiałam autorów za wybór tak ciężkiej formy, a Bram Stoker poradził sobie z nią wręcz zabójczo dobrze! 
Specjalnie nie oglądałam ekranizacji Coppoli, żeby nie zepsuć sobie przyjemności z czytania. Zaskoczyłam się więc kiedy fabuła zaczęła mi przypominać o innym filmie, mianowicie parodii Mela Brooksa, którą jako nastolatka lubiłam oglądać (sic!). I niestety, okazała się dość wierna oryginałowi (oczywiście pomijając jej prześmiewczą naturę). Trochę mnie to bolało, bo czasami zamiast przerażającego hrabi widziałam Nielsena, co potrafiło zniszczyć zbudowane napięcie. 
Zamek w Transylwanii - źródło
Byłam zaskoczona jak dobrze bawiłam się podczas lektury, która składała się z zapisków bohaterów. Na szczęście autor nie skupił się za bardzo na ich uczuciach, każdy z nich prowadził swój dziennik rzetelnie, bez zbędnych dłużyzn, a często z ciekawie budowanym napięciem. Były postacie, które poznałam lepiej, były takie które zostały przedstawione mniej dokładnie. Na pewno wyczuwalny jest wpływ lat, w których autor tworzył tę powieść - panowie są tutaj siłą napędową, to typowi karierowicze, a kobiety jako delikatne mimozy zajmują się szukaniem dla siebie dobrej partii, a ponadto często mdleją z wrażenia. Pomimo tego, miło było poczytać o staraniach pani Miny w dorównaniu partnerowi, czym zasłużyła sobie na szacunek w gronie mężczyzn. Moim ulubieńcem został doktor Van Helsing, pewnie dlatego że bez niego wszyscy mieliby przechlapane (może nawet własną krwią). 
W powieści co jakiś czas zmieniają się okoliczności, w których znajduje się czytelnik. Stoker nie ogranicza się do zamku w Transylwanii, a umożliwia nam poznanie XIX-wiecznego Londynu, panujących tam zwyczajów i mentalności ludzkiej. Podobało mi się jak na kartach pojawiały się postacie, które później odgrywały ważną rolę, a każda z nich była jakoś powiązana z bohaterem, którego już znaliśmy. Wyszło zgrabnie, a zachowanie poszczególnych postaci zawsze było zgodne z jej wykreowanym charakterem. Zresztą, sama też pewnie długo nie wierzyłabym w istnienie wampirów, tutaj plus za wiarygodność. W pewnym momencie odwiedzamy szpital psychiatryczny, gdzie pojawia się kolejny ciekawy wątek, czyli przypadek Renfielda. Długo nie mogłam rozgryźć kim jest ten człowiek i z niecierpliwością czekałam na następne notatki doktora Sewarda.
Stoker był jednym z pierwszych autorów podejmujących temat wampiryzmu i to on został prekursorem w tej dziedzinie. Żeby Draculę odstraszyć potrzebujemy czosnku, krucyfiksu bądź hostii (a najlepiej wszystkiego po trochu), a żeby takiego żywego trupa wykończyć wbijamy kołek w serce i odcinamy głowę. Współcześnie temat wampiryzmu znowu jest modny, ale z cech hrabi pozostały chyba tylko ostre zęby i blada cera, a cały folklor i kultura pogranicza słowiańsko-rumuńskiego zostały odsunięte w niepamięć. Dlatego warto cofnąć się w czasie i zobaczyć skąd autorzy czerpali swoje inspiracje w kreowaniu postaci.
W pewnym momencie zaczęłam odczuwać, że ta powieść została napisana głównie dla uciechy gawiedzi i trochę zaczęło brakować mi podjęcia ryzyka (na pewno miałam nadzieję na bardziej zaskakujące/spektakularne zakończenie). Jednak u schyłku XIX wieku czytelnicy potrzebowali czytać o typowej walce dobra ze złem, zapewne dlatego Stoker tak pokierował akcją.
Historia hrabi Dracula to zdecydowanie powieść, którą każdy fan horroru powinien przeczytać. Oprócz wspaniale wykreowanej postaci wampira znajdziemy tutaj plastyczne opisy życia w XIX wieku, ciekawych bohaterów i dowiemy się jak skutecznie wykończyć żywe trupy. I pamiętajcie, żeby wystrzegać się nietoperzy, wilków i mgły!

Moja ocena: 8/10

Wyzwania:

http://bohater-fikcyjny.blogspot.com/2015/12/31-wyzwanie-czytelnicze-2016-konkurs.html








sobota, 13 lutego 2016

Filmy na święto zakochanych - dla każdego coś dobrego

Walentynki są zdecydowanie świętem, które dzieli ludzi. Jedni są zadowoleni, bo mają pretekst, żeby obdarowywać się prezentami i odwiedzić z drugą połówką restauracje, a reszta jest zniesmaczona. Odkąd jestem z Lubym jakoś obchodzimy ten dzień, jednak zdecydowanie nie tak hucznie jak niektórzy. Ostatnio zrobiłam mu precelki w kształcie serca, w tym roku umówiliśmy się na książkowe upominki. Nic wielkiego, ale zawsze coś!
Jak wszyscy wiemy, dostać się do kina w walentynki jest dość ciężko, a jak już usiądziemy na sali to zazwyczaj otaczają nas obściskujące się pary (brrr, nienawidzę jak tak robią w miejscach publicznych!). Dlatego proponuję Wam filmy, które możecie obejrzeć w domu - dla każdego coś dobrego!

1)  Jeśli lubisz typowe komedie romantyczne
Zazwyczaj nie przepadam za tego typu kinem, bo bywa przewidywalne do bólu, ckliwe i buduje nam nierzeczywisty obraz miłości. Czasami jednak sięgam po takie filmy - przecież każdy potrzebuje chwili odskoczni! Jeżeli chodzi o moje polecenia w tej kwestii to pierwszym jest jedyna komedia romantyczna, którą oglądałam wiele razy, a mój Luby jest pod jej wrażeniem - About Time (2013). 
W wieku 21 lat Tim dowiaduje się, że mężczyźni w jego rodzinie potrafią podróżować w czasie. Na początku jest odkryciem skonsternowany, jednak ta umiejętność wydaje się przydatna w zdobyciu dziewczyny jego życia.
Reżyserem jest Richard Curtis (twórcza Love Actually), który ma widocznie smykałkę do tworzenia niebanalnych historii miłosnych. Tutaj oprócz wątku uczuciowego mamy całą masę świetnych, często zabawnych, czasami wzruszających sytuacji pobocznych. Siostra Tima ciągle pakująca się w kłopoty, znajomy scenarzysta-pesymista i rozmowy o problemach podczas partyjki ping-ponga z ojcem. Wszystko niezwykle zgrabne, postacie barwne, muzyka przyjemna i sceny zapamiętywane na dłużej. Dla mnie bomba!

Polecenie drugie: One Day (2011)

2) Jeśli nie wierzysz w romantyczną miłość
Czasami włączam jakiś film spodziewając się historii miłosnej, a dostaję coś więcej. Miłość, która nie jest uczuciem romantycznym i wzniosłym, a prawdziwym i czasami niszczącym człowieka. Lubię takie zaskoczenia. W tej kategorii polecam wam (500) Days of Summer (2009)!
Tom poznaje w pracy Summer, która wydaje się kobietą dla niego stworzoną - śmieją się z tych samych żartów, słuchają tej samej muzyki, po prostu dwie połówki jabłka. Kiedy życie wygląda już niczym wymarzona bajka, Summer postanawia odejść.
Historia przedstawia tytułowe 500 dni z życia bohatera sprytnie przeskakując między wydarzeniami przed i po rozstaniu. To bardzo świeże podejście do historii miłosnej, z masą ciekawych rozwiązań (cudowna scena konfrontacji oczekiwań z rzeczywistością) i świetnymi postaciami. Duże brawa tutaj należą się dwójce aktorów, którzy prywatnie też dobrze się dogadują. Mowa tutaj o słodkiej Zooey Deschannel i Josephie Gordon-Levitt. Jeżeli jeszcze nie widzieliście tego filmu to nadrabiajcie czym prędzej.

Polecenie drugie: Blue Valentine (2010) - o wiele mroczniej, ale równie mocno warto obejrzeć.


3) Jeśli według Ciebie miłość powinna być delikatna i lubisz filmy kostiumowe
Dajcie mi dobry film kostiumowy, z pięknym wątkiem miłosnym, a niczego więcej nie będę potrzebować. W tego typu kinie uwielbiam delikatność uczucia, kiedy dotknięcie dłoni wystarcza za wyrażenie głębokiej miłości. Lubię też kiedy całości towarzyszy otoczka stworzona za pomocą pięknych krajobrazów - to zawsze pomaga mi w wyciszeniu i lepszemu oddaniu się klimatowi. Moim ulubionym filmem kostiumowym jest zdecydowanie Bright Star (2009).
Fanny jest dziewczyną pochodzącą ze średnio zamożnej rodziny. Dnie spędza na szydełkowaniu, długich spacerach i czytaniu. Jej życie ulega zmianie, kiedy poznaje przystojnego poetę Johna Keatsa.
Zasiadając do tego filmu, pięć lat temu, niczego nie oczekiwałam. Tym bardziej zaskoczyłam się kiedy dostałam tak wiele. Historia miłości pełna poezji słownej i obrazowej. Taki majstersztyk jeżeli chodzi o kostiumowe melodramaty. Tego filmu się nie ogląda, jego się odczuwa po prostu! Polecam wszystkim wrażliwcom.

Polecenie drugie: Duma i Uprzedzenie (2005)

4) Jeśli interesuje Cię para, która walczy z przeciwnościami losu
W typowych historiach miłosnych dwójka bohaterów zazwyczaj walczy z dość prymitywnymi przeszkodami, na przykład dziewczyna przejmuje się bardziej wyglądem niż związkiem, itp. Lubię jednak podejście kiedy przed parą postawiona jest prawdziwa ściana, którą trudno będzie razem przebyć. I tutaj moim faworytem będzie The Broken Circle Breakdown (2012).
Didiera poznajemy kiedy wraz z zespołem koncertuje w jednym z niewielkich klubów. Nagle na scenę wkracza Elise, która odczuwa taką samą pasje do muzyki bluegrass jak chłopaki. Dziewczyna podbija  serce wokalisty i od tamtej pory żyją razem, na swoich zasadach. Po jakimś czasie zostają rodzicami Maybelle, która zapada na ciężką chorobę.
Pierwsze co zapamiętałam po zwiastunie to cudowna muzyka. Okazuje się, że w filmie jest jej o wiele więcej i idealnie pasuje do całości, a także do charakternych bohaterów. A ci są bardzo oryginalni i mają własny pomysł na życie. Mieszkają w pięknym, acz prostym domu, a od czasu do czasu pogrywają swoją ulubioną muzykę. Jednak daleko tutaj do idylli, choroba córki sprawia, że sprawy stają się napięte, a para, która wydawałaby się stworzona dla siebie przechodzi przez ciężki sprawdzian. Dla tego niesamowitego klimatu - obejrzyjcie!

Polecenie drugie: Like Crazy (2011)

5) Jeśli chcesz obejrzeć film, w którym miłość nie gra pierwszych skrzypiec
Rzadko pojawia się film, w którym w ogóle nie ma wątku miłosnego. Zresztą czytając książki też zazwyczaj lubię, żeby uczucie między dwójką osób było przynajmniej wspomniane - to miłe ubarwienie całości. Przyjemne są więc filmy, w których pojawiają się wątki miłosne, ale nie są eksponowane na pierwszym planie. Za przykład użyję jednej z moich ukochanych animacji Miyazakiego - Howl's Moving Castle (2004).
Sophie, która została zamieniona przez czarownicę w staruszkę, trafia do magicznego zamku, który podróżuje na długich nogach przez wszystkie krainy. Mieszka w nim tajemniczy czarodziej Hauru, który składa Sophie pewną propozycję.
O matulu, jaka to piękna animacja! Oglądałam już ją kilka razy i za każdym razem jestem pod większym wrażeniem. Wyobraźnia Miyazakiego chyba nie zna granic, postacie są barwne i pełne życia, jest zabawnie, jest przerażająco, a przede wszystkim jest ciekawie. Na dodatek muzyka idealnie dopasowana w klimat, często ponownie słucham soundtracku. Każdy powinien to zobaczyć!

Polecenie drugie: Phanton of the Opera (2004)

6) Jeżeli szukasz czegoś oryginalnego
To chyba dość jasne, że historie sztampowe po jakimś czasie nam się nudzą i chcielibyśmy czegoś innego. Zmiany formy czy zaskakującej fabuły. Już kilka takich filmów jest wymienionych powyżej, ale na pewno nie można zapomnieć o cudownej trylogii zaczynającej się od Before Sunrise (1995).
Jesse spotyka piękną Francuzkę, Celine w pociągu do Wiednia. Razem postanawiają zwiedzić miasto.
Reżyser, Richard Linklater, ma smykałkę do prostych historii, które zachwycają widza. W tym przypadku mamy dzień z życia dwójki młodych ludzi, którzy cały film spędzają na rozmowie i powolnym poznawaniu siebie nawzajem. Zauważyłam, że ten etap często sprawia twórcom problem - postacie zazwyczaj już od początku się znają albo zakochują się w jakimś wyobrażeniu siebie, nigdy do końca nie poznają drugiej osoby przez rozmowę z nią. Dlatego te filmy są taką miłą odmianą, a dyskusje bohaterów, tak różnych od siebie, wciągają i zachwycają. Jedna z moich ulubionych historii miłosnych!

Polecenie drugie: Only Lovers Left Alive (2013) - dla fanów czegoś bardziej mrocznego, ale bardzo oryginalnego!


Co znacie, co chcecie poznać? I co dorzucilibyście do takiej listy? :)

wtorek, 9 lutego 2016

(Nie)wesołe jest życie staruszka, czyli 'Hotel Marigold' Deborah Moggach

Sesja dobiegła końca, wczoraj zaliczyłam ostatni egzamin. Teraz nareszcie mogę się oddać czytaniu i nadrabianiu oscarowych zaległości. Mam nadzieję, że Wy, razem ze mną, też się z tego powodu cieszycie!
*Hotel Marigold*
Deborah Moggach

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* These Foolish Things
*Tłumacz:* Magdalena Hermanowska
*Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* literatura zagraniczna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2004
*Liczba stron:* 379 
*Wydawnictwo:* REBIS

"My wszyscy tutaj rozpaczliwie pragniemy kogoś kochać, pomyślała, dlatego właśnie dokarmiamy koty."
*Krótko o fabule:*
Ravi Kapoor mieszka w Wielkiej Brytanii, z rodzinnych Indii wyemigrował dawno temu. Teraz ma etat jako lekarz, od wielu lat jest żonaty i wiedzie proste życie. Sytuacja się zmienia kiedy wprowadza się do niego teść - Norman, który nie jest typowym staruszkiem. Wyrzucono go z kolejnego domu starości za wulgarne zachowanie. Ravi nie może znieść ciągłych docinek teścia i ze swojego problemu zwierza się kuzynowi - Sonny'emu. Ten wpada na pomysł założenia wspólnego interesu, którym byłby dom opieki nad staruszkami dla obcokrajowców, prowadzony w Indiach.

*Moja ocena:*
Wielu z Was kojarzy tę historię z przyjemnego filmu, którego obsada to sama śmietanka Hollywood. Mnie się podobał, więc tym bardziej miałam ochotę na książkę. Przyznam się, że czasami trochę przeszkadza mi znajomość fabuły przed przystąpieniem do lektury. Okazało się jednak, że w przypadku Hotelu Marigold mamy do czynienia z zupełnie inną historią niż ta przedstawiona w ekranizacji.
Deborah Moggach urodziła się w rodzinie pisarzy i postanowiła kontynuować tradycję swoich rodziców. Napisała wiele powieści, a ponadto ma również na koncie scenariusz do przepięknej ekranizacji Dumy i uprzedzenia (tej z Keirą Knightley w roli głównej!). Zastanawiałam się dlaczego postanowiła napisać książkę na temat domu opieki w Indiach i po przekopaniu kilku wiadomości w Internecie dowiedziałam się, że mieszkała dwa lata w Pakistanie, a trudne, życiowe tematy to jej specjalność.
Bo właśnie to jest główna różnica między książką a filmem. Ekranizacja została po prostu dostosowana do wymogów Hollywood - była barwna, trochę sentymentalna i zabawna. Jej twórcy skorzystali z głównego konceptu autorki, wybrali kilka osób z ważnych postaci i dopisali do tego swoją wersję historii. Było dla mnie sporym zaskoczeniem, kiedy czytając kolejne rozdziały poznawałam coś nowego, a nie odświeżałam znane fakty z filmu.
W książce pani Moggach mamy do czynienia z mnogością bohaterów. Naprawdę jest ich wielu i wciąż poznajemy targające nimi uczucia, słabości oraz historie życia. Bardzo ciekawym zabiegiem było powolne odkrywanie kolejnych warstw ich osobowości. Postacie, które na pierwszy rzut oka wydawały się już określone, z czasem się rozwijały i nasze zdanie o nich ulegało zmianie. 
źródło
Bohaterów z książki jednak trudno było darzyć głębszym uczuciem. Autorka opisała ich z czystym realizmem pokazując zalety jak i wady. Nawet ciepła Evelyn miała swoje za uszami, jeżeli chodzi o kontakt z dziećmi. Wydaje mi się, że z czasem ilość postaci stała się problemem - ciągłe zmiany opisywanego bohatera nie pozwoliły mi z żadnym zostać na dłużej i stworzyć więzi.
Podobało mi się jak zostały opisane Indie, gdzie osobiście nigdy nie byłam, ale znam kilka osób, które ten kraj zwiedziły. To wcale nie jest miejsce tak pełne kolorów i radości, jak czasami zostaje przedstawiane. Na każdym kroku spotkasz potrzebujących, którzy będą żebrać o jałmużnę. Ulicami przechadzają się eunuchowie, pracujący w domach uciech. Z drugiej strony nikt tak jak mieszkańcy Indii nie potrafi się cieszyć z małych rzeczy. Jako że kilka lat temu byłam zagorzałą fanką filmów bollywood bardzo cieszyły mnie wstawki zdań w hindi, które w jakimś stopniu potrafiłam zrozumieć, a także te kilka informacji o kulturze, przykładowo nazwa stroju składającego się z tuniki i luźnych spodni (salwar kamiz). W tym względzie autorka spisała się na medal. Przed każdym z rozdziałów umieściła cytat, pochodzący od indyjskich autorów, który łączył się z fabułą, a zarazem był podsumowaniem ludzkich pragnień i smutków. Ogólnie styl autorki był lekki i pełny realizmu, który jednak czasami mi przeszkadzał. Szczególnie w scenach przepełnionych wulgarnością, erotyzmem. Rozumiem zabieg, czyli chęć podkreślenia danych namiętności, jednak fanką tego nie zostanę.
Z książki pani Moggach wynoszę przede wszystkim świadomość jak czuje się porzucony starszy człowiek. Dzieci wymigują się od opieki i wyobrażają sobie, że ich rodzice świetnie się bawią. Okazuje się jednak, że taki człowiek potrzebuje nawet więcej miłości niż potrafimy sobie wyobrazić. Ponadto nakreślonych było wiele innych problemów, jak rasizm czy nieudane związki.
Muszę też powiedzieć kilka słów o wydaniu, które skradło moje serce. Kolory na okładce są cudowne i tak jak zazwyczaj jestem przeciwna zdjęciom filmowym, tak tutaj pasuje idealnie.
Podsumowując, Hotel Marigold to słodko-gorzka książka na temat starości, w której odkryjemy dobre i złe strony podeszłego wieku. To taka przyjemna lektura, z której można także coś wynieść. Polecam osobom, które są ciekawe jakie były podwaliny filmu z Judi Dench, fascynatom Indii, a także wszystkim, którzy myślą, że życie kończy się po sześćdziesiątce!

Moja ocena: 7/10

Książkę otrzymałam od wydawnictwa REBIS

Wyzwania:
http://bohater-fikcyjny.blogspot.com/2015/12/31-wyzwanie-czytelnicze-2016-konkurs.html







piątek, 5 lutego 2016

#72 Klasyka literatury - jeśli nie wiesz od czego zacząć

W blogosferze kulturowej/książkowej działam już od ponad roku i wciąż zadziwia mnie ilość recenzji książek, które można nazwać klasyką. Jak najbardziej rozumiem to, że interesują nas nowości. Kiedy pojawia się zachwalana na zagranicznych stronach książka bądź nasz ulubiony autor wydał kolejną powieść, oczywiście chcemy ją mieć. Jednak wielu z nas prawie w ogóle nie czyta klasyki, a mamy czego żałować.

Rita Hayworth (źródło)
Na początku zastanówmy się czym w ogóle jest klasyka. Według Słownika Języka Polskiego: "klasyka - dzieła sztuki i literatury z różnych okresów historycznych i stylów uznane za doskonałe".
 Powiem szczerze, że laicy, tacy jak ja, mogliby mieć problem w połapaniu się, którą książkę za taką można uznać. Na szczęście żyjemy w XXI wieku i dzięki dostępowi do Internetu z łatwością możemy znaleźć propozycje klasyków do przeczytania. Większość z nas kojarzy różnego rodzaju listy, takie jak lista 100 książek BBC, które pomagają nam w poszukiwaniach. Ja postaram się polecić kilka książek, które spodobają się osobom, które chciałyby zacząć przygodę z literaturą klasyczną.

1. Dziwne losy Jane Eyre - Charlotte Brontë
 Lubisz literaturę kobiecą? Twoje serce mocniej bije podczas czytania scen romantycznych? Masz mnóstwo książkowych narzeczonych? Jeżeli tak, to ta książka będzie dla Ciebie!
Ta wiktoriańska powieść przedstawia historię Jane Eyre, dziewczyny, której wytrzymałość wiele razy była testowana przez los. Osierocona jako dziecko trafiła pod opiekę ciotki, od której nie doczekała się rodzinnej miłości. Jednak Jane okazuje się silną kobietą, przyjmuje nauki i zostaje guwernantką w posiadłości ekscentrycznego pana Rochestera. 
Ta książka to nie tylko pięknie napisany romans, ale też wciągająca historia kobiety, która zmuszona była żyć w świecie konwenansów. A to wszystko okraszone jest szczyptą tajemniczości i mroku kryjącego się w domu Rochestera.
Gregory Peck (źródło)
2. Zabić drozda - Harper Lee
Ten tytuł na pewno wiele razy rzucał Ci się w oczy i nie bez powodu. Książka Zabić drozda jest tak uniwersalna i ponadczasowa, że wciąż cieszy się dużą popularnością.
Atticus Finch jest adwokatem, który postanawia bronić murzyna, oskarżonego o gwałt na młodej, białej kobiecie. Podjęcie się w tamtych czasach tego zadania było zaskakującym czynem - rasizm był niemal uważany za normalną cechę zdrowego człowieka.
Temat wydaje się bardzo trudny, jednak dodając do tego fakt, że w głównych rolach poznamy dwójkę rozbrykanych dzieciaków, których trudno nie polubić, lektura staje się lekkostrawna. Ujęcie problemu od strony dzieci, które mają jeszcze nieskażone przez społeczeństwo umysły okazało się strzałem w dziesiątkę i Zabić drozda pozostaje jednym z moich ulubionych klasyków.

3. Autostopem przez Galaktykę - Douglas Adams
Zapewne wiele razy spotkaliście się ze stwierdzeniem, że klasyka jest po prostu nudna. Nic bardziej mylnego! Wśród pozycji klasycznych możemy się bowiem spotkać z bardzo specyficznym humorem.
Artur Dent nienawidzi czwartków i to w ten dzień go poznajemy. Bardzo szybko zaczynamy rozumieć awersję bohatera - przez kilkanaście stron dowiaduje się, że firma budowlana ma pozwolenie na zniszczenie jego domu, jego przyjaciel, Ford Perfect jest kosmitą, no i Ziemia jest akurat na trasie galaktycznej autostrady i za niedługo nic z niej nie zostanie.
Co prawda, nie jest to może typ humoru, który podpasuje każdemu, ale ja bawiłam się przy lekturze tak przednio jak rzadko mi się to zdarza! Akcja pędzi do przodu, zaskakująca sytuacja goni zaskakującą sytuację, a do tego wiele prześmiewczych wątków związanych z funkcjonowaniem naszej planety i jej mieszkańców. Nic, tylko czytać i się śmiać!
Marilyn Monroe (źródło)
4. Władca Pierścieni - J. R. R. Tolkien
Wydaje mi się, że klasyka fantastyki ma się lepiej niż jakakolwiek inna. Zapewne mają w tym udział cudowne ekranizacje Petera Jacksona. 
W zamierzchłych czasach kowale elfów wykuły Pierścienie Mocy, którymi miał rządzić ten jeden, wykuty przez Saurona w Mordorze. Jednak przez zbieg okoliczności ten cenny przedmiot trafia w ręce niepozornego hobbita - Froda Bagginsa, który musi zanieść Pierścień do Krainy Cienia i tam go zniszczyć.
Każdy z nas oczywiście kojarzy tę historię i chyba nie znam żadnego fana fantastyki, który twierdzi, że proza Tolkiena jest słaba. Co prawda, sama pierwsze podejście robiłam po skończeniu podstawówki i wtedy absolutnie mnie nie zainteresowała. Jednak już w liceum rozkoszowałam się cudowną wyobraźnią autora. Jest to trylogia bardzo złożona, ale za to przedstawiająca kunszt Tolkiena i przede wszystkim we Władcy Pierścieni jest wszystko to, co najbardziej kochamy w fantastyce. Mamy walkę ze złem, mamy postacie rozdarte między postępowaniem słusznie a wybraniem łatwiejszej ścieżki, mamy wątki miłosne i widowiskowe walki. A do tego bohaterowie są tak różnorodni, że każdy znajdzie kogoś, komu będzie kibicował.

5. Dracula - Bram Stoker
Jeśli jesteście fanami opowieści z dreszczykiem to powinniście być zachwyceni tą powieścią grozy.
To historia, która rozpoczyna się od przyjazdu Jonathana Harkera do Transylwanii, gdzie ma omówić kupno posiadłości w Londynie z hrabią Dracula. Okazuje się jednak, że jego klient nie jest zwykłym człowiekiem...
Wszyscy chyba znamy postać hrabiego Draculi, jednak niewielu z nas pewnie czytało pierwowzór. Ja długo nie byłam zainteresowana tą powieścią jednak ostatnio znajomy powiedział, że po prostu muszę to przeczytać. I jestem w trakcie - przyznam szczerze, że to naprawdę świetnie napisana, trzymająca w napięciu książka, którą każdy fan thrillerów czy horrorów powinien przeczytać! Więcej na jej temat powinno pojawić się na dniach, na blogu.

Jest jeszcze wiele klasyków wartych polecenia, ale mam nadzieję, że te kilka tytułów wzbudziło Wasze zainteresowanie. Te, o których nie wspomniałam, a uwielbiam to m.in. Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell (recenzja), Rok 1984 George'a Orwella (recenzja) czy Wyznania Gejszy Arthura Goldena (recenzja).

A Wy, czytacie klasykę? Może macie propozycje tytułów, które dorzucilibyście do mojej listy?

wtorek, 2 lutego 2016

#71 - Polskie korzenie w światowej fantastyce, czyli 'Wybrana' Naomi Novik

Bardzo się cieszę, że udało mi się skończyć czytanie tej książki jeszcze w styczniu, bo z marnej jednej przeczytanej pozycji w tym miesiącu zrobiły się dwie. Mam nadzieję, że przyszły miesiąc będzie bardziej łaskawy w obdarowywaniu mnie czasem na relaks :) 

*Wybrana*
Naomi Novik

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Uprooted
*Tłumacz:* Zbigniew A. Królicki
*Kategoria:* literatura piękna
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2014
*Liczba stron:* (w moim wydaniu) 510
*Wydawnictwo:* REBIS

Czy jest coś poza ludźmi, dla czego warto trwać?
*Krótko o fabule:*
Agnieszka mieszka w dolinie, na której skraju rozpościera się mroczny i złowrogi Bór. Z jego wnętrza co jakiś czas wyłaniają się przerażające włóczykije i porywają mieszkańców pobliskich wiosek. Człowiek, który raz znalazł się we wnętrzu Boru nigdy nie będzie już osobą o zdrowych zmysłach - to miejsce jest źródłem zakażenia ludzkich umysłów. Mieszkańców doliny chroni Smok, czyli czarodziej mieszkający w pobliskiej wieży. W zamian za wykonywane zadanie, co dziesięć lat wybiera sobie jedną z siedemnastoletnich dziewczyn, która ma za zadanie służyć mu w wieży.

*Moja ocena:*
Ileż to dobroci się nasłuchałam o tej książce! Gdziekolwiek natknęłam się na ten tytuł wyczytywałam same pochwały, toteż nastawiłam się na wspaniałą powieść. Czy taką dostałam to inna sprawa...
Autorką Wybranej jest Naomi Novik, amerykańska pisarka, polskiego pochodzenia. Sławę zdobyła dzięki swojej serii Temeraire. Czytając jej powieści od razu można wyczuć inspirowanie się bajkami, które znamy z naszego dzieciństwa, w Wybranej jest to chociażby postać Baby Jagi.
Akcja książki zaczyna się od przyjazdu Smoka po jedną z dziewcząt. Wszyscy są przekonani, że wybierze on piękną, inteligentną i zaradną Kasię, jednak on zaskakuje czytelnika (no, prawie) wybierając Agnieszkę, naszą narratorkę. Oczywiście dziewczyna jest zdziwiona, bo przecież jest niezaradna, wiecznie umorusana, no i nawet gotować nie potrafi. Dlaczego więc właśnie ona? Bo oczywiście, Agnieszka ma moc. Tak, tak, jest to dokładnie tak schematyczne i przyznam, że początek zaskoczył mnie w negatywnym znaczeniu tego słowa. Jednak uparłam się i czytałam dalej. Na szczęście. 
Brakowało mi w tej książce jakiegoś głównego celu, do którego zmierzałaby akcja. Na początku dostajemy sceny, niby nie związane ze sobą, do tego mnóstwo rozgrywających się między Smokiem i Agnieszką, niewiele się od siebie różniących. Polegało to na tym, że ona przychodziła z zabrudzoną sukienką, on nawymyślał pod jej adresem, a później uczyli się magii. 
Najgorszym aspektem było to, że bohaterowie mnie do siebie nie przekonali, Agnieszka, nasza narratorka była mi kompletnie obojętna, a Smoka poznałam w za małym stopniu. A z tego co mi się udało wywnioskować to bardzo źle wychowany człowiek, który najczęściej krzyczy i obraża innych. No, ale koniec z wadami, przejdźmy do tego co mi się podobało.
źródło
Po takiej ilości narzekania można by się domyślać, że książka mnie wymęczyła i uważam ją za rozczarowanie. Na początku myślałam, że tak będzie, ale im bardziej wgłębiałam się w historię tym bardziej podobało mi się to co dostałam. Przede wszystkim genialnym pomysłem było wybranie głównego antagonisty w postaci Boru. Tych kilka opisów jego wnętrza i stopniowe poznawanie jego tajemnic i sposobu działania było miodem, który spłynął na mnie po dość gorzkim początku. Już w połowie byłam mile zaskoczona tym zabiegiem, a podczas kilkudziesięciu ostatnich stron sympatia zamieniła się w zachwyt. 
Kolejną sprawą, która zyskała moją aprobatę był system działania magii. Podejrzewam, że jest to trochę spowodowane tą polskością, która z niego płynie. Oparcie czarów na wypowiadanych słowach zazwyczaj mi wystarcza jako wytłumaczenie, ale wprowadzenie takich sytuacji jak wyśpiewywanie słów czy używanie tekstów typu: "Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga ..." rozczuliło mnie i autorka ponownie zapunktowała. 
Kiedy zobaczyłam książkę pierwszy raz byłam zachwycona - wydanie zdecydowanie przykuwa wzrok. Trzeba przyznać jednak, że jest dość słodkie i przynosi na myśl wydania bajek. I na początku właśnie bałam się, że ta książka po prostu jest dla osób młodszych ode mnie, szczególnie że styl pisania autorki jest taki trochę "młodzieżowy". Dlatego byłam zadowolona kiedy okazało się, że za tym miłym wydaniem kryje się też dużo mroku i rozliczenie z ludzkimi namiętnościami, żądzą władzy bez zwracania uwagi na niszczące skutki naszych czynów
Żałuję tylko, że na końcu została dodana scena z dożynek - jak dla mnie idealne zakończenie byłoby gdyby wyciąć te kilka ostatnich stron! 
Podsumowując, po dość gorzkim rozpoczęciu przyszedł czas na ciekawą, głęboko zakorzenioną w naszej kulturze opowieść, która zaskakuje mrocznymi rozwiązaniami i intryguje tajemniczym antagonistą. Moim zdaniem nie jest to arcydzieło czy nawet książka bardzo dobra, ale na pewno warta uwagi. Szczególnie oczywiście polecam młodzieży, która lubuje się w klimatach fantasy!
Moja ocena : 7/10


Wyzwania:
http://bohater-fikcyjny.blogspot.com/2015/12/31-wyzwanie-czytelnicze-2016-konkurs.html

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka