środa, 28 czerwca 2017

Przerażające trzęsawiska i psia legenda - „Pies Baskerville'ów” Arthur Conan Doyle



*Pies Baskervillów*
Arthur Conan Doyle

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Hound of the Baskerville  
*Gatunek:* thriller/sensacja/kryminał
*Forma:* opowiadanie
*Rok pierwszego wydania:* 1902
*Liczba stron:* 180
*Wydawnictwo:* MG

Nie ma tak złego mężczyzny, po którym by nie płakała kobieta...
*Krótko o fabule:* 
Genialny detektyw Sherlock Holmes, wraz ze swym asystentem, nieco ociężałym doktorem Watsonem, muszą tym razem zmierzyć się z tajemniczym potworem, przypominającym ogromnego psa, który grasuje na angielskiej prowincji zabijając samotnych wędrowców.
Czy detektywi rzeczywiście stają tym razem wobec paranormalnego zjawiska? Czy ofiary potwora coś łączy?
- opis wydawcy
*Moja ocena:*
Każdy z nas ma chyba taką listę wstydu, na której znajdują się książki, które musimy przeczytać, ale wciąż brakuje na nie czasu. Na mojej można znaleźć całą masę klasyki, którą z mozołem nadrabiam. Najgorsze jest jednak to, że zaczynam to traktować jako takie swoiste zadanie - cel, do którego dążę. Później się okazuje, że klasyka sprawia mi nawet więcej czystej radości i dostarcza rozrywki niż współczesna literatura. Tak było niedawno z Hrabią Monte Christo, tak jest też teraz z Psem Baskervillów.
Nazwisko autora chyba wszyscy znają - Sir Arthur Ignatius Conan Doyle. Z wykształcenia lekarz, z pasją poświęcił się jednak pisaniu powieści. Najbardziej znaną postacią przez niego wykreowaną jest oczywiście Sherlock Holmes. Pierwowzorem tego bohatera był nauczyciel Doyle'a, lekarz królewski Joseph Bell.
Pamiętam, że w mojej rodzinnej biblioteczce był egzemplarz Przygód Sherlocka Holmesa. Ja jednak nigdy nie byłam fanką kryminałów, więc nie ciągnęło mnie do tej lektury, szczególnie że zawsze było coś lepszego do czytania (a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało). Jako że proza pana Doyle'a uznawana jest za klasykę podejrzewałam, że to lektura z rodzaju tych ciężkich, przy których trzeba się skupić i skoncentrować, a takich książek to miałam dość w szkole. Dlatego odkładałam te opowiadania w czasie, aż do teraz. I mam ochotę pogadać sobie z młodszą wersją mnie i wyperswadować jej z głowy te głupoty. Bo okazało się, że Psa Baskervillów czyta się po prostu cudownie.
Styl autora jest niesamowicie lekki, szczególnie biorąc pod uwagę lata, w których przygody Sherlocka opisywał. Nie będziemy odczuwać znużenia czy przeciągniętych na siłę wydarzeń. Całość jest przepełniona wartką akcją, a właśnie dzięki temu czytelnik bardziej doceni wszelkie opisy, które pojawiają się w treści. Moim zdaniem pan Doyle idealnie przedstawił tajemnicze trzęsawiska, które zamieszkuje przerażający pies. W zwięzły sposób wprowadził nas w klimat tego miejsca.
źródło
Wszyscy doskonale wiemy, że od dobrych kilku lat panuje moda na postać Sherlocka Holmesa. Powstały filmy ze znanym aktorem - Robertem Downey Jr., a przede wszystkim rekordy popularności wciąż bije brytyjski serial, w którym rolę detektywa odgrywa Benedict Cumberbatch. Dlatego sama postać Holmesa wydaje nam się bliska i czytając te przygody czujemy się trochę jakbyśmy wrócili do historii naszego dobrego znajomego. Bardzo ciekawie jest poznać ten pierwowzór, który nie różni się zbytnio od tego, którego wyobrażałam sobie na podstawie różnych adaptacji. To nadal król dedukcji, który potrafi wiele zaryzykować tylko po to, żeby znaleźć rozwiązanie danej zagadki. Chociaż tak naprawdę w przypadku Psa Baskervillów bliżej możemy poznać Watsona, który jest tutaj narratorem. To dzięki jego opowiadaniu i listom, które pisze dowiadujemy się wszystkiego na temat bieżących wydarzeń. Podobał mi się ten pomysł, ponieważ mieliśmy szansę na równi z nim analizować otrzymane wskazówki, a jednocześnie byliśmy niejako poza całym planem, który wymyślił sam Sherlock - dzięki temu daliśmy się zaskoczyć tak samo jak Watson.
Na tak niewielkiej ilości stron udało się autorowi wykreować kilka pełnokrwistych, barwnych postaci. Oprócz Henryka Baskerville'a, wokół którego toczy się cała intryga poznamy też wieloletnich służących jego rodu (którzy ukrywają kilka sekretów), ekscentrycznych sąsiadów (on - z zamiłowania botanik, ona - tajemnicza piękność), lekarza rodziny (który pragnie rozwikłać zagadkę klątwy rodu). Mimo że każdej z tych postaci poświęcono dość niewiele miejsca w książce, to mamy wrażenie jakbyśmy wiedzieli o nich naprawdę sporo. 
Sama zagadka też jest bardzo ciekawa. Przede wszystkim intryga jest zgrabnie poprowadzona - dostajemy masę klocków, które w miarę czytania zaczynają wskakiwać na odpowiednie miejsca i tworzyć całość. Może nie doświadczymy tutaj efektu: wow, za nic w świecie się nie spodziewałam!, ale i tak kilka zaskoczeń powinno się pojawić. 
Wydaje mi się, że każdy powinien przynajmniej dać szansę książkom o Sherlocku Holmesie. Podejrzewam, że wciągną Was tak jak mnie, i nawet się nie obejrzycie kiedy przewrócicie ostatnią stronę. To klasyk, który mimo upływu lat wciąż zapewnia mnóstwo rozrywki: postacie są barwne, opisy wprowadzają czytelnika w mroczny klimat, a zagadka zaskarbia uwagę od pierwszych stron. Polecam!

Moja ocena: 8/10

  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu MG.

niedziela, 25 czerwca 2017

W podróży przez czas - „Iskry czasoświatu” Krzysztof Bonk

Pierwszy raz zdarzyło mi się stracić cały wpis. Po prostu nawet jedno zdanie z mojej opinii na temat tej książki się nie zapisało. Dlatego z góry przepraszam, pierwsza wersja była lepsza, druga pisana już w nerwach na mój nieszczęsny los.


*Iskry czasoświatu*
Krzysztof Bonk

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* science-fiction
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 287
*Wydawnictwo:* self publishing
I zabiorę cię na grań świata, poszusujemy z niego w gwiezdną daaal. I rozpalimy tam nasze iskry, niech zapłonie w nich cały świaaat.
*Krótko o fabule:* 
Tajemnicze Iskry, przekraczające wymiar przestrzeni i czasu, kreują strukturę Czasoświatu. Przeszłość i przyszłość przenikają się, a całe istnienie wydaje się zdeterminowane. A jednak niektórzy zapragną wbrew wszystkiemu wszystko odmienić: „Niech rozpalą się nasze iskry, niech zapłonie w nich cały świat”.
- opis z okładki
*Moja ocena:*
Dla blogera nie ma bardziej motywującego momentu niż ten, w którym odzywają się do niego autorzy książek. Szczególnie debiutanci, którzy na rynku jeszcze nie są znani. Wydaje mi się, że powinniśmy być otwarci na tego typu propozycje, bo wspieranie młodych, niezależnych twórców należy do naszych zadań. Gdy dostaję tego typu maile zawsze się cieszę, ale przyznam, że wiele z propozycji zdarza mi się odrzucać. Są po prostu gatunki, które mnie do siebie nie przekonują, więc nie decyduję się na czytanie czegoś, co raczej nie wpasuje się w mój gust. Kiedy jednak przeczytałam opis Iskier czasoświatu poczułam się szczerze zainteresowana.
Krzysztof Bonk od kilku lat mieszka w Wiedniu, a z zawodu jest akupunkturzystą. Jego pasją jest pisanie książek, niedawno zdecydował się je wydać w formie self publishingu. Na rynku pojawiło się jego sześć powieści, więc to taki zwielokrotniony debiut.
Muszę przyznać, że bardzo podoba mi się wydanie książki. Wielu profesjonalnym wydawnictwom zdarzają się w tej kwestii wpadki, często okładki i wnętrze mnie do siebie nie przekonują. W tym przypadku autor zdecydował się na ujednolicenie swoich powieści i wszystkie okładki zostały zaprojektowane przez Agnieszkę Rysię Radziędę, a wnętrze zapełnia sporej wielkości czcionka, co jeszcze zwiększa tempo czytania.
Od pierwszych stron zostajemy wciągnięci w wir wydarzeń - na próżno tutaj szukać długich wstępów i opisów świata przedstawionego. Ciągła akcja ma jednak swoje plusy i minusy. Na pewno dzięki temu czyta się błyskawicznie, a strony niemal same się przerzucają. Jednak fakt, że każdy rozdział to niemal osobna historia sprawia, że bliżej tej powieści było do zbioru opowiadań z akcją w jednym uniwersum niż do pełnoprawnej fabuły. Dopiero gdzieś w połowie zaczyna się klarować oś fabularna, ale i wtedy autor nie rezygnuje z pomysłu skakania po czasie, a co za tym idzie, przedstawiania nam wciąż nowych bohaterów.
źródło
Jeżeli już jesteśmy przy bohaterach, to niestety miałam z nimi trochę problem. Polegał on na tym, że niewielu było takich, którzy jakkolwiek zapadli mi w pamięci. Oczywiście wszystko dlatego, że każdy rozdział przenosił nas w czasie, wciąż z innym bohaterem na czele. Taki jeden rozdział, nawet kilkudziesięciostronicowy, nie wystarczał na dostateczne rozwinięcie charakteru postaci. Mieliśmy więc masę bohaterów, którym zabrakło czasu na wzbudzenie w nas jakichś głębszych uczuć. Do żadnego się nie przywiązałam, żadnemu też nie kibicowałam. Szczególnie, że gdy już jakąś emocję wzbudzali, to były to raczej te nieprzyjazne. Wydaje mi się, że autor po prostu opisał nam wiele czarnych charakterów, którzy są napędzani przez negatywne emocje - a to zemstę, a to chęć władzy, a to strach. Równocześnie uczucia między samymi bohaterami też pojawiały się dość nagle i zazwyczaj były kierowane przez popęd seksualny. Tak, scen łóżkowych w powieści jest dość sporo, wydaje mi się, że lepiej byłoby z niektórych zrezygnować i skupić się na eksploatacji cech charakteru poszczególnych postaci.
Za to zdecydowanie na plus oceniam wybór miejsc akcji, a raczej czasu akcji. Autor zdecydował się na skoki w czasie, które wysyłało przykładowo osobę z XXI wieku do czasów średniowiecznych, a następnie kogoś ze starożytnego Rzymu na pokład statku kosmicznego. Może trochę zabrakło mi tutaj opisów adaptacji w nowym otoczeniu poszczególnych postaci, ale same miejsca uważam za naprawdę trafne. Na pewno dawały spore pole do popisu.
Żałuję, że faktyczna fabuła książki tak długo nabierała rozpędu, autor poświęcił zbyt wiele czasu na poszczególne opowiadania. Kiedy już pojawiło się trochę więcej wyjaśnienia czytało się z większą uwagą, szczególnie że końcówka była naprawdę dobra.
Iskry czasoświatu to ciekawa powieść na temat podróży w czasie, jednak niepozbawiona wad. Oceniając ją biorę pod uwagę, że to książka autora debiutującego na naszym rynku, za którego będę na pewno trzymała kciuki i kibicowała w przyszłych planach wydawniczych. Zresztą już zerknęłam na inne jego pozycje - nie zamyka się jedynie na jeden gatunek literacki, bo w jego dorobku można znaleźć nawet przesłodzoną komedię romantyczną. Ja jestem zainteresowana. A co do Iskier czasoświatu - czytać czy nie czytać - wybór zostawiam Wam.


  Za egzemplarz dziękuję autorowi książki.

środa, 21 czerwca 2017

Trochę inne bajki, czyli animacje niekoniecznie dla dzieci

Nie ma co owijać w bawełnę - do tej pory uwielbiam oglądać bajki. Często gdy staję przed wyborem: film albo animacja, to wybieram drugą opcję. Po prostu istnieje większe prawdopodobieństwo, że spędzę przy niej przyjemne chwile i się nie rozczaruję. 
To prawda, oglądam wiele bajek skierowanych typowo do dzieci. Byłam w kinie na Krainie lodu i się tego nie wstydzę. Ba! Nawet się przednio na niej bawiłam. Jednak to te inne animacje, które już niekoniecznie nadają się do oglądania przez najmłodszych, zapadają mi na dłużej w pamięci. Dzisiaj polecę Wam kilka tytułów, wartych uwagi. Niektóre z nich to po prostu bajki, które mogą oglądać starsi i młodsi, ale znajdzie się kilka przykładów jedynie dla osób dorosłych. Gotowi?


Jeden z moich ulubionych filmów animowanych i pierwszy autorstwa Hayao Miyazakiego, który udało mi się obejrzeć. Później się okazało, że wszystko co wychodzi spod jego rąk jest wyjątkowe. Największy sentyment został mi jednak do Ruchomego Zamku Hauru. Przepiękna historia, cudowne obrazy i po prostu genialna ścieżka muzyczna. Bardzo podobał mi się sposób przedstawienia bohaterów, którzy nie są jednoznacznie dobrzy bądź źli. Dzieci obejrzeć też mogą, ale moim zdaniem starsi widzowie bardziej docenią ten tytuł.

Musiała znaleźć się tutaj animacja, którą wyreżyserował genialny, niepowtarzalny i jeden z moich osobistych ulubieńców - pan Wes Anderson. Kocham jego filmy i specyficzną estetykę, ale ta animacja po prostu rozłożyła mnie na łopatki. W tym przypadku uważam, że dzieci raczej nie powinny być nią zachwycone, ponieważ najsilniejszą stroną filmu jest absurdalny humor, który trafia w moje gusta w stu procentach. To zdecydowanie jedna z najzabawniejszych animacji, jakie dane było mi zobaczyć. Na dodatek historia jest frapująca, całość wykonana w technice animacji lalkowej-poklatkowej, co sprawia, że podziw jest jeszcze większy, a Anderson nie rezygnuje ze swojej miłości do idealnie dobranej gamy kolorystycznej dla każdej klatki filmu.

To akurat jedna z bardziej znanych animacji, przynajmniej tak mi się wydaje. Pamiętam, że podchodziłam do niej ze sporą rezerwą, bo rzecz dzieje się w przyszłości, a bohaterem jest mały robot. Wydawało mi się, że to po prostu nie moje klimaty. Jednak bardzo się zdziwiłam! Wall-E to przepiękna, wzruszająca historia, która porusza ważny i aktualny temat niszczenia naszej planety. Najdziwniejsze w tym wszystkim, że to niemal w całości jest kino nieme. Bo roboty nie rozmawiają, a ich komunikacja opiera się na wydawaniu specyficznych dźwięków. Jak już przy tym jesteśmy - warstwa techniczna (obraz i dźwięk) to prawdziwy majstersztyk. I znowu - dzieci obejrzeć mogą, ale starsi powinni bawić się na niej lepiej.

Animacja, która powstała w 2007 roku na podstawie komiksu o tej samej nazwie, autorstwa Marjane Satrapi. Są to prawdziwe wydarzenia z życia autorki, historia obejmuje okres rewolucji islamskiej w Iranie. I cóż, to już absolutnie nie jest animacja dla dzieci. Jednak dzięki temu, że autorka użyła do przedstawienia swojego życia obrazków, czy to rysowanych czy to tych ruchomych, uzyskała efekt jeszcze bardziej zatrważający i przejmujący. Zarazem znajdzie się tam wiele dystansu do życia (dzięki głównej bohaterce) i osobliwego poczucia humoru. Zdecydowanie warto to zobaczyć, a ja chętnie zapoluję także na komiks.

Chyba nie muszę specjalnie przedstawiać tego filmu? Jeden z najgłośniejszych tytułów ostatnich lat, a moim zdaniem małe arcydzieło gatunku animacji. Bo to wciąż bajka dla młodszych, ale starsi rozkochają się w niej równie łatwo. Już pierwsze dziesięć/piętnaście minut doprowadza zapewne połowę widzów do płaczu (w tym mnie). A później jest zabawnie, refleksyjnie, z wartką akcją i ciekawymi bohaterami, tak różnymi od tych typowych pięknych księżniczek i książąt. Trudno też po prostu nie zachwycić się podniebną podróżą domkiem z masą balonów, w kierunku nieznanej przygody - okazuje się, że żaden wiek nie jest tutaj przeszkodą. Cudowna animacja.

Bardzo kameralna animacja, z powolną akcją i francuskim klimatem, mimo że akcja ma miejsce w Anglii. Postać starszego, samotnego iluzjonisty, który stara się wyżyć ze swojej pasji w świecie, gdzie ludzie preferują głośne dźwięki rockandrolla niż spokojne, znane sztuczki magiczne. I wtedy poznaje młodą dziewczynę, która namiesza w jego ułożonym życiu. Animacja bardzo depresyjna, to dramat, więc nie możemy się spodziewać żadnych wybuchów śmiechu. Za to na pewno spełni estetyczne oczekiwania - każdy kadr jest tutaj przepiękny, kreska jest bardzo oryginalna. Nie dla dzieci, ale dorośli obejrzeć mogą. A nawet powinni!

Animacja Sklep dla samobójców ma o wiele mniej fanów niż wszystkie inne pozycje na tej liście, ale w mój gust trafiła (może miałam akurat idealny na nią nastrój?). Wydaje mi się też, że na plus działał tym razem oryginalny dubbing. Zazwyczaj bardzo polski cenię, ale już w przypadku naszego rodzimego zwiastuna widzę, że całość mogłaby podobać mi się mniej. A szkoda, bo to naprawdę przyjemna czarna komedia, którą rozświetla uśmiech jednego z bohaterów. Zgrabnie napisana, bardzo klimatycznie narysowana - tylko oglądać. Oczywiście to kolejny przykład animacji dla raczej starszych odbiorców.

Nie będę w tym przypadku mydlić Wam oczu - ta animacja trochę odstaje od reszty z listy. Moim zdaniem dzieciaki będą się na niej bawić równie dobrze, a wszystko za sprawą stworzenia o największej słodyczy na świecie - Totoro. W Japonii ta bajka zyskała ogromną popularność, dlatego i wielkiego pluszowego zwierzaka można spotkać w licznych sklepach z zabawkami, a jego wizerunek widnieje nawet na logo osławionego Studia Ghibli. Niemniej, sama obejrzałam ją mając sporo lat na karku, a nie przeszkodziło mi to zakochać się w niej bez pamięci. Pięknie nakreślone relacje w rodzinie, przywiązanie do drugiej osoby - proste prawdy, które w tym filmie zyskują magiczną moc. Polecam!

Sekrety morza to kolejna animacja z listy, która zyskała ogromną popularność. I tak, kolejny raz dzieci mogą zobaczyć, ale uważam, że docenią ją bardziej osoby dorosłe. Cudownie przedstawione zostały mniej znane współcześnie mitologie i wiary - mamy tutaj masę najdziwniejszych stworzeń żyjących gdzieś na pograniczu świata realnego z fantastycznym, od uśmiechniętych fok, przez ludzi-kamieni, po wiedźmy z armią sów na zawołanie. A najważniejsze, że reżyser miał idealne wyczucie, przez co animacja łapie za serce, rozczula, powoduje uśmiech, a przede wszystkim podziw. Bo tutaj gama kolorystyczna, ujęcia, wyobraźnia w połączeniu z genialną ścieżką dźwiękową tworzą po prostu magię. Koniecznie zobaczcie, a ja będę polować na wcześniejszą animację reżysera, Sekret księgi z Kells.

Dobra, to nie jest do końca animacja, ale moim zdaniem Kongres zasługuje na miejsce w tej liście. To takie nowatorskie połączenie filmu z animacją - część została więc nagrana, a część dorysowana. Wszystko oczywiście na potrzeby oddania zawiłej i futurystycznej fabuły, której autorem jest Stanisław Lem! Już samo to powinno zachęcić nas do obejrzenia tego tytułu. Na dodatek główną rolę gra Robin Wright, która jest tutaj cudowna. Muszę przyznać, że całość mnie trochę skołowała i zostawiła z mętlikiem w głowie - były momenty mocne i trochę przeciągnięte. Warto jednak sprawdzić na własnej skórze.


Na liście nie zmieściło się wiele pozycji, nadmienię chociażby inne anime (Opowieści z Ziemiomorza, Tajemniczy świat Arriety, Księżniczka Mononoke, Wilcze dzieci, Spirited Away, 5 centymetrów na sekundę) i takie cudeńka jak Chico i Rita, 9, Koralina, Miasteczko Halloween, W głowie się nie mieści, Gnijąca Panna Młoda. Wszystkie polecam nadrobić. 
Chętnie się dowiem czy Wy też znacie takie animacje, które dorosłemu mogłyby się spodobać nawet bardziej niż młodszym widzom. Czekam na propozycje!

sobota, 17 czerwca 2017

Czasami warto zrobić krok naprzód, żeby dowiedzieć się czegoś o sobie - „Kobieta na schodach” Bernhard Schlink

Na początek mam dla Was dobrą nowinę: jeden egzemplarz Kobiety na schodach będzie do wygrania w konkursie. Wypatrujcie informacji ;)


*Kobieta na schodach*
Bernhard Schlink

*Język oryginalny:* niemiecki
*Tytuł oryginału:* Die Frau auf der Treppe
*Gatunek:* literatura zagraniczna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2014
*Liczba stron:* 265
*Wydawnictwo:* REBIS
Popełniłem ten sam błąd co wtedy. Wówczas wydawało mi się, że wiem, kim ona jest, a nie wiedziałem nic. Nasza bliskość istniała tylko w mojej wyobraźni.
*Krótko o fabule:* 
Uporządkowane życie niemieckiego prawnika odmienia się w mgnieniu oka, gdy w muzeum w Sydney natyka się on na obraz od lat uznawany za zaginiony. To wizerunek Irene, kobiety, dla której był gotów zaryzykować wszystko, a ona bez słowa zniknęła z jego życia. Wiadomość o odnalezieniu obrazu jest zaskoczeniem także dla dwóch innych mężczyzn, którzy kiedyś ją kochali – i nadal czują się przez nią oszukani. Wszyscy czworo spotkają się po latach nad odludną australijską zatoką: każdy z mężczyzn chce odzyskać to, co mu się rzekomo należy.
- opis wydawcy
*Moja ocena:*
Bernhard Schlink znany jest przede wszystkim jako autor bestsellera - książki Lektor (o której pisałam TUTAJ). Podczas sięgania po jego najnowszy tytuł towarzyszyła mi nutka ekscytacji. Bo czy zapoznanie się z najbardziej popularną książką tego autora nie postawiło za wysoko poprzeczki? I czy tym razem znowu z radością dam się pochłonąć historii przedstawianej przez niemieckiego pisarza? Okazało się, że obawy były jak najbardziej bezpodstawne - Kobieta na schodach nie zawodzi.
Trudno byłoby nie zauważyć wielu podobieństw między tą pozycją a Lektorem. Zdecydowanie można wyczuć w nich pewne pierwiastki, które jednoznacznie wskazują, że autorem jest ta sama osoba. Znowu pojawia się tematyka prawa i sprawy sądowej. Widać że Schlink, profesor nauk prawnych, wykorzystuje znajomość tej dziedziny, wprawnie wplatając ją w fabułę kolejnej książki. Tym razem zawód głównego bohatera jest niejako punktem wyjścia dla historii - to w sprawie konfliktu prawnego zwracają się do niego Schwind, malarz, który chce odzyskać swoje dzieło, wiszące w willi Gundlacha oraz atrakcyjna, intrygująca Irena, była żona właściciela obrazu. Przez cały początek książki jesteśmy świadkami przepychanek słownych i wzajemnych oskarżeń dwóch panów. Poznajemy nerwowego Schwinda, który uważa obraz Kobieta na schodach za dzieło swojego życia i nie potrafi pogodzić się z tym, że ten wisi na ścianie jego wroga. Gundlach natomiast to człowiek zraniony, jego żona, Irena, opuściła go dla ekscentrycznego malarza, toteż mężczyzna stawia się rywalowi i nie zamierza opuścić pola walki. 
Podobał mi się fakt, że tym punktem zapalnym był właśnie obraz, tak prosty w swoim przesłaniu, a zarazem tak wyjątkowy, iż potrafił wzbudzać ogromne emocje. Jednak szybko się okazało, że to nie dzieło sztuki będzie w centrum wydarzeń, a jest ono tylko pretekstem do zwrócenia uwagi na osobę znajdującą się na obrazie, czyli na Irenie. Kobieta, która w pierwszej części historii wydaje nam się oderwana od rzeczywistości, jej działania nie potrafią dać nam pełnej perspektywy jej charakteru. Wiemy jedynie, że potrafi rozsiewać swój czar na tyle, żeby rozkochać w sobie dwóch walczących o obraz mężczyzn i zaintrygować naszego głównego bohatera.
„Akt schodzący po schodach” Marcel Duchamp, obraz do którego nawiązuje Schlink w swojej książce, źródło
Początek książki nie frapuje jednak tak, jak było to w przypadku Lektora. To przyjemna, obyczajowa historia, która jednak nie wzbudza w czytelniku głębszych emocji. Wszystko jednak nabiera kolorów w kolejnych częściach powieści, które dzieją się wiele lat później. Wtedy następuje ponowne spotkanie trójki mężczyzn z tajemniczą Ireną, a także z (na długo zaginionym) obrazem Kobiety na schodach. Autor bardzo dobrze sobie poradził z powolnym odkrywaniem przed czytelnikami kart charakteru głównej kobiecej postaci. Dzięki temu początkowa łatka/ocena, którą jej przypasowaliśmy ulega zmianie i tak naprawdę ewoluuje do ostatnich stron książki. Jednak postać głównego bohatera podobała mi się już mniej niż w poprzedniej książce autora. Może brakowało mi szerzej opisanego procesu zmian, które w nim zachodziły? Uważam, że trochę za szybko nastąpiła zmiana z chłodnego, racjonalnego mężczyzny do goniącego za fantazją chłopaka. Co prawda, i tak miło, że jego charakter ewoluował podczas trwania historii, ale brakowało mi trochę rozwinięcia tego momentu zmiany.
Muszę przyznać, że element, który spodobał mi się najbardziej dotyczył traktowania kobiet przez mężczyzn odnoszących sukcesy. Czy w ogóle było tam miejsce na uczucie? A może piękną Irenę traktowali jedynie jako swoje trofeum, kolejny bonus w drodze na szczyt? Jako muzę, niemal przedmiot, który warto trzymać przy sobie? Ciekawe rozważania, które zajmują głowę czytelników, ale także bohaterów, a odpowiedzi na te pytania poznajemy razem z nimi.
Kobieta na schodach to również książka o pokonywaniu barier, o tym, że czasami warto pójść o krok dalej, bo pomimo cierpienia możemy doświadczyć rzeczy pięknych i chwil wartych zapamiętania. Dowiemy się też, że poświęcenie się dla innych, może do nas wrócić. I czasami warto pomagać nawet w sytuacjach beznadziejnych, kiedy nie ma już nadziei. 
Najnowsza powieść Bernharda Schlinka nie jest może tak dobra jak Lektor, ale to kolejna lektura, którą czytało mi się z przyjemnością, fabuła skrywała kilka prawdziwych asów w rękawie, a bohaterowie pokazywali niejedno oblicze. Moim zdaniem warto po nią sięgnąć, chociażby dla magicznego stylu autora.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Historia cierpi przez brak umiaru - „Wiatrodziej” Susan Dennard

Nie lubię tego uczucia rozczarowania. Naprawdę myślałam, że w drugiej części autorka rozwinie swój pomysł i w końcu wciągnie mnie do świata Czaroziem. Niestety, nie udało się, a wręcz podobało mi się mniej niż Prawdodziejka. Więcej poniżej.


*Wiatrodziej*
Susan Dennard

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Windwitch
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #2 Czaroziemie
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 399
*Wydawnictwo:* SQN Imaginatio
Wszystko na tym świecie ma wiele kolorów, wiele odcieni szarości niemieszczących się w twojej czarno-białej wizji świata, w której istnieje tylko prawda i fałsz.
*Krótko o fabule:*
Życie Merika nie jest łatwe. Niedawno stracił najlepszego przyjaciela, a do tego właśnie spłonął jego okręt. Za wszystkim stoi jego siostra, Vivia, która za wszelką cenę chce się pozbyć młodego księcia i zasiąść na tronie. Czy wiatrodziej wyjdzie z tego starcia cało? Czaroziemie opanowuje wojna. Nubreveni pokładają nadzieję w tajemniczej postaci – Furii, ale Vivia nie ma zamiaru w nią uwierzyć.
Safi i Iseult, więziosiostry, wpadły w nie lepsze kłopoty. Przyjaciółki znowu zostały rozdzielone i nie wiadomo, czy kiedykolwiek się jeszcze spotkają. Safi towarzyszy cesarzowej, a piekielni bardowie depczą im po piętach. Każdy chce mieć potężną prawdodziejkę po swojej stronie. Jej moc może zdecydować o powodzeniu w politycznych rozgrywkach. Iseult po raz kolejny musi się zmierzyć z krwiodziejem. A może powinna mu zaufać?
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
W swojej opinii na temat poprzedniego tomu wspominałam o rozczarowaniu jakie mi towarzyszyło przy lekturze Prawdodziejki. Spodziewałam się po prostu czegoś naprawdę mocnego, a otrzymałam dość zwykłą młodzieżówkę, zawierającą jednak kilka ciekawych wątków. Na ich rozwinięcie i pojawienie nowych liczyłam z całego serca. Miałam nadzieję, że autorka wyjaśni trochę bliżej system magiczny, żebyśmy lepiej poznali ten świat. Liczyłam na pogłębienie charakterów nam już znanych i dokładniejsze opisy postaci rzadziej się pojawiających. A nade wszystko chciałam, żeby autorka ruszyła krok dalej w kreowaniu tego głównego celu, do którego cała historia ma zmierzać. I cóż, po raz kolejny się przejechałam.
Nie bądźcie zdziwieni, że w recenzjach natkniecie się na spore rozbieżności na temat tempa akcji Wiatrodzieja. Niektórzy piszą o tym, jak zostaniemy wrzuceni w wir wydarzeń, a inni twierdzą, że druga część jest o wiele spokojniejsza, wręcz nic się tam nie dzieje. I nie, to nie tak, że każdy czyta inną książkę. Po prostu na akcję opisaną przez autorkę można spojrzeć dwojako. Bo tak, dzieje się niby sporo, szczególnie, że wydarzenia poznajemy z perspektywy wielu bohaterów. Ale koniec końców nie dzieje się nic naprawdę ważnego i frapującego, co faktycznie można by uznać za przyspieszenie właściwej akcji książki. Niestety, kiedy co chwilę któryś z bohaterów wpada w tarapaty i historia opiera się tylko na tym, jak poszczególne postacie sobie z takimi kłopotami radzą, to główna oś książki gdzieś się rozmywa. I to w tej kwestii mam najwięcej do zarzucenia Wiatrodziejowi. Bo tak bardzo liczyłam na rozwój wydarzeń, przybliżenie historii pary Cahr Awen, mitycznej dwójki, która ma przywrócić równowagę magiczną w krainie. Moim zdaniem to powinien być najważniejszy wątek książki, a niestety zostaje wspomniany mimochodem jedynie kilka razy. 
Na czym w takim razie skupia się fabuła? Właśnie trudno jednoznacznie określić. Przez to, że autorka zdecydowała się na wielogłos w narracji to otrzymaliśmy tak jakby kilka osobnych historii. Czyli: Aeduan ma na celu złapanie i dostarczenie więziosiostry - Iseult; Merik postanawia dokonać zemsty na swojej siostrze Vivii; Safi wpada w towarzystwo piekielnych bardów, od których stara się uciec, a Iseult stara się dotrzeć do swojej przyjaciółki. I mimo że jakieś wątki się przeplatają (Aeduan i Iseult) to i tak czułam się jakbym po prostu czytała kilka różnych historii, umiejscowionych w jednym świecie przedstawionym.
źródło
Moim zdaniem akcja jeszcze mogłaby się wybronić, gdyby autorka zrezygnowała z historii Safi, która wnosiła najmniej do całości. Kiedy już zaczynałam się wciągać w losy Merika czy Iseult i Aeduana, to wprowadzanie wątku Safi wszystko niszczyło i odbierało radość z czytania. Najjaśniejszymi momentami były moim zdaniem te, których bohaterem był Merik. Postać zdecydowanie zyskuje na charakterze w drugim tomie. To już nie jest rozpieszczony książę, a rozgoryczony, szukający zemsty człowiek. Na dodatek to w jego wątku dostajemy najciekawsze elementy - osobliwego antagonistę czy intrygującą postać Vivii. Moim zdaniem najlepszą decyzją było wprowadzenie jej jako nowej bohaterki, gdyż wniosła trochę życia i koloru do świata Czaroziem. 
Wątek Iseult i Aeduana miał ciekawe momenty, ale cóż, po pierwszym tomie liczyłam na o wiele więcej. Moim zdaniem ta para miała ogromne pokłady potencjału, który został wykorzystany w minimalnym stopniu. Tak naprawdę najbardziej zaciekawiona byłam podczas ich ostatnich kilku rozdziałów, gdzie pojawia się nowy element układanki, zdecydowanie intrygujący. Szkoda, że tak późno.
Żałuję trochę tych podwalin, które autorka stworzyła w pierwszym tomie. Z książki o przyjaźni zostało tylko wspomnienie, Wiatrodziej to po prostu zlepek krótkich scenek akcji, czasem bardziej wciągających, a czasami wręcz nudnych. Wydaje mi się, że Dennard nie potrafiła skupić się na głównej osi fabularnej, więc dorzuciła mnóstwo wątków pobocznych, które nie zachwycają, a nawet przeszkadzają w odbiorze całości. Może uda jej się wrócić na dobre tory w kolejnym tomie? Kto to wie.
Nie jest też tak, że książka jest zła. To naprawdę miła lektura do przeczytania, przykładowo w komunikacji miejskiej. Nie potrzeba wiele uwagi czytelnika, styl autorki jest lekki i przyjemny. Jeżeli ktoś nie jest wymagającym fanem fantastyki (cóż, ja trochę jestem) to powinien być zadowolony.
Seria Czaroziem nie jest skierowana do wszystkich. Powinna się spodobać, jeżeli szukacie czegoś lekkiego, rozrywkowego, bez wymyślnej fabuły i zawiłych relacji. To dość prosta historia, do której autorka wrzuciła bardzo dużo wątków, dzięki czemu ciągle się coś dzieje, chociaż niekoniecznie wnosi to coś więcej do głównej historii. Moim oczekiwaniom Wiatrodziej nie sprostał, ale może Tobie się spodoba? Warto się przekonać na własnej skórze.

Moja ocena: 5/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.


czwartek, 8 czerwca 2017

Pasjonująca znajomość z tajemnicą przeszłości w tle - „Lektor” Bernhard Schlink

Wracam do czytania! Muszę przyznać, że zaczynało mi tego bardzo brakować, ale teraz znowu mogę poświęcić popołudnia na ślęczenie nad lekturami, których na półce się namnożyło dość sporo. Mam nadzieję, że się cieszycie z mojego powrotu ;)


*Lektor*
Bernhard Schlink

*Język oryginalny:* niemiecki
*Tytuł oryginału:* Der Vorleser
*Gatunek:* literatura zagraniczna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1995
*Liczba stron:* 216
*Wydawnictwo:* REBIS
A może „za późno” w ogóle nie istnieje, może jest tylko późno, a późno jest o wiele lepsze niż nigdy?
*Krótko o fabule:* 
Piętnastoletni Michael Berg poznaje piękną dojrzałą kobietę, w której zakochuje się bez pamięci. Rodzi się między nimi namiętny romans, ale i czuła bliskość, gdy chłopak czyta Hannie na głos książki. Po jakimś czasie Hanna jednak znika niespodziewanie, bez śladu. Już jako student prawa Michael spotyka ją przypadkowo na procesie strażniczek w obozie koncentracyjnym – na ławie oskarżonych. Poznaje mroczną przeszłość ukochanej, ale zaczyna też rozumieć, że Hanna skrywa znacznie dla niej boleśniejszą tajemnicę…
- opis wydawcy
*Moja ocena:*
Chyba nikomu nie muszę tłumaczyć dlaczego zainteresował mnie ten tytuł. Jako fanka kinematografii, oczywiście musiałam zobaczyć film, za który genialna Kate Winslet otrzymała Oscara w kategorii najlepsza rola pierwszoplanowa. Ekranizacja Daldry'ego bardzo mi się podobała, chociaż pamiętam już ją raczej mgliście - oceniałam ją pięć lat temu. Dlatego sięgnięcie po pierwowzór wydawało się tak dobrym pomysłem.
Bernhard Schlink urodził się w 1944 roku. Z wykształcenia jest profesorem nauk prawnych, jednak oprócz artykułów naukowych zajmuje się również beletrystyką. To dzięki powieści Lektor zdobył światową sławę, miejsce na liście bestsellerów i liczne nagrody, a książkę przetłumaczono na ponad pięćdziesiąt języków. Najnowsza pozycja Schlinka, Kobieta na schodach, pojawiała się niedawno na naszym rynku wydawniczym, za sprawą wydawnictwa Rebis (jej recenzja ukaże się wkrótce na blogu, a dodatkowy egzemplarz będzie do wygrania w konkursie).
Zawsze pojawia się problem, kiedy po raz kolejny odkrywamy jakąś historię. Zazwyczaj ekranizacja nie jest tak dobra, kiedy znamy szczegóły zawarte w książce, natomiast pierwowzór może rozczarować, kiedy fabularne zaskoczenia omijają nas, za sprawą obejrzanego wcześniej filmu. Na szczęście zdarzają się wyjątki, które sprawiają, że ponowne zanurzenie się w historii funduje nam kolejną emocjonalną wycieczkę. Mogę to oczywiście zwalić na dość długi okres czasu, który minął odkąd obejrzałam ekranizację, ale wolę wierzyć, że książka Schlinka po prostu wywołuje takie emocje, niezależnie od istniejącego filmu. Na dodatek to, co było największą siłą filmu, czyli zaskakujący twist w akcji, tutaj nie zwala z nóg, a jednak wciąż książka absorbuje sto procent uwagi czytelnika.
Kiedy wzięłam po raz pierwszy Lektora do rąk zdziwiła mnie trochę jego objętość. To naprawdę króciutka powieść - nie wystarcza fakt, że ma niewiele ponad 200 stron, ponieważ dodatkowo czcionka jest naprawdę sporych rozmiarów. Możecie z tego łatwo wywnioskować, że książkę czyta się w błyskawicznym tempie.
źródło
To, czym powieść zachwyca, jest przede wszystkim narracja, prowadzona w pierwszej osobie. Michael Berg przedstawia wszystkie wydarzenia ze swojej perspektywy, dzięki czemu możemy się z nim identyfikować, a dalej - poznać tok jego myśli i postarać się spojrzeć na tę historię jego oczyma. Dzięki lekkiemu, nienachalnemu, ale zarazem artystycznie nacechowanemu stylowi autora, możemy wniknąć w duszę młodego chłopaka i poznać wszystkie targające nim namiętności. Trzeba zaznaczyć, że pierwsza część książki skupia się przede wszystkim na rozkwitającym związku między Michaelem a Hanną, czyli możemy spodziewać się sporo opisów młodzieńczych żądz i gorących scen między tą dwójką. Wszystko oczywiście opisane pięknym, literackim językiem, zatem: bez obaw! 
Po przeczytaniu książki można zacząć się domyślać czym autor się interesuje - wszystko za sprawą procesu sądowego, który zajmuje sporo miejsca w powieści. Na szczęście nie zostajemy zamęczeni absolutnie żadną zbędną nomenklaturą prawniczą. Jest zwięźle i na temat, ale równocześnie zgodnie z prawem i intrygująco. Każda kolejna rozprawa przynosi nowe fakty, które zaciekawiają i sprawiają, że z zaciśniętym gardłem czekamy na rozwiązanie sprawy.
Dlaczego jednak Lektor zdobył aż taką sławę? Wydaje mi się, że cały ten sukces (obok pięknej narracji, porządnie nakreślonej relacji między dwójką bohaterów i elementu zaskoczenia) zawdzięcza postawieniu czytelnika w pozycji człowieka oceniającego. Automatycznie po skończeniu lektury mamy ochotę się zastanowić nad etyczną, moralną stroną postępowania każdego z bohaterów. Możemy pochylić się nad ich poszczególnymi decyzjami, określić czy postąpili dobrze czy źle, a potem postawić się na ich miejscu i starać się zrozumieć to co uczynili, będąc w danych okolicznościach.
Dodatkowym atutem dla książkoholików jest oczywiście temat powieści, które Michael czyta Hannie. Będziemy mogli spotkać się z kilkoma, bardziej lub mniej znanymi, książkami. Ja lubię takie tytuły wyłapywać i dopisywać do swojej listy.
Cóż ja mogę dodać? Książkę po prostu warto przeczytać, a szczególnie do sięgnięcia po nią zachęcam tych, którzy fabuły nie znają z ekranizacji. Element zaskoczenia, który wprowadził tu Schlink naprawdę robi wrażenie. Dla tych, którzy film widzieli, będzie to miłe przypomnienie, z narracyjnie piękną otoczką. Polecam!

Moja ocena: 8+/10



Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

wtorek, 23 maja 2017

Spójrz w zaświaty - „Czas Żniw” Samantha Shannon

Jak zapewne zauważyliście mam małą przerwę. Akurat trochę zawirowania wpłynęło w moje życie prywatne i muszę poświęcić więcej czasu na załatwienie pewnych bardzo ważnych dla mnie spraw. Mam nadzieję, że zrozumiecie - wracam z pełną parą w drugim tygodniu czerwca, a tymczasem pojawiać się będę raczej sporadycznie. I tutaj, i na facebooku, i na instagramie :)


*Czas Żniw*
Samantha Shannon

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Bone Season
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #1 The Bone Season
*Rok pierwszego wydania:* 2013
*Liczba stron:* 513
*Wydawnictwo:* SQN

Nadzieja to jedyna rzecz, która może jeszcze wszystkich nas ocalić.
*Krótko o fabule:*
Rok 2059. Dziewiętnastoletnia Paige Mahoney pracuje w kryminalnym podziemiu Sajonu Londyn. Jej szefem jest Jaxon Hall, na którego zlecenie pozyskuje informacje, włamując się do ludzkich umysłów. Paige jest sennym wędrowcem i w świecie, w którym przyszło jej żyć, zdradą jest już sam fakt, że oddycha.

Pewnego dnia jej życie zmienia się na zawsze. Na skutek fatalnego splotu okoliczności zostaje przetransportowana do Oksfordu – tajemniczej kolonii karnej, której istnienie od dwustu lat utrzymywane jest w tajemnicy. Kontrolę nad nią sprawuje potężna, pochodząca z innego świata rasa Refaitów. Paige trafia pod protektorat tajemniczego Naczelnika – staje się on jej panem i trenerem, jej naturalnym wrogiem. Jeśli Paige chce odzyskać wolność, musi poddać się zasadom panującym w miejscu, w którym została przeznaczona na śmierć.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Cykl Czasu Żniw od jakiegoś czasu zyskuje coraz większy rozgłos. Osobiście zaczęłam się nim interesować ponad rok temu, kiedy zakupiłam dwie pierwsze części, ale wciąż nie miałam czasu się za nie zabrać, chociaż kusiły z półki. Jeszcze w styczniu zaplanowałam, że w tym roku muszę je nadrobić i na szczęście udało mi się lekturę Czasu Żniw wcisnąć w napięty grafik. 
Samantha Shannon urodziła się w Londynie, w 1991 roku. Od razu możemy się trochę nadziwić, że tak młoda osoba zyskała taką sławę (jest w moim wieku!). Otóż, jej debiut (!), czyli Czas Żniw został sprzedany w 21 krajach, zostały również wykupione prawa do ekranizacji. Pozostaje jej gratulować i trzymać kciuki za dalszą karierę.
Z książką miałam problem, często spotykany przy sięganiu po światowe bestsellery, ogólnie chwalone przez znajomych. Miałam zbyt wysokie oczekiwania, którym lektura nie sprostała. Spodziewałam się swoistego arcydzieła młodzieżowej dystopii, a dostałam ciekawą historię, która okazała się nie budzić u mnie zachwytu, który pojawiał się u innych, licznych czytelników. To kolejny argument za tym, że powinnam przestać nastawiać się na genialne powieści, po przeczytaniu licznych pochwalnych recenzji - cóż, czasami moje zdanie jest różne od większości.
Nie chciałabym tutaj bynajmniej powiedzieć, że Czas Żniw mi się nie spodobał. I nawet wydaje mi się, że rozumiem czym tak bardzo chwycił za serca czytelników. Książka jest przede wszystkim niezwykle oryginalna. Mimo że korzysta z kilku schematów, jak uzdolniona nastolatka, kryminalna, podziemna szajka czy przeniesienie do miejsca, w którym młodzi zdolni przechodzą szkolenie, to cała otoczka sprawia, że te powtórki z rozrywki nie przeszkadzają. Wszystko za sprawą pomysłu z jasnowidzami, wykorzystaniem zaświatów, duchów, aur, wróżenia z kart - cały system magiczny jest tutaj doprawdy na wysokim poziomie. Niestety, przez to że jest on tak rozbudowany to początek powieści niezwykle mnie zmęczył. Autorka zasypuje nas pojęciami, które trudno zrozumieć i dopiero gdzieś w połowie potrafiłam sobie większość faktów poukładać. Nie chodzi o to, że nie lubię długiego kreowania świata przedstawionego (wręcz przeciwnie, nawet wolę takie, chociażby jak w przypadku Drogi Królów Sandersona). Jednak pani Shannon nie poradziła sobie z powolnym wprowadzaniem czytelnika w swój świat. Postanowiła zasypać go informacjami, a dla swojego usprawiedliwienia dorzuciła na końcu słowniczek pojęć (który odkryłam po przeczytaniu całości - BRAWO JA.). Dlatego mogę stwierdzić, że pomysł na magię i świat był świetny - wykonanie już nie bardzo.
źródło
Chciałabym pochwalić tutaj bohaterów, jednak nie mogę tego z czystym sumieniem zrobić. Główna postać, z której perspektywy poznajemy całą historię zyskała moją sympatię, mimo dość wycofanego charakteru i pewnej oziębłości, która od niej biła. Przynajmniej była dość stała przez całość książki i nie miała zbyt wielu młodzieżowych problemów, które tak mnie męczą w tego typu literaturze. Najciekawiej wypada Naczelnik, który jest w sumie drugą dobrze wykreowaną postacią w Czasie Żniw. Budzi w czytelniku uczucie zainteresowania i to o nim chciało się czytać najwięcej. Szczególnie, że autorka powoli odkrywała karty jego charakteru. I gdyby książka skupiła się w stu procentach na tych dwóch bohaterach to byłabym zadowolona. Niestety, pojawia się dość sporo postaci drugoplanowych, które są tak lekko zarysowane, że o żadnej z nich nie potrafiłabym napisać więcej niż po dwa zdania. I na dodatek kiedy któraś z tych postaci stawała się ranna, czy nawet umierała, nie odczuwałam tego w żaden sposób, ponieważ nie miałam czasu na przywiązanie się do którejkolwiek z nich. Może autorka nadrobi ten mankament w kolejnych częściach, ja mam taką nadzieję.
Dużym plusem książki jest sama fabuła, koleje losu opowiedziane przez autorkę i to jakie niosą ze sobą przesłanie. Krytyka systemu totalitarnego, przedstawienie historii z perspektywy uciskanych przez rządzących grup społecznych wypada naprawdę bardzo dobrze. Widać, że autorka czerpie z bliskiej nam przeszłości, a zarazem przestrzega przed popełnianiem tych samych błędów. To na pewno aspekt, który najbardziej mi się spodobał.
Jeżeli chodzi o wątek romantyczny, który jak na młodzieżową fantastykę przystało, oczywiście się pojawia, to podchodzę do niego dość ambiwalentnie. To na pewno nie był jeden z lepszych wątków w książce, poprowadzony bez zbędnych fajerwerków, z kilkoma kamieniami milowymi po drodze, ale żaden z nich nie wzbudził we mnie większych emocji i finalnie w tę miłość nie do końca uwierzyłam. Jednak zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek i liczę, że z biegiem czasu ulegnie on poprawie.
Czas Żniw nie okazał się tak dobry, jak większość to twierdziła, ale to wciąż lektura, która potrafi zaintrygować. Szczególnie wpływa na to wybór tematu jasnowidzenia i zaświatów, w połączeniu z krytyką totalitaryzmu i rasizmu. Na pewno dam szansę kolejnym tomom, chociaż liczę na bardziej dopracowane sylwetki bohaterów. Obym się nie zawiodła.

Moja ocena: 6/10


niedziela, 14 maja 2017

Rozwiązanie konkursu [„Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć”]



Nadszedł czas na ogłoszenie wyników konkursu z książką Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć Tomasza Kowalskiego. Byłam bardzo miło zaskoczona ogromnym zainteresowaniem tym konkursem, szczególnie że książka naprawdę warta przeczytania! Bez zbędnego przedłużania - wyniki losowania przedstawia poniższy screen.



Pod numerem 6 ukrywa się Aivalar, serdecznie gratuluję i już wysyłam maila z informacją o wygranej! 
I już myślę o książce na kolejny konkurs dla Was :)

Miłej niedzieli!

wtorek, 9 maja 2017

Zniszczyć jest łatwiej niż odbudować - „Studnia Wstąpienia” Brandon Sanderson


Ostrzegam, że w opisie fabuły mogą znaleźć się spoilery dotyczące pierwszej części cyklu.


*Studnia Wstąpienia*
Brandon Sanderson

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Well of Ascension
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #2
*Rok pierwszego wydania:* 2007
*Liczba stron:* 799
*Wydawnictwo:* MAG
Człowieka nie określają jego wady, ale sposób, w jaki je przezwycięża.
*Krótko o fabule:*
Kontynuacja „Z mgły zrodzonego”. 
Dokonali niemożliwego, obalając niemal boską istotę, której brutalne rządy trwały tysiąc lat. Teraz Vin, wychowanka ulicy, która wyrosła na najpotężniejszą Zrodzoną z Mgły w krainie, i Elend Venture, zakochany w niej szlachetnie urodzony idealista, muszą zbudować nowe społeczeństwo na gruzach imperium. Wtedy atakują ich trzy oddzielne armie. Jedynie starożytna legenda daje cień nadziei. Ale nawet jeśli Studnia Wstąpienia istnieje, nikt nie wie, gdzie jej szukać i jakimi mocami ona obdarza.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
W dzisiejszych czasach trudno być fanem fantastyki i nie znać nazwiska Sandersona. Na polski rynek wpadł z rozmachem i od razu znalazł się na liście bestsellerów. Jego seria rozpoczynająca się od Z mgły zrodzonej jest chyba najpopularniejsza wśród polskich czytelników, chociaż osobiście bardziej cenię Archiwum Burzowego Światła, którego dwa tysiącstronnicowe tomy zrobiły na mnie ogromne wrażenie i to dzięki nim staram się uzupełniać biblioteczkę pod kątem tego autora.
Sanderson przypomina mi dlaczego serie fantasy są takie świetne. Powrót do świata pokrytego popiołem, w którym mieszkańcy trzymają się z dala od wieczornych mgieł, a ogromne kolossy budzą przerażenie okazał się nader przyjemny już od pierwszych stron. Autor ma pewną lekkość w prowadzeniu narracji, dlatego mimo dość sporej objętości książki, czyta się ją jednym tchem, wciąż łaknąc więcej. Pierwszą część czytałam już dość dawno, ale od razu powróciły w pamięci wszelkie ważne wydarzenia, a to za sprawą naprowadzania nas na nie przez autora. A że robił to na tyle subtelnie, że nie czujemy się ani przytłoczeni ilością informacji ani znudzeni powtórką z rozrywki, to przypominamy sobie wydarzenia z pierwszej części niemal automatycznie, nie szukając ich specjalnie w pamięci. 
Różnice między tomami są dość widoczne. Pierwsza część skupiała się na przedstawieniu nam członków szajki i ich szalonego planu obalenia Ostatniego Imperatora. Na dodatek książka skończyła się w takim momencie, że można ją traktować jako osobną powieść, a to że Sanderson zdecydował się na kontynuację świadczy o jego odwadze. Ponieważ o wiele łatwiej skończyć historię w momencie pokonania przeszkody, nie wspominając już o tym, jak to wydarzenie wpłynęło na dalsze losy bohaterów. W Studni Wstąpienia dowiemy się, że plan Kelsiera z pierwszego tomu to dopiero początek przygody, a w dalszym etapie potrzeba będzie nie lada sprytu, umiejętności politycznych i taktycznych, no i pewnej potężnej Zrodzonej z mgły do przezwyciężenia przeciwności.
źródło
Tym razem sporo miejsca w książce zostanie poświęcone Elendowi Venture, który wziął na swoje barki ważkie i trudne zadanie. Zamierza wprowadzić nowe prawo, zmienić politykę rządzenia w Luthadel, a dodatkowo powstrzymać trzy potężne armie stojące u bram miasta. Dość sporo jak na tak młodego chłopaka. Elend na szczęście posiada niezbędną wiedzę pochodzącą od przodków, którą znalazł w licznych księgach. Z czasem okazuje się, że to może nie wystarczyć, szczególnie kiedy na każdym zakręcie czeka na niego nowa pułapka bądź zdrajca. Sanderson bardzo sprawnie poradził sobie z rozwinięciem wątków politycznych i militarnych, chociaż przyznam szczerze, że moim zdaniem było ich o ciut za dużo, chwilami czułam niecierpliwość, żeby przeskoczyć do wątków, które o wiele bardziej mnie interesowały. Jak ten dotyczący Vin i tajemniczego Zrodzonego z mgły. Świetnie poprowadzona historia, powoli odkrywane karty zadziałały na korzyść, no i mocne zakończenie - to jeden z lepszych wątków w historii. Jednak nie tylko on wysunął się na pierwszy plan. Nie możemy zapomnieć o poszukiwaniach tajemniczej Studni Wstąpienia! Kolejne wzmianki podsycały ciekawość, a to, dokąd autor całość poprowadził mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło. I tym razem jest całkiem inaczej niż po pierwszej części - trudno byłoby przerwać czytanie na tym tomie, po zakończeniu po prostu trzeba sięgnąć po kontynuację.
W Studni Wstąpienia powrócą dobrze nam znani bohaterowie. Wydarzenia wciąż będą dotyczyć przede wszystkim Vin, ale znajdzie się sporo miejsca dla Breeze'a, Hama, Docksona i reszty. To był miły powrót, szczególnie, że każdy z nich wykreowany był na charakterystyczną postać, która zapada w pamięć na dłużej. Cieszy jednak wprowadzenie kolejnych bohaterów, jak Tindwyl, Terrsianki, której zadaniem jest pomoc Elendowi w odnalezieniu się w nowej roli. Świetnie sprawdził się również wątek OreSeura, ponieważ dzięki niemu poznaliśmy kolejne tajniki piekielnie interesującej rasy kandra.
Prym jednak wiedzie wciąż nasza Zrodzona z mgły, czyli Vin. Tym razem trochę bardziej dojrzała, ale borykająca się z wciąż nowymi problemami. Podaje w wątpliwość jej związek z szlachcicem, moralność wykonywanych przez nią zabójstw, a chwilami nawet własne zdrowie psychiczne (czemu tylko ona słyszy tajemnicze dudnienie?). Jej rozterki i przemyślenia są zgrabnie opisywane, przez co jej postać staje się realna, a zarazem tak magicznie niesamowita. Bo w końcu to ona jest najsilniejszą bronią Luthadelu, ona sama jest w stanie pokonać całe armie. Wszelkie opisy jej umiejętności robią spore wrażenie.
Cóż mogę dodać? Studnia Wstąpienia to godna kontynuacja Z mgły zrodzonej. Może lekko traci przez fakt, że pierwszy tom był rewelacyjny, ale zarazem w ciekawy sposób rozwija znane wątki i wprowadza nowe, które sprawiają, że trudno nie sięgnąć po kolejną część. Ja na pewno to zrobię, bo Bohater Wieków czeka już na półce. Wam polecam zapoznać się z tą serią, jeżeli wciąż jej nie znacie. A jeżeli znacie to podzielcie się wrażeniami !

Moja ocena: 8/10


czwartek, 4 maja 2017

Cofnijmy się w czasie - „Rodzina O. Sezon I. 1968/69” Ewa Madeyska

  Dzisiaj moja opinia na temat polskiej powieści obyczajowej. Jak zapewne wiecie, rzadko sięgam po ten gatunek, jednak okazało się, że czasem warto dać mu szansę!

*Rodzina O. Sezon I. 1968/69*
Ewa Madeyska

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 533
*Wydawnictwo:* Znak Literanova
Wojna zmieniła nie tylko pogodę, fundując ludziom nieustające ataki mrozu. Niektórym przerobiła życiorysy, daty urodzenia, a nawet daty śmierci. W sprzyjających okolicznościach (...) modyfikowała rasę i narodowość. Oczywiście za stosowną cenę (...).
 *Krótko o fabule:*
Rodzina rzecz święta, choć czasem przeklęta.

Helena, jednooka głowa rodziny O.
Tadeusz, syn Heleny, psychiatra czy wariat?
Barbara, żona Tadeusza, kochanka czy prostytutka?
Paweł, starszy syn, ofiara czy zdrajca?
Andrzej, młodszy syn, rozrabiaka czy morderca?
Nieślubne dziecko, zdrada, zagadkowa śmierć.

Ta rodzina wciągnie cię w swoje kłamstwa i półprawdy, uczucia i natręctwa. Między rok ’68 a ’69. Między wielką Historię a codzienność małego miasteczka.
- opis wydawcy
*Moja ocena:*
Z książką Rodzina O. przeżyłam prawdziwą huśtawkę emocji. Na początku nawet wcale nie chciałam jej czytać. Bo to obyczajówka, na dodatek polska, traktująca o czasach, które w niewielkim stopniu budzą moje zainteresowanie. Później niepozornie zerknęłam na pierwsze rozdziały, a te utwierdziły mnie w zdaniu, że książka nie jest warta poświęcenia mojego czasu. Wydawało się, że panuje tam spore zamieszanie, wciąż poznawaliśmy nowych bohaterów, których nie potrafiłam ze sobą powiązać, a na dodatek wszystko było takie... brudne i wulgarne. Ale później wszystko zaczęło się zazębiać, a ja zostałam pochłonięta przez te polskie czasy minione i byłam zmuszona zmienić zdanie na temat całości.
Ewa Madeyska to polska pisarka, scenarzystka i dramatopisarka, pochodząca z Białegostoku. Ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Za swoją wcześniejszą powieść, Katonielę, została nominowana do Nagrody Nike.
Rodzina O. to, jak okładka dumnie twierdzi, pierwszy polski serial literacki. Osobiście za polskimi serialami w większości przypadków nie przepadam, choć zdarzają się wyjątki (zeszłoroczni Artyści, na przykład). Muszę przyznać, że przeniesienie takiej serialowej struktury na książkę sprawdziło się naprawdę dobrze. Każde zakończenie jednego wątku było w jakiś sposób powiązane z rozpoczęciem kolejnego. Zazwyczaj wiązało się to po prostu z użyciem tych samych słów, dla przykładu jeden wątek kończy się zdaniem „O służbie. Teraz chciałbym zostać sam.” a kolejny rozpoczyna od „Sama? Przyszłaś sama? - zapytały niemal jednocześnie Ryta i Zyta.”. Trochę brakowało mi chwilami oryginalności w tych powiązaniach, ale na pewno trzeba przyznać, że pomysł oryginalny i do tej serialowej formy pasuje idealnie. 
Oprócz tego zagrania dostajemy jeszcze kilka elementów typowych dla oglądanych przez nas tasiemców. Są to na pewno liczni bohaterowie, których historie rozrastają się ze strony na stronę. Wydaje się, że autorka nie chciała żadnego z nich pominąć i starała się przekazać czytelnikowi dlaczego mają taki charakter, jakie wydarzenia z przeszłości ich ukształtowały. Znajdziemy tutaj również wiele krótkich scen, widać, że autorka skupia się na przekazywaniu meritum, nie układa długich dialogów między bohaterami, nie bombarduje nas przytłaczającymi opisami. Jest krótko i na temat.
Bohaterów jest sporo, bo oprócz członków rodziny Opolskich, poznamy rzesze ich znajomych, przyjaciół, wrogów, sąsiadów, współpracowników i tak dalej, i tak dalej. Na dodatek większość tych pobocznych postaci dostanie sporo miejsca w książce, zostanie przedstawiona ich przeszłość i motywy działania. Moim zdaniem autorka dobrze poradziła sobie z ich kreacją, sprawnie przedstawiała ich losy i czytelnik mógł zrozumieć ich portret psychologiczny. Niestety, za mankament uważam fakt, że wszyscy tutaj wydają się na wskroś dramatyczni. Ja rozumiem, że to buduje napięcie i akcję, ale każda z postaci ma tak bardzo pod górkę, że to aż boli. Czytelnik przez to wyciąga wniosek z całości, że możesz się starać, a od życia i tak dostaniesz w pysk, a później gdy będziesz się starał wygrzebać z powrotem na powierzchnię, to los dorzuci kopniaka. Przez to bohaterowie, wciąż tłamszeni przez życie, zaczynają mu oddawać z nawiązką, popełniając sporo błędów. I wiem, że to zazwyczaj jest plus, bo postacie wydają się przez to bliższe rzeczywistości, ale tym razem uważam to za przesadzone. Z prostej przyczyny - żadnego bohatera szczerze nie obdarzyłam sympatią. Miałam tych, o których wolałam czytać, ale nikomu nie kibicowałam.
Plusem tej książki, zdecydowanie jest umiejscowienie jej akcji w latach 1968-69. Wcześniej w ogóle mnie ten okres historii Polski nie intrygował, ale Ewa Madeyska sprawiła, że o wszelkich ciekawostkach czytałam z zainteresowaniem. Małe wzmianki w tle akcji, jak palenie papierosów Sportów czy wspominanie kolejek do sklepów, dodawały całości realistycznego wydźwięku. Ciekawe też było czytanie o tym pokoleniu, które przeżyło wojnę i o jego konfrontacji z młodszymi pokoleniami - jak zmieniło się myślenie całego społeczeństwa i w jaki sposób trzeba było się podporządkować aktualnej władzy, żeby nie podpaść prawu. 
Uważam, że Rodzina O. to książka, która znajdzie spore grono fanów w naszym kraju. Ja wspominam ją z przyjemnością, szczególnie że tak pozytywnie mnie zaskoczyła. Na pewno będzie to pozycja, którą podsunę mojej mamie, ciekawa jestem jakie będzie jej zdanie, w końcu tamte czasy są jej o wiele bliższe. I takie spostrzeżenie na koniec - okładka przywodzi trochę na myśl opening z Gotowych na wszystko: to drzewo, czerwone jabłka i dopisek na temat serialu. Raczej nie było to celowe nawiązanie, ale to zapewne kolejna rzecz, która przyciągnie uwagę.

Moja ocena: 7/10

  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.

poniedziałek, 1 maja 2017

„Lucyfer”, czyli kiedy diabeł wpada do Los Angeles

Od razu zaznaczam, że post będzie pełen zachwytów i wyznań miłosnych, bo aktualnie jestem pod wpływem czaru tego serialu. Ostrzegam! To może oznaczać, że nie jest on aż tak dobry jak tutaj napiszę, ale faktem jest, iż rozkochał mnie w sobie i kompletnie zaślepił. Koniec wstępu, przejdźmy do kilku powodów, które sprawiają, że Lucyfer to taki wspaniały serial.

Charyzma głównego aktora

Nie ma co owijać w bawełnę, Lucyfer kręci się wokół przygód Władcy Piekieł, w którego wciela się ze stuprocentowym powodzeniem Tom Ellis, i to on stoi na pierwszym miejscu powodów, dla których po serial warto sięgnąć. Postać diabła łatwo można przeszarżować, szczególnie że serialowy Lucyfer lubi wymierzać sprawiedliwość za niecne czyny przestępców, a jednocześnie sam oddaje się wszelkim lubieżnym, ziemskim rozrywkom. Dlatego włożenie tej postaci w idealnie skrojone garnitury, pozostawienie eleganckiego, angielskiego akcentu (chociaż może bardziej walijskiego, bo tam urodził się Ellis) i kulturalne zachowanie Lucyfera sprawia, że staje się on postacią, której będziemy kibicować i którą szybko się nie znudzimy. A zagrana jest bezbłędnie i z ogromną dawką charyzmy.

Diabeł na terapii

 Kiedy diabeł po raz pierwszy trafił na terapię do psychologa zaczęłam się obawiać, ale już po początkowej scenie można odetchnąć ze spokojem. Obejdzie się bez niepotrzebnych moralizatorskich rad, za to wszystkie sceny z doktor Lindą zaczną napędzać akcję. Bo przecież co lepiej zadziała na szalone pomysły Lucyfera niż opacznie zrozumiane opinie lekarza? Szczególnie, że pani Linda myśli, że cały ten Władca Piekieł to jedna wielka metafora, którą Morningstar wymyślił, żeby lepiej poradzić sobie z personalnymi problemami. Dlatego każda sesja jest taką perełką - Lucyfer opowiada szczerze o swoim życiu pełnym demonów, aniołów, skrzydeł i niebiańskich mocy, a doktor tłumaczy każdą z metafor, przekładając ją na ziemskie problemy. Genialne!

Chemia i budowanie napięcia między Lucyferem a panią Detektyw

Jak w każdym serialu, musi znaleźć się miejsce dla wątku miłosnego. Wszyscy wiemy, że to napędza akcję, a przy okazji powoduje dreszcze wśród co bardziej wrażliwych widzów (u mnie powoduje, nie wstydzę się!). Pamiętam, że początkowo nie byłam przekonana do zimnej pani Detektyw i nie wierzyłam, że może stworzyć dobrą parę z Lucyferem. Okazało się, że bardzo się pomyliłam i nie wiem czy taki był zamiar twórców, ale wraz z rozwojem uczucia między tą parą, rozwijała się moja sympatia dla nich. To chyba można nazwać dobrze poprowadzonym wątkiem, skoro widz przekonuje się do czegoś wraz z postaciami serialu. Przyznaję się: shipuję temu związkowi (mentalnie chyba wciąż mam piętnaście lat).

Piekielne poczucie humoru w punkt

 Jeżeli ktoś się zastanawia czym tak naprawdę może być dla widza serial Lucyfer, to ja mam na to jedną odpowiedź: świetną rozrywką! Wiadomo, że jest tutaj wiele elementów kryminału, fantastyki, nawet romansu, ale to wciąż przede wszystkim cudowna komedia. Nie pamiętam przy którym serialu ostatnio tak bardzo się zaśmiewałam. Szczególnie, że żarty opierają się przede wszystkim na masie powiedzonek, związanych z piekłem (dobrze wiemy, iż jest ich sporo). Z odcinka na odcinek jestem w coraz większym szoku, że twórcy serialu znajdują tak wiele żartów sytuacyjnych i słownych, dotyczących tematyki anielsko-diabelskiej. Ciekawa jestem czy kiedyś wyczerpie im się arsenał. Ale na razie pozostaje się cieszyć i zaśmiewać się w głos.

Lucyfer nigdy nie kłamie

Już o tym wspominałam w kontekście diabelskiej terapii. Cały myk z Lucyferem polega na tym, że nasz diabeł brzydzi się kłamstwem i to jest ten grzech, którego wystrzega się bardziej niż ognia piekielnego. Nawet jeżeli zaczynałam podejrzewać go o skłamanie w jakiejś kwestii okazywało się, że dzięki odpowiedniemu używaniu słów, nie łgał, a ewentualnie nie mówił całej prawdy. Tym różni się od postaci z innych seriali fantastycznych, w których zazwyczaj bohaterowie nadnaturalni ukrywają swoją prawdziwą twarz. Lucyfer od razu przedstawia się jako diabeł, nie szczędzi też szczegółów ze swojego życia rodzinnego czy osobistego. Tak, własny sługa-demon to równocześnie barmanka w jego nocnym klubie, a jego brat-anioł wpada do Los Angeles, żeby zaciągnąć go z powrotem do piekieł i Morningstar ukrywać tego nie będzie przed nikim. A Ty, uwierzyłbyś w takie coś, czy wolałbyś myśleć, tak jak bohaterowie, że to jakiś rodzaj dziwnej gry ze strony Lucyfera? ;)

Drugoplanowe postaci mają ciekawe wątki (Maze Trixie)

Tak, największym plusem serialu jest jego główny aktor. Jednak sam jeden nie dobiłby takiej popularności. Twórcy na szczęście postarali się o całą masę ciekawych drugoplanowych postaci. Najlepsze jest to, że każda z nich jest piekielnie barwna, dzięki czemu otrzymujemy różnorodną charakterystycznie mieszankę. Moimi ulubionymi bohaterami drugoplanowymi na pewno zostaną Trixie, czyli córka pani detektyw (szczególnie jej stosunki z Lucyferem rozczulają i bawią), a także Maze - demoniczna sługa Władcy Piekieł. Każda z tych postaci osobno tworzy wspaniałą kreację, ale wszyscy zyskują jeszcze bardziej w scenach konfrontacji. Kiedy pojawia się nić porozumienia między Maze a doktor Lindą czy Chloe - to wtedy widzimy różne strony danej osoby i możemy lepiej ją poznać. W drugim sezonie poznajemy kolejnych nowych bohaterów i znowu są to ciekawe charaktery. Nie mogę doczekać się kto będzie następny!

Kryminalna część jest przyjemnym dodatkiem

Tak jak mówiłam, dla mnie Lucyfer to przede wszystkim czysta rozrywka i serial komediowy. To może nie do końca było celem twórców, którzy tematycznie poszli bardziej w stronę kryminalnych zagadek Los Angeles. Moim zdaniem słusznie, bo każdy odcinek daje duże pole do popisu dla pary Lucyfer-Detektyw, którzy okazują się z biegiem czasu idealnymi partnerami, w dużej mierze świetnie się uzupełniającymi. Podoba mi się, że każdy element historii jest wyjaśniony, przykładowo to jak diabeł znalazł się na posterunku policji w roli konsultanta i dlaczego postanowiono go zatrzymać. I to wszystko naprawdę ma sens, choć można by podejrzewać, że w tego typu serialu będzie mnóstwo elementów bardzo naciąganych.

Ciekawie poprowadzone wątki znane z Biblii

Wspominałam już o stronie humorystycznej, kryminalnej i romantycznej. Teraz czas na ostatni element, czyli szczypta fantastyki. Byłam niezmiernie ciekawa jak daleko twórcy będą chcieli zawędrować. Początkowo myślałam, że skończy się na tym, że dostaniemy diabła z umiejętnością wyciągania z ludzi ich najskrytszych pragnień i tyle. Na całe szczęście byłam w błędzie. Z odcinka na odcinek wątek niebiańsko-piekielny się rozszerza. A to przybędzie Amenadiel, brat Lucyfera w celu odesłania niegrzecznego rodzeństwa do piekła, później wyruszą razem w misji poszukiwania magicznych skrzydeł upadłego anioła i razem będą drżeć przed ucieczką ich mamy z piekła. I to wciąż się rozrasta, więc pozostaje cierpliwie czekać czym w następnej kolejności uraczą nas twórcy.


Moja ocena na teraz to mnóstwo serduszek! Bardziej konstruktywnie wypowiem się po kolejnych sezonach. 

A Wy znacie ten serial? Bo jeśli nie, to nie wiem co tutaj jeszcze robicie - nadrabiajcie czym prędzej! I dajcie mu szansę, wciąga dopiero po kilku odcinkach, a drugi sezon to już perełka ;)


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka