wtorek, 23 maja 2017

Spójrz w zaświaty - „Czas Żniw” Samantha Shannon

Jak zapewne zauważyliście mam małą przerwę. Akurat trochę zawirowania wpłynęło w moje życie prywatne i muszę poświęcić więcej czasu na załatwienie pewnych bardzo ważnych dla mnie spraw. Mam nadzieję, że zrozumiecie - wracam z pełną parą w drugim tygodniu czerwca, a tymczasem pojawiać się będę raczej sporadycznie. I tutaj, i na facebooku, i na instagramie :)


*Czas Żniw*
Samantha Shannon

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Bone Season
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #1 The Bone Season
*Rok pierwszego wydania:* 2013
*Liczba stron:* 513
*Wydawnictwo:* SQN

Nadzieja to jedyna rzecz, która może jeszcze wszystkich nas ocalić.
*Krótko o fabule:*
Rok 2059. Dziewiętnastoletnia Paige Mahoney pracuje w kryminalnym podziemiu Sajonu Londyn. Jej szefem jest Jaxon Hall, na którego zlecenie pozyskuje informacje, włamując się do ludzkich umysłów. Paige jest sennym wędrowcem i w świecie, w którym przyszło jej żyć, zdradą jest już sam fakt, że oddycha.

Pewnego dnia jej życie zmienia się na zawsze. Na skutek fatalnego splotu okoliczności zostaje przetransportowana do Oksfordu – tajemniczej kolonii karnej, której istnienie od dwustu lat utrzymywane jest w tajemnicy. Kontrolę nad nią sprawuje potężna, pochodząca z innego świata rasa Refaitów. Paige trafia pod protektorat tajemniczego Naczelnika – staje się on jej panem i trenerem, jej naturalnym wrogiem. Jeśli Paige chce odzyskać wolność, musi poddać się zasadom panującym w miejscu, w którym została przeznaczona na śmierć.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Cykl Czasu Żniw od jakiegoś czasu zyskuje coraz większy rozgłos. Osobiście zaczęłam się nim interesować ponad rok temu, kiedy zakupiłam dwie pierwsze części, ale wciąż nie miałam czasu się za nie zabrać, chociaż kusiły z półki. Jeszcze w styczniu zaplanowałam, że w tym roku muszę je nadrobić i na szczęście udało mi się lekturę Czasu Żniw wcisnąć w napięty grafik. 
Samantha Shannon urodziła się w Londynie, w 1991 roku. Od razu możemy się trochę nadziwić, że tak młoda osoba zyskała taką sławę (jest w moim wieku!). Otóż, jej debiut (!), czyli Czas Żniw został sprzedany w 21 krajach, zostały również wykupione prawa do ekranizacji. Pozostaje jej gratulować i trzymać kciuki za dalszą karierę.
Z książką miałam problem, często spotykany przy sięganiu po światowe bestsellery, ogólnie chwalone przez znajomych. Miałam zbyt wysokie oczekiwania, którym lektura nie sprostała. Spodziewałam się swoistego arcydzieła młodzieżowej dystopii, a dostałam ciekawą historię, która okazała się nie budzić u mnie zachwytu, który pojawiał się u innych, licznych czytelników. To kolejny argument za tym, że powinnam przestać nastawiać się na genialne powieści, po przeczytaniu licznych pochwalnych recenzji - cóż, czasami moje zdanie jest różne od większości.
Nie chciałabym tutaj bynajmniej powiedzieć, że Czas Żniw mi się nie spodobał. I nawet wydaje mi się, że rozumiem czym tak bardzo chwycił za serca czytelników. Książka jest przede wszystkim niezwykle oryginalna. Mimo że korzysta z kilku schematów, jak uzdolniona nastolatka, kryminalna, podziemna szajka czy przeniesienie do miejsca, w którym młodzi zdolni przechodzą szkolenie, to cała otoczka sprawia, że te powtórki z rozrywki nie przeszkadzają. Wszystko za sprawą pomysłu z jasnowidzami, wykorzystaniem zaświatów, duchów, aur, wróżenia z kart - cały system magiczny jest tutaj doprawdy na wysokim poziomie. Niestety, przez to że jest on tak rozbudowany to początek powieści niezwykle mnie zmęczył. Autorka zasypuje nas pojęciami, które trudno zrozumieć i dopiero gdzieś w połowie potrafiłam sobie większość faktów poukładać. Nie chodzi o to, że nie lubię długiego kreowania świata przedstawionego (wręcz przeciwnie, nawet wolę takie, chociażby jak w przypadku Drogi Królów Sandersona). Jednak pani Shannon nie poradziła sobie z powolnym wprowadzaniem czytelnika w swój świat. Postanowiła zasypać go informacjami, a dla swojego usprawiedliwienia dorzuciła na końcu słowniczek pojęć (który odkryłam po przeczytaniu całości - BRAWO JA.). Dlatego mogę stwierdzić, że pomysł na magię i świat był świetny - wykonanie już nie bardzo.
źródło
Chciałabym pochwalić tutaj bohaterów, jednak nie mogę tego z czystym sumieniem zrobić. Główna postać, z której perspektywy poznajemy całą historię zyskała moją sympatię, mimo dość wycofanego charakteru i pewnej oziębłości, która od niej biła. Przynajmniej była dość stała przez całość książki i nie miała zbyt wielu młodzieżowych problemów, które tak mnie męczą w tego typu literaturze. Najciekawiej wypada Naczelnik, który jest w sumie drugą dobrze wykreowaną postacią w Czasie Żniw. Budzi w czytelniku uczucie zainteresowania i to o nim chciało się czytać najwięcej. Szczególnie, że autorka powoli odkrywała karty jego charakteru. I gdyby książka skupiła się w stu procentach na tych dwóch bohaterach to byłabym zadowolona. Niestety, pojawia się dość sporo postaci drugoplanowych, które są tak lekko zarysowane, że o żadnej z nich nie potrafiłabym napisać więcej niż po dwa zdania. I na dodatek kiedy któraś z tych postaci stawała się ranna, czy nawet umierała, nie odczuwałam tego w żaden sposób, ponieważ nie miałam czasu na przywiązanie się do którejkolwiek z nich. Może autorka nadrobi ten mankament w kolejnych częściach, ja mam taką nadzieję.
Dużym plusem książki jest sama fabuła, koleje losu opowiedziane przez autorkę i to jakie niosą ze sobą przesłanie. Krytyka systemu totalitarnego, przedstawienie historii z perspektywy uciskanych przez rządzących grup społecznych wypada naprawdę bardzo dobrze. Widać, że autorka czerpie z bliskiej nam przeszłości, a zarazem przestrzega przed popełnianiem tych samych błędów. To na pewno aspekt, który najbardziej mi się spodobał.
Jeżeli chodzi o wątek romantyczny, który jak na młodzieżową fantastykę przystało, oczywiście się pojawia, to podchodzę do niego dość ambiwalentnie. To na pewno nie był jeden z lepszych wątków w książce, poprowadzony bez zbędnych fajerwerków, z kilkoma kamieniami milowymi po drodze, ale żaden z nich nie wzbudził we mnie większych emocji i finalnie w tę miłość nie do końca uwierzyłam. Jednak zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek i liczę, że z biegiem czasu ulegnie on poprawie.
Czas Żniw nie okazał się tak dobry, jak większość to twierdziła, ale to wciąż lektura, która potrafi zaintrygować. Szczególnie wpływa na to wybór tematu jasnowidzenia i zaświatów, w połączeniu z krytyką totalitaryzmu i rasizmu. Na pewno dam szansę kolejnym tomom, chociaż liczę na bardziej dopracowane sylwetki bohaterów. Obym się nie zawiodła.

Moja ocena: 6/10


niedziela, 14 maja 2017

Rozwiązanie konkursu [„Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć”]



Nadszedł czas na ogłoszenie wyników konkursu z książką Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć Tomasza Kowalskiego. Byłam bardzo miło zaskoczona ogromnym zainteresowaniem tym konkursem, szczególnie że książka naprawdę warta przeczytania! Bez zbędnego przedłużania - wyniki losowania przedstawia poniższy screen.



Pod numerem 6 ukrywa się Aivalar, serdecznie gratuluję i już wysyłam maila z informacją o wygranej! 
I już myślę o książce na kolejny konkurs dla Was :)

Miłej niedzieli!

wtorek, 9 maja 2017

Zniszczyć jest łatwiej niż odbudować - „Studnia Wstąpienia” Brandon Sanderson


Ostrzegam, że w opisie fabuły mogą znaleźć się spoilery dotyczące pierwszej części cyklu.


*Studnia Wstąpienia*
Brandon Sanderson

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Well of Ascension
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #2
*Rok pierwszego wydania:* 2007
*Liczba stron:* 799
*Wydawnictwo:* MAG
Człowieka nie określają jego wady, ale sposób, w jaki je przezwycięża.
*Krótko o fabule:*
Kontynuacja „Z mgły zrodzonego”. 
Dokonali niemożliwego, obalając niemal boską istotę, której brutalne rządy trwały tysiąc lat. Teraz Vin, wychowanka ulicy, która wyrosła na najpotężniejszą Zrodzoną z Mgły w krainie, i Elend Venture, zakochany w niej szlachetnie urodzony idealista, muszą zbudować nowe społeczeństwo na gruzach imperium. Wtedy atakują ich trzy oddzielne armie. Jedynie starożytna legenda daje cień nadziei. Ale nawet jeśli Studnia Wstąpienia istnieje, nikt nie wie, gdzie jej szukać i jakimi mocami ona obdarza.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
W dzisiejszych czasach trudno być fanem fantastyki i nie znać nazwiska Sandersona. Na polski rynek wpadł z rozmachem i od razu znalazł się na liście bestsellerów. Jego seria rozpoczynająca się od Z mgły zrodzonej jest chyba najpopularniejsza wśród polskich czytelników, chociaż osobiście bardziej cenię Archiwum Burzowego Światła, którego dwa tysiącstronnicowe tomy zrobiły na mnie ogromne wrażenie i to dzięki nim staram się uzupełniać biblioteczkę pod kątem tego autora.
Sanderson przypomina mi dlaczego serie fantasy są takie świetne. Powrót do świata pokrytego popiołem, w którym mieszkańcy trzymają się z dala od wieczornych mgieł, a ogromne kolossy budzą przerażenie okazał się nader przyjemny już od pierwszych stron. Autor ma pewną lekkość w prowadzeniu narracji, dlatego mimo dość sporej objętości książki, czyta się ją jednym tchem, wciąż łaknąc więcej. Pierwszą część czytałam już dość dawno, ale od razu powróciły w pamięci wszelkie ważne wydarzenia, a to za sprawą naprowadzania nas na nie przez autora. A że robił to na tyle subtelnie, że nie czujemy się ani przytłoczeni ilością informacji ani znudzeni powtórką z rozrywki, to przypominamy sobie wydarzenia z pierwszej części niemal automatycznie, nie szukając ich specjalnie w pamięci. 
Różnice między tomami są dość widoczne. Pierwsza część skupiała się na przedstawieniu nam członków szajki i ich szalonego planu obalenia Ostatniego Imperatora. Na dodatek książka skończyła się w takim momencie, że można ją traktować jako osobną powieść, a to że Sanderson zdecydował się na kontynuację świadczy o jego odwadze. Ponieważ o wiele łatwiej skończyć historię w momencie pokonania przeszkody, nie wspominając już o tym, jak to wydarzenie wpłynęło na dalsze losy bohaterów. W Studni Wstąpienia dowiemy się, że plan Kelsiera z pierwszego tomu to dopiero początek przygody, a w dalszym etapie potrzeba będzie nie lada sprytu, umiejętności politycznych i taktycznych, no i pewnej potężnej Zrodzonej z mgły do przezwyciężenia przeciwności.
źródło
Tym razem sporo miejsca w książce zostanie poświęcone Elendowi Venture, który wziął na swoje barki ważkie i trudne zadanie. Zamierza wprowadzić nowe prawo, zmienić politykę rządzenia w Luthadel, a dodatkowo powstrzymać trzy potężne armie stojące u bram miasta. Dość sporo jak na tak młodego chłopaka. Elend na szczęście posiada niezbędną wiedzę pochodzącą od przodków, którą znalazł w licznych księgach. Z czasem okazuje się, że to może nie wystarczyć, szczególnie kiedy na każdym zakręcie czeka na niego nowa pułapka bądź zdrajca. Sanderson bardzo sprawnie poradził sobie z rozwinięciem wątków politycznych i militarnych, chociaż przyznam szczerze, że moim zdaniem było ich o ciut za dużo, chwilami czułam niecierpliwość, żeby przeskoczyć do wątków, które o wiele bardziej mnie interesowały. Jak ten dotyczący Vin i tajemniczego Zrodzonego z mgły. Świetnie poprowadzona historia, powoli odkrywane karty zadziałały na korzyść, no i mocne zakończenie - to jeden z lepszych wątków w historii. Jednak nie tylko on wysunął się na pierwszy plan. Nie możemy zapomnieć o poszukiwaniach tajemniczej Studni Wstąpienia! Kolejne wzmianki podsycały ciekawość, a to, dokąd autor całość poprowadził mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło. I tym razem jest całkiem inaczej niż po pierwszej części - trudno byłoby przerwać czytanie na tym tomie, po zakończeniu po prostu trzeba sięgnąć po kontynuację.
W Studni Wstąpienia powrócą dobrze nam znani bohaterowie. Wydarzenia wciąż będą dotyczyć przede wszystkim Vin, ale znajdzie się sporo miejsca dla Breeze'a, Hama, Docksona i reszty. To był miły powrót, szczególnie, że każdy z nich wykreowany był na charakterystyczną postać, która zapada w pamięć na dłużej. Cieszy jednak wprowadzenie kolejnych bohaterów, jak Tindwyl, Terrsianki, której zadaniem jest pomoc Elendowi w odnalezieniu się w nowej roli. Świetnie sprawdził się również wątek OreSeura, ponieważ dzięki niemu poznaliśmy kolejne tajniki piekielnie interesującej rasy kandra.
Prym jednak wiedzie wciąż nasza Zrodzona z mgły, czyli Vin. Tym razem trochę bardziej dojrzała, ale borykająca się z wciąż nowymi problemami. Podaje w wątpliwość jej związek z szlachcicem, moralność wykonywanych przez nią zabójstw, a chwilami nawet własne zdrowie psychiczne (czemu tylko ona słyszy tajemnicze dudnienie?). Jej rozterki i przemyślenia są zgrabnie opisywane, przez co jej postać staje się realna, a zarazem tak magicznie niesamowita. Bo w końcu to ona jest najsilniejszą bronią Luthadelu, ona sama jest w stanie pokonać całe armie. Wszelkie opisy jej umiejętności robią spore wrażenie.
Cóż mogę dodać? Studnia Wstąpienia to godna kontynuacja Z mgły zrodzonej. Może lekko traci przez fakt, że pierwszy tom był rewelacyjny, ale zarazem w ciekawy sposób rozwija znane wątki i wprowadza nowe, które sprawiają, że trudno nie sięgnąć po kolejną część. Ja na pewno to zrobię, bo Bohater Wieków czeka już na półce. Wam polecam zapoznać się z tą serią, jeżeli wciąż jej nie znacie. A jeżeli znacie to podzielcie się wrażeniami !

Moja ocena: 8/10


czwartek, 4 maja 2017

Cofnijmy się w czasie - „Rodzina O. Sezon I. 1968/69” Ewa Madeyska

  Dzisiaj moja opinia na temat polskiej powieści obyczajowej. Jak zapewne wiecie, rzadko sięgam po ten gatunek, jednak okazało się, że czasem warto dać mu szansę!

*Rodzina O. Sezon I. 1968/69*
Ewa Madeyska

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 533
*Wydawnictwo:* Znak Literanova
Wojna zmieniła nie tylko pogodę, fundując ludziom nieustające ataki mrozu. Niektórym przerobiła życiorysy, daty urodzenia, a nawet daty śmierci. W sprzyjających okolicznościach (...) modyfikowała rasę i narodowość. Oczywiście za stosowną cenę (...).
 *Krótko o fabule:*
Rodzina rzecz święta, choć czasem przeklęta.

Helena, jednooka głowa rodziny O.
Tadeusz, syn Heleny, psychiatra czy wariat?
Barbara, żona Tadeusza, kochanka czy prostytutka?
Paweł, starszy syn, ofiara czy zdrajca?
Andrzej, młodszy syn, rozrabiaka czy morderca?
Nieślubne dziecko, zdrada, zagadkowa śmierć.

Ta rodzina wciągnie cię w swoje kłamstwa i półprawdy, uczucia i natręctwa. Między rok ’68 a ’69. Między wielką Historię a codzienność małego miasteczka.
- opis wydawcy
*Moja ocena:*
Z książką Rodzina O. przeżyłam prawdziwą huśtawkę emocji. Na początku nawet wcale nie chciałam jej czytać. Bo to obyczajówka, na dodatek polska, traktująca o czasach, które w niewielkim stopniu budzą moje zainteresowanie. Później niepozornie zerknęłam na pierwsze rozdziały, a te utwierdziły mnie w zdaniu, że książka nie jest warta poświęcenia mojego czasu. Wydawało się, że panuje tam spore zamieszanie, wciąż poznawaliśmy nowych bohaterów, których nie potrafiłam ze sobą powiązać, a na dodatek wszystko było takie... brudne i wulgarne. Ale później wszystko zaczęło się zazębiać, a ja zostałam pochłonięta przez te polskie czasy minione i byłam zmuszona zmienić zdanie na temat całości.
Ewa Madeyska to polska pisarka, scenarzystka i dramatopisarka, pochodząca z Białegostoku. Ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Za swoją wcześniejszą powieść, Katonielę, została nominowana do Nagrody Nike.
Rodzina O. to, jak okładka dumnie twierdzi, pierwszy polski serial literacki. Osobiście za polskimi serialami w większości przypadków nie przepadam, choć zdarzają się wyjątki (zeszłoroczni Artyści, na przykład). Muszę przyznać, że przeniesienie takiej serialowej struktury na książkę sprawdziło się naprawdę dobrze. Każde zakończenie jednego wątku było w jakiś sposób powiązane z rozpoczęciem kolejnego. Zazwyczaj wiązało się to po prostu z użyciem tych samych słów, dla przykładu jeden wątek kończy się zdaniem „O służbie. Teraz chciałbym zostać sam.” a kolejny rozpoczyna od „Sama? Przyszłaś sama? - zapytały niemal jednocześnie Ryta i Zyta.”. Trochę brakowało mi chwilami oryginalności w tych powiązaniach, ale na pewno trzeba przyznać, że pomysł oryginalny i do tej serialowej formy pasuje idealnie. 
Oprócz tego zagrania dostajemy jeszcze kilka elementów typowych dla oglądanych przez nas tasiemców. Są to na pewno liczni bohaterowie, których historie rozrastają się ze strony na stronę. Wydaje się, że autorka nie chciała żadnego z nich pominąć i starała się przekazać czytelnikowi dlaczego mają taki charakter, jakie wydarzenia z przeszłości ich ukształtowały. Znajdziemy tutaj również wiele krótkich scen, widać, że autorka skupia się na przekazywaniu meritum, nie układa długich dialogów między bohaterami, nie bombarduje nas przytłaczającymi opisami. Jest krótko i na temat.
Bohaterów jest sporo, bo oprócz członków rodziny Opolskich, poznamy rzesze ich znajomych, przyjaciół, wrogów, sąsiadów, współpracowników i tak dalej, i tak dalej. Na dodatek większość tych pobocznych postaci dostanie sporo miejsca w książce, zostanie przedstawiona ich przeszłość i motywy działania. Moim zdaniem autorka dobrze poradziła sobie z ich kreacją, sprawnie przedstawiała ich losy i czytelnik mógł zrozumieć ich portret psychologiczny. Niestety, za mankament uważam fakt, że wszyscy tutaj wydają się na wskroś dramatyczni. Ja rozumiem, że to buduje napięcie i akcję, ale każda z postaci ma tak bardzo pod górkę, że to aż boli. Czytelnik przez to wyciąga wniosek z całości, że możesz się starać, a od życia i tak dostaniesz w pysk, a później gdy będziesz się starał wygrzebać z powrotem na powierzchnię, to los dorzuci kopniaka. Przez to bohaterowie, wciąż tłamszeni przez życie, zaczynają mu oddawać z nawiązką, popełniając sporo błędów. I wiem, że to zazwyczaj jest plus, bo postacie wydają się przez to bliższe rzeczywistości, ale tym razem uważam to za przesadzone. Z prostej przyczyny - żadnego bohatera szczerze nie obdarzyłam sympatią. Miałam tych, o których wolałam czytać, ale nikomu nie kibicowałam.
Plusem tej książki, zdecydowanie jest umiejscowienie jej akcji w latach 1968-69. Wcześniej w ogóle mnie ten okres historii Polski nie intrygował, ale Ewa Madeyska sprawiła, że o wszelkich ciekawostkach czytałam z zainteresowaniem. Małe wzmianki w tle akcji, jak palenie papierosów Sportów czy wspominanie kolejek do sklepów, dodawały całości realistycznego wydźwięku. Ciekawe też było czytanie o tym pokoleniu, które przeżyło wojnę i o jego konfrontacji z młodszymi pokoleniami - jak zmieniło się myślenie całego społeczeństwa i w jaki sposób trzeba było się podporządkować aktualnej władzy, żeby nie podpaść prawu. 
Uważam, że Rodzina O. to książka, która znajdzie spore grono fanów w naszym kraju. Ja wspominam ją z przyjemnością, szczególnie że tak pozytywnie mnie zaskoczyła. Na pewno będzie to pozycja, którą podsunę mojej mamie, ciekawa jestem jakie będzie jej zdanie, w końcu tamte czasy są jej o wiele bliższe. I takie spostrzeżenie na koniec - okładka przywodzi trochę na myśl opening z Gotowych na wszystko: to drzewo, czerwone jabłka i dopisek na temat serialu. Raczej nie było to celowe nawiązanie, ale to zapewne kolejna rzecz, która przyciągnie uwagę.

Moja ocena: 7/10

  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.

poniedziałek, 1 maja 2017

„Lucyfer”, czyli kiedy diabeł wpada do Los Angeles

Od razu zaznaczam, że post będzie pełen zachwytów i wyznań miłosnych, bo aktualnie jestem pod wpływem czaru tego serialu. Ostrzegam! To może oznaczać, że nie jest on aż tak dobry jak tutaj napiszę, ale faktem jest, iż rozkochał mnie w sobie i kompletnie zaślepił. Koniec wstępu, przejdźmy do kilku powodów, które sprawiają, że Lucyfer to taki wspaniały serial.

Charyzma głównego aktora

Nie ma co owijać w bawełnę, Lucyfer kręci się wokół przygód Władcy Piekieł, w którego wciela się ze stuprocentowym powodzeniem Tom Ellis, i to on stoi na pierwszym miejscu powodów, dla których po serial warto sięgnąć. Postać diabła łatwo można przeszarżować, szczególnie że serialowy Lucyfer lubi wymierzać sprawiedliwość za niecne czyny przestępców, a jednocześnie sam oddaje się wszelkim lubieżnym, ziemskim rozrywkom. Dlatego włożenie tej postaci w idealnie skrojone garnitury, pozostawienie eleganckiego, angielskiego akcentu (chociaż może bardziej walijskiego, bo tam urodził się Ellis) i kulturalne zachowanie Lucyfera sprawia, że staje się on postacią, której będziemy kibicować i którą szybko się nie znudzimy. A zagrana jest bezbłędnie i z ogromną dawką charyzmy.

Diabeł na terapii

 Kiedy diabeł po raz pierwszy trafił na terapię do psychologa zaczęłam się obawiać, ale już po początkowej scenie można odetchnąć ze spokojem. Obejdzie się bez niepotrzebnych moralizatorskich rad, za to wszystkie sceny z doktor Lindą zaczną napędzać akcję. Bo przecież co lepiej zadziała na szalone pomysły Lucyfera niż opacznie zrozumiane opinie lekarza? Szczególnie, że pani Linda myśli, że cały ten Władca Piekieł to jedna wielka metafora, którą Morningstar wymyślił, żeby lepiej poradzić sobie z personalnymi problemami. Dlatego każda sesja jest taką perełką - Lucyfer opowiada szczerze o swoim życiu pełnym demonów, aniołów, skrzydeł i niebiańskich mocy, a doktor tłumaczy każdą z metafor, przekładając ją na ziemskie problemy. Genialne!

Chemia i budowanie napięcia między Lucyferem a panią Detektyw

Jak w każdym serialu, musi znaleźć się miejsce dla wątku miłosnego. Wszyscy wiemy, że to napędza akcję, a przy okazji powoduje dreszcze wśród co bardziej wrażliwych widzów (u mnie powoduje, nie wstydzę się!). Pamiętam, że początkowo nie byłam przekonana do zimnej pani Detektyw i nie wierzyłam, że może stworzyć dobrą parę z Lucyferem. Okazało się, że bardzo się pomyliłam i nie wiem czy taki był zamiar twórców, ale wraz z rozwojem uczucia między tą parą, rozwijała się moja sympatia dla nich. To chyba można nazwać dobrze poprowadzonym wątkiem, skoro widz przekonuje się do czegoś wraz z postaciami serialu. Przyznaję się: shipuję temu związkowi (mentalnie chyba wciąż mam piętnaście lat).

Piekielne poczucie humoru w punkt

 Jeżeli ktoś się zastanawia czym tak naprawdę może być dla widza serial Lucyfer, to ja mam na to jedną odpowiedź: świetną rozrywką! Wiadomo, że jest tutaj wiele elementów kryminału, fantastyki, nawet romansu, ale to wciąż przede wszystkim cudowna komedia. Nie pamiętam przy którym serialu ostatnio tak bardzo się zaśmiewałam. Szczególnie, że żarty opierają się przede wszystkim na masie powiedzonek, związanych z piekłem (dobrze wiemy, iż jest ich sporo). Z odcinka na odcinek jestem w coraz większym szoku, że twórcy serialu znajdują tak wiele żartów sytuacyjnych i słownych, dotyczących tematyki anielsko-diabelskiej. Ciekawa jestem czy kiedyś wyczerpie im się arsenał. Ale na razie pozostaje się cieszyć i zaśmiewać się w głos.

Lucyfer nigdy nie kłamie

Już o tym wspominałam w kontekście diabelskiej terapii. Cały myk z Lucyferem polega na tym, że nasz diabeł brzydzi się kłamstwem i to jest ten grzech, którego wystrzega się bardziej niż ognia piekielnego. Nawet jeżeli zaczynałam podejrzewać go o skłamanie w jakiejś kwestii okazywało się, że dzięki odpowiedniemu używaniu słów, nie łgał, a ewentualnie nie mówił całej prawdy. Tym różni się od postaci z innych seriali fantastycznych, w których zazwyczaj bohaterowie nadnaturalni ukrywają swoją prawdziwą twarz. Lucyfer od razu przedstawia się jako diabeł, nie szczędzi też szczegółów ze swojego życia rodzinnego czy osobistego. Tak, własny sługa-demon to równocześnie barmanka w jego nocnym klubie, a jego brat-anioł wpada do Los Angeles, żeby zaciągnąć go z powrotem do piekieł i Morningstar ukrywać tego nie będzie przed nikim. A Ty, uwierzyłbyś w takie coś, czy wolałbyś myśleć, tak jak bohaterowie, że to jakiś rodzaj dziwnej gry ze strony Lucyfera? ;)

Drugoplanowe postaci mają ciekawe wątki (Maze Trixie)

Tak, największym plusem serialu jest jego główny aktor. Jednak sam jeden nie dobiłby takiej popularności. Twórcy na szczęście postarali się o całą masę ciekawych drugoplanowych postaci. Najlepsze jest to, że każda z nich jest piekielnie barwna, dzięki czemu otrzymujemy różnorodną charakterystycznie mieszankę. Moimi ulubionymi bohaterami drugoplanowymi na pewno zostaną Trixie, czyli córka pani detektyw (szczególnie jej stosunki z Lucyferem rozczulają i bawią), a także Maze - demoniczna sługa Władcy Piekieł. Każda z tych postaci osobno tworzy wspaniałą kreację, ale wszyscy zyskują jeszcze bardziej w scenach konfrontacji. Kiedy pojawia się nić porozumienia między Maze a doktor Lindą czy Chloe - to wtedy widzimy różne strony danej osoby i możemy lepiej ją poznać. W drugim sezonie poznajemy kolejnych nowych bohaterów i znowu są to ciekawe charaktery. Nie mogę doczekać się kto będzie następny!

Kryminalna część jest przyjemnym dodatkiem

Tak jak mówiłam, dla mnie Lucyfer to przede wszystkim czysta rozrywka i serial komediowy. To może nie do końca było celem twórców, którzy tematycznie poszli bardziej w stronę kryminalnych zagadek Los Angeles. Moim zdaniem słusznie, bo każdy odcinek daje duże pole do popisu dla pary Lucyfer-Detektyw, którzy okazują się z biegiem czasu idealnymi partnerami, w dużej mierze świetnie się uzupełniającymi. Podoba mi się, że każdy element historii jest wyjaśniony, przykładowo to jak diabeł znalazł się na posterunku policji w roli konsultanta i dlaczego postanowiono go zatrzymać. I to wszystko naprawdę ma sens, choć można by podejrzewać, że w tego typu serialu będzie mnóstwo elementów bardzo naciąganych.

Ciekawie poprowadzone wątki znane z Biblii

Wspominałam już o stronie humorystycznej, kryminalnej i romantycznej. Teraz czas na ostatni element, czyli szczypta fantastyki. Byłam niezmiernie ciekawa jak daleko twórcy będą chcieli zawędrować. Początkowo myślałam, że skończy się na tym, że dostaniemy diabła z umiejętnością wyciągania z ludzi ich najskrytszych pragnień i tyle. Na całe szczęście byłam w błędzie. Z odcinka na odcinek wątek niebiańsko-piekielny się rozszerza. A to przybędzie Amenadiel, brat Lucyfera w celu odesłania niegrzecznego rodzeństwa do piekła, później wyruszą razem w misji poszukiwania magicznych skrzydeł upadłego anioła i razem będą drżeć przed ucieczką ich mamy z piekła. I to wciąż się rozrasta, więc pozostaje cierpliwie czekać czym w następnej kolejności uraczą nas twórcy.


Moja ocena na teraz to mnóstwo serduszek! Bardziej konstruktywnie wypowiem się po kolejnych sezonach. 

A Wy znacie ten serial? Bo jeśli nie, to nie wiem co tutaj jeszcze robicie - nadrabiajcie czym prędzej! I dajcie mu szansę, wciąga dopiero po kilku odcinkach, a drugi sezon to już perełka ;)


wtorek, 25 kwietnia 2017

Dysputy o życiu z Kostuchą? - „Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć” Tomasz Kowalski

Książkę możecie wygrać w konkursie na mojej stronie, dokładny link TUTAJ. Zachęcam do wzięcia udziału :)

*Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć*
Tomasz Kowalski

*Język oryginalny:* polski
*Gatunek:* literatura polska
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2013
*Liczba stron:* 302
*Wydawnictwo:* MG
Litość dowartościowuje - ciągnął dalej Tomasz. - Naprawdę. Stawia nas po stronie zwycięzców, a to już jest coś. Pozwala się chełpić swoim szczęściem, bez narażania się na krytykę i posądzanie o bufonadę i nadęcie. Mało tego, gdy litujemy się nad innymi, wszyscy chwalą nas za dobre serce i szlachetną postawę. 

*Krótko o fabule:*
Czy można w sposób zabawny mówić o śmierci, religii, sztuce i patriotyzmie? A o samobójstwie, alkoholizmie, literaturze i wampiryzmie? Otóż można. Wystarczy zajrzeć do trzech grabarzy z cmentarza w Ponurej. Tam przy papierosie i wódce Tomasz, Rysiek i Młody bez litości karcą świat pozorów, tandetnego blichtru, ludzkiej głupoty i hipokryzji. Świat, który niczym hordy dzikich barbarzyńców odzianych w szare garnitury próbuje wedrzeć się na teren cmentarza – tego ostatniego bastionu wolnej myśli, niczym nieskrępowanej refleksji, zapominanego już prawa do nieprzejmowania się prędkością, z jaką kręci się nasza zadyszana Ziemia.
- opis wydawcy
*Moja ocena:*
Kiedy przeczytałam opis książki na stronie wydawnictwa od razu stwierdziłam, że chcę sięgnąć po tę pozycję. Przede wszystkim zachęciła mnie obecność samej Śmierci wśród bohaterów. Dodatkowo wydawało mi się, że całość akcji będzie miała miejsce w jednym miejscu - na cmentarzu w Ponurej, co mogło zaowocować dobrym materiałem na adaptację teatralną. Sięgnęłam więc po powieść bezzwłocznie.
Tomasz Kowalski urodził się w 1970 roku w Katowicach, z wykształcenia jest prawnikiem. Nakładem wydawnictwa MG ukazała się również jego druga książka Mędrzec kaźni.
Pierwsze rozdziały wprowadzają klimat grozy, ale podszytej czarnym humorem. Bo wyobraźcie sobie kaplicę, gdzieś na cmentarzu w małej mieścinie, Ponurej, gdzie drzwi się uchylają i do środka wkracza Śmierć. Tak, taka nasza, znana z literatury Kostucha, co to nawet kosę w łapie trzyma! Ale już po kilku stronach wiemy, że nie musimy się jej obawiać, bo z naszymi bohaterami to akurat trzyma sztamę i traktuje ich raczej jako kompanów do rozmowy przy papierosie aniżeli kolejnych klientów. Tak zaczyna się toczyć dyskusja, której prowodyrami i uczestnikami jest trójka grabarzy, pracujących na cmentarzu w Ponurej. Autor postanowił jednak złamać wszelkie stereotypy dotyczące tego zawodu - Tomasz, Rysiek i Młody wykazują się sporą inteligencją i przede wszystkim zainteresowaniem różnymi aspektami życia. Żaden temat do rozmowy nie jest im obcy i chociaż czasami nie do końca się zgadzają (w końcu takiego Młodego i Tomasza dzieli pokolenie), to zawsze dojdą do jakichś wniosków. Czyli dowiemy się na przykład co sądzą o samobójstwie artystów niespełnionych, a i Śmierć nie będzie cicho siedzieć w kącie, tylko swoje pięć groszy wciśnie.
źródło
Ogromnym plusem książki Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć jest jej lekkość w odbiorze, co zawdzięczamy zastosowaniu przez autora czarnego humoru. Dzięki temu tematy, które mogłyby nas przygnębić czy przestraszyć, tak naprawdę bawią. Śmierć sama żartuje z uczestników, że i tak po nich przyjdzie, bo to jedno spotkanie jest nieuniknione. Traktowane jest to jako coś naturalnego, po prostu kolej rzeczy. Sporą dawkę humoru wprowadzają też inni bohaterowie, którzy są ciekawym przekrojem społeczeństwa. Poznamy przykładowo Madame Helikopter, kobietę lekkich obyczajów, potentata zniczowego, pana Ćwięczka czy starą dewotkę Walazkową. Każdy z nich przynosi ze sobą nowe to historie, nad którymi nasi grabarze będą mogli podyskutować.
Moim ulubionym fragmentem zostanie poznanie wampira, czyli pana Murnałowskiego, który od trzystu lat jest mieszkańcem cmentarza, swój czas spędza na spożywaniu sporych ilości alkoholu i marzy jedynie o wyzionięciu ducha, ale takim prawdziwym, coby odejść z naszego, ziemskiego podoła raz, a porządnie! Z jego historią wiąże się też kilka ciekawych wątków, jak chociażby poczucie moralności ludzkiej w obliczu decydowaniu o życiu innych.
W książce spotkamy też inne postacie, nazwijmy je nadnaturalnymi. Wspomnę tylko szybko, że bardzo ciekawym zabiegiem było wprowadzenie pewnej osoby podczas ostatniego rozdziału - powstała ładna klamerka, a autor pokazał, że ma odwagę. No i skoro już zabawy konwencją to na sto procent albo wcale! Na kartach poznamy również tzw. oblivokry, czyli kreatury, które dla zabawy będą wodzić ludzi na pokuszenie i zakładać się o ich dusze! Strzeżcie się więc, bo nie wiadomo kogo możecie spotkać w zadymionym barze.
Autor trochę też nas, jako naród, powyśmiewa. Wytknie płytką wiarę, podywaguje nad naszym patriotyzmem, jak również (temat bardzo na czasie) skomentuje poziom czytelnictwa w Polsce. Za każdym razem zrobi to lekko i z przymrużeniem oka.
Jestem bardzo zadowolona, że sięgnęłam po pozycję Tomasza Kowalskiego. Spędziłam z nią kilka miłych dni, czytanie szło mi lekko, ale nie pozbawione było grama refleksji. Jedyne, nad czym ubolewałam, to że to bardziej zbiór opowiadań, powiązanych dzięki trzem głównym bohaterom i miejscu akcji. Nie ma więc głównego celu, do którego dąży akcja, a raczej każda scena ma taki mały punkt kulminacyjny, nadaje się więc bardziej na zbiór etiud, aniżeli pełnometrażowy spektakl. Jest to jednak szkopuł bardziej osobisty - patrząc na książkę jako autorka strony mogę powiedzieć, że nie zmarnowałam czasu na jej czytanie. I polecam Wam również się z nią zapoznać!

Moja ocena: 7/10



  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu MG.

piątek, 21 kwietnia 2017

Okładki filmowe - ale po co to komu?

Przeglądając zdjęcia na Instagramie natknęłam się niedawno na tag z hasztagiem w stylu #okładkafilmowa. Spojrzałam wtedy na moją biblioteczkę i pomyślałam, że byłoby mi naprawdę trudno wybrać z niej książkę do niego pasującą. Mam awersję do wydań filmowych odkąd pamiętam. Może to dlatego, że zawsze byłam fanką jak najbardziej graficznie prostych okładek, a może po prostu odstrasza mnie cały marketing związany z zachęcaniem ludzi do pójścia do kina? Często bywa tak, że nie kupuję jakiejś książki tylko dlatego, że wydanie jest z fotosem z filmu (przykładowo zrezygnowałam z książki Z dala od zgiełku, bo liczę, że wydadzą ją w bardziej klasycznej formie). Natomiast gdy dowiedziałam się, że wznowią wydanie niefilmowe powieści Siedem minut po północy, to od razu dodałam ją do schowka. Rozumiecie więc, że nie potrafię zrozumieć dlaczego panuje ta moda na wydania filmowe. Byłabym w stanie przetrawić te okrągłe nalepki film już w kinach, ale po co od razu na okładkę wrzucać zdjęcie z filmu? 
Jestem bardzo ciekawa Waszego zdania na ten temat, bo może są jednak osoby, które lubią tego typu wydania. Ja postanowiłam zrobić krok w tył, spojrzeć na temat z szerszej perspektywy i pokażę dzisiaj książki, których okładki filmowe są okropne bądź o wiele gorsze od pierwowzoru, ale także te, które takie złe nie są. Zapraszam!

Filmowe okładki-potworki

1. Charlie i Fabryka Czekolady, Roald Dahl

 Książka przeznaczona dla młodszych czytelników, której wciąż jeszcze nie przeczytałam, ale mam w planach właśnie ze względu na film. Niestety okładka po prawej dostatecznie by mnie odstraszyła i wolałabym nie mieć jej na półce. Udało mi się jednak dorwać wydanie znajdujące się po lewej stronie ze świetną grafiką i w kolorach przywodzących na myśl dzieciństwo. I na dodatek ilustrowane!

2. Gwiezdny pył, Neil Gaiman

 Gwiezdny pył czytałam lata temu, jeszcze kiedy byłam w liceum. Książkę miałam wtedy wypożyczoną i nawet nie pamiętam które wydanie miałam w rękach. Mogę tylko stwierdzić, że to filmowe w ogóle mnie nie pociąga. Postacie powklejane w Photoshopie kontra cudowna grafika od Dark Crayon ? Wiadomo, że chciałabym mieć na półce tę po lewej stronie! A że jeszcze swojego egzemplarza nie mam, to wiem w który się uzbroić!

 3. Inferno, Dan Brown

 Dana Browna czytałam jedynie Kod Leonarda da Vinci, też dość dawno. Jednak mój chłopak był przez długi czas jego fanem, dlatego Inferno w wersji po lewej stronie mam na półce. I na całe szczęście to, bo filmowe znowu odpychająco wygląda. Trochę jakby miał to być film akcji, a nie zagadkowy kryminał.

 4. Marsjanin, Andy Weir

 Czy ja tutaj muszę cokolwiek pisać? Kto z nas wolałby mieć na okładce ogromną głowę Matta Damona w kasku zamiast tej przepięknej, pomarańczowej okładki? Uważam, że to jedna z lepszych książkowych okładek. Mimo że znajduje się na niej zdjęcie astronauty, to wkomponowanie go w ten gradientowy odcień pomarańczy, od razu kojarzony z planetą Mars, działa na zmysły i przyciąga wzrok. Filmowe wydanie znowu odpycha i sprawiło, że wciąż książki nie mam na półce.

5. Osobliwy dom pani Peregrine, Ransom Riggs

Szczerze Wam wyznaję, że do tej książki przyciągało mnie przede wszystkim wydanie. W brudnych kolorach brązu, w twardej okładce, z licznymi, niepokojąco wyglądającymi zdjęciami w środku. Później powstaje film (którego swoją drogą wciąż nie widziałam, ale podobno nie ma szału) i na okładce ląduję kolorowa ekipa dziwaków. Historia od razu traci klimat, w który samo wydanie mogło wprowadzić czytelnika.

6. Papierowe miasta, John Green

No dobra, ta okładka niefilmowa też nie jest jakichś wysokich lotów, ale ja mam do niej sentyment. Zapewne dlatego, że świetnie komponuje się z resztą książek Greena, tworzą ładną serię na półce. Jednak na pewno mogę powiedzieć, że jest o wiele ładniejsza od tej po lewej stronie. Dwie ogromne twarze aktorów mają jedynie przekonać ich fanów do czytania, a do treści mają się nijako. Na pewno nie chciałabym mieć takiego wydania na półce.

7. Wielki Gatsby, F. Scott Fitzgerald

Jako że klasykę często wznawia się w postaci ekranizacji, to dostajemy też nowe wydania pierwowzorów. Niektóre nie są takie złe (jak Anna Karenina czy Z dala od zgiełku), ale zdarzają się niezłe potworki. Jak przykład zaprezentowany powyżej. Kilka postaci powklejanych w Photoshopie to nie jest dobry pomysł na okładkę. Szczególnie, że takie wydanie ma silną konkurencję, bo na rynku znajdziemy o wiele ładniejsze propozycje, jedną z nich jest ta po lewej stronie.

8. Złodziejka książek, Markus Zusak

To jest zdecydowanie wydanie, które najbardziej mnie boli. I może nie ze względu na zdjęcie z filmu, chociaż nie uważam go za dobre. Ale przede wszystkim dlatego, że wydanie książkowe jest jednym z najpiękniejszych w mojej biblioteczce. Prosty design na tle przypominającym kartkę zamoczoną w herbacie. Do tego zwykła czcionka i niewielka ilustracja. Nie ma tutaj co porównywać, wydanie niefilmowe po prostu miażdży.

Filmowe okładki, które dają radę

1. Anna Karenina, Lew Tołstoj

Wspomniana wcześniej Anna Karenina. Muszę powiedzieć, że nie przeszkadza mi to wydanie filmowe. Może dlatego, że nie widnieje na nim ogromne zdjęcie postaci, ale każdy z bohaterów ma tam gdzieś swoje miejsce. Na dodatek filmowe kostiumy, charakteryzacja i scenografia były cudowne, co widać na tej okładce. Ja jednak wciąż serce oddaję wydaniu po prawej, które sama czytałam i posiadam w rodzinnej biblioteczce. Ma w sobie więcej duszy.

2. Gra o tron, George R. R. Martin

Podejrzewam, że gdyby współczesny ilustrator zabrał się za okładkę Gry o tron to byłaby ona cudowna. Jednak wydanie po prawej ma już trochę lat, a kiedyś większość fantastyki wydawana była na jedno kopyto, właśnie z tego typu ilustracjami na okładce. Dlatego muszę stwierdzić, że wydanie filmowe (a raczej serialowe) jest w tym wypadku górą, bo fotos świetny, a tron na okładce jakoś bardziej pasuje do treści niż ten rycerz na koniu.

3. Jeden dzień, David Nicholls

 W tym wypadku sprawa jest dla mnie prosta - wydanie filmowe daje radę za sprawą świetnego fotosu. Ten pocałunek między Anne a Jimem elektryzuje nawet jako nieruchomy obrazek. Na dodatek przygaszenie kolorów i użycie tego błękitnego filtra sprawia, że człowiek nie jest bombardowany przez wiele bodźców (jak to było np. przy Wielkim Gatsbym). Ja na półce mam wydanie po prawej, które bardzo lubię i uważam, że pasuje do treści, ale w tym przypadku nie kręciłabym nosem na to filmowe.

4. Zanim się pojawiłeś, Jojo Moyes

 Przypadek książki Zanim się pojawiłeś przedstawia się trochę inaczej. Tutaj po prostu początkowa okładka była bezsensu. Chyba tego, czego najbardziej nie lubię na okładkach, są właśnie zdjęcia twarzy kobiet. Od razu kojarzy mi się to z literaturą niższych lotów, sama nie wiem dlaczego. Dlatego jakbym już miała wybierać, to w tym wypadku postawiłabym pewnie na wydanie filmowe, które też specjalnie nie zachęca.




Co o tym myślicie? Też stronicie od wydań filmowych? A może przeciwnie, nawet je lubicie?
Koniecznie dajcie znać w komentarzach! :)

wtorek, 18 kwietnia 2017

Rozwiązanie konkursu [„Ostatnia więź”] i kolejny konkurs [„Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć”], a co!

Cześć i czołem :)
Rozpocznę może od kolejnego konkursu, w którym do wygrania egzemplarz „Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć” Tomasza Kowalskiego. Ja już lekturę mam za sobą i uważam, że to książka warta poznania, o czym dokładniej opowiem w recenzji, która ukaże się tutaj na dniach ;)

Co trzeba zrobić, aby wygrać egzemplarz książki „Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć"? :
1) Zgłosić chęć udziału w konkursie
2) Podać swój adres e-mail
*3) Udostępnić baner konkursowy albo informację o konkursie na swoim Facebooku lub blogu (nieobowiązkowe ale daje + 1 dodatkowy los)
*4) Być publicznym obserwatorem mojego bloga (nieobowiązkowe ale daje + 1 dodatkowy los)

Przykładowe zgłoszenie może wyglądać tak:
Zgłaszam się!
Adres e-mail:
*Baner: 
*Obserwuję bloga jako:
Zgłoszenia od 18.04.17 r. do 09.05.17 r.
Regulamin:
1. Organizatorem konkursu oraz fundatorem nagrody jest Wydawnictwo MG
2. Nagrodą w konkursie jest egzemplarz książki "Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć" Tomasza Kowalskiego.
3. Aby losowanie się odbyło musi się zgłosić min. 8 osób.
4. Konkurs trwa od 18.04.2017 r. do 09.05.2017 r. do godziny 23:59. Zgłoszenia po tym terminie nie będą brane pod uwagę.
5. Aby wziąć udział w konkursie należy: podać adres e-mail. Dodatkowe 2 losy są przyznawane za udostępnienie informacji o konkursie oraz bycie publicznym obserwatorem bloga.
6. Uczestnikiem może być każdy, kto posiada adres korespondencyjny na terenie Polski.
7. Wyniki zostaną ogłoszone do 5 dni od daty zakończenia konkursu
8. Zwycięzca zostanie wyłoniony poprzez losowanie.
9. O wygranej poinformuję  zwycięzce drogą mailową. Na przesłanie zwrotnego e-maila z adresem zwycięzca ma 5 dni, w innym przypadku odbędzie się powtórne losowanie.
10. Koszty wysyłki pokrywa organizator.

Szybciutko przedstawiam jeszcze zwycięzcę poprzedniego konkursu.

W konkursie do wygrania była „Ostatnia więź” Briana Staveley. Losowania dokonałam za pomocą strony internetowej LOSOWE.
Wyniki:

Czyli książka wędruje do Judyty Z :) Gratuluję, a maila z informacją już wysyłam!

Trzymajcie się ciepło!

niedziela, 16 kwietnia 2017

Uległość bliskim czy wybór własnej ścieżki? - „Perswazje” Jane Austen

Na szybko życzę Wam też wesołych świąt, mam nadzieję, że śniadanie smakowało :) Święta dobiegają końca, muszę przyznać, że ja w miarę odpoczęłam i trochę nie chcę wracać do rzeczywistości. W domu najlepiej !
Naskrobałam na szybko opinię na temat Perswazji. Kto tak jak ja uwielbia Jane Austen?

*Perswazje*
Jane Austen

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* Persuasion
*Gatunek:* społeczna, obyczajowa
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 1817
*Liczba stron:* 254
*Wydawnictwo:* Świat Książki
Niestety, pomimo poprawności rozumowania okazało się, że dla głębokich uczuć osiem lat nic nie znaczy.
*Krótko o fabule:*
Pomimo urody, dobroci i niezwykłej delikatności Anna Elliot wciąż jest samotna, żyje "przy rodzinie". Jako młoda dziewczyna, pod wpływem perswazji i dobrych rad, zerwała zaręczyny z kapitanem marynarki Fryderykiem Wentworthem. Ten, zraniony i pełen żalu, wyruszył na morze. Przez wiele lat nie mieli ze sobą żadnego kontaktu... Ale czy można całkowicie wyrzucić z pamięci wielką miłość? I czy czas zmienia ludzi tak, że nic już do siebie nie czują?
- opis wydawcy
*Moja ocena:*
Moja miłość do Jane Austen zaczęła się bardzo klasycznie - od historii Elizabeth Bennet i pana Darcy'ego, czyli głośnego tytułu Duma i uprzedzenie. Zaraz po tej lekturze sięgnęłam po dwie kolejne pozycje autorki: Emmę oraz Rozważne i romantyczne. Później nastąpiła dość długa przerwa, aż w końcu postanowiłam zajrzeć do nowo zakupionych Perswazji. I kolejny raz przepadłam!
Jane Austen to angielska pisarka, urodziła się w 1775 roku. Opisywała życie klasy wyższej, najczęstszą tematyką, którą poruszała było zamążpójście i kłopoty z nim związane, za sprawą presji społeczeństwa. Sama Austen nigdy za mąż nie wyszła, mieszkała samotnie oddając się pracy twórczej. Perswazje to jej ostatnia powieść, wydana już po jej śmierci.
Przyznam, że już niemal od pierwszych stron można było wyczuć, że to trochę inna książka od pozostałych tytułów Austen. Fabuła toczy się raczej wolnym tempem, brak tutaj jakichś ekscytujących momentów, balów, przyjęć i skomplikowanych koneksji. Absolutnie nie znaczy to jednak, że będzie nudno. Powiedziałabym, że bardziej dojrzale i po prostu inaczej. Powodem jest chyba fakt, że miłość, która zazwyczaj pojawiała się między bohaterami książek Austen, tym razem istnieje już przed rozpoczęciem właściwej akcji. To czyni powieść jeszcze bardziej ciekawą, bo będziemy w stanie się dowiedzieć dlaczego drogi kochanków się rozeszły, a także poznać siłę miłości między dwójką osób. To jest chyba najistotniejszy punkt Perswazji - tym razem nie przyjrzymy się rozkwitającemu uczuciu, ale takiemu, które starano się stłamsić i wydusić z siebie. 
Nie możemy się dziwić popularności, jaką zdobyły pozycje Austen, ponieważ to była prawdziwa czarodziejka. Po dziś dzień miliony na całym świecie rozkochują się w jej książkach, mimo że brakuje tam nagłych zwrotów akcji i ekscytujących wydarzeń. Wydaje mi się, że autorka osiągnęła sukces dzięki wytwarzanemu klimatowi, który za każdym razem pozwalał nam na chwilę przenieść się w tamte czasy i zrozumieć jakimi konwenansami obarczone wtedy były młode kobiety. Na dodatek wolniejsze tempo akcji kompletnie nie przeszkadza w przyswajaniu informacji i okazuje się, że nawet sceny salonowych rozmów mogą przynieść nam wiele rozrywki.
źródło
W kwestii bohaterów mogę powiedzieć tylko tyle, że znowu są wspaniali. Mamy wiele bardzo różnych charakterów, niektórych pokochamy, innych będziemy nienawidzić, ale każdy zapadnie nam w pamięć i nie powinniśmy mieć problemów z połapaniem się kto jest kim. Książka jest też dość niewielka objętościowo, więc liczba bohaterów nie rozrasta się w nieskończoność. Spotkamy kilka barwnych postaci drugoplanowych, jednak trudno będzie wciąż nie oczekiwać kolejnych spotkań naszej głównej dwójki bohaterów. Za każdym razem, kiedy przebywali w tym samym miejscu ich opisywane zachowanie sprawiało, że ściskało mnie w brzuchu. Kto by pomyślał, że tyle emocji potrafi wzbudzić niewinne spojrzenie ukochanego. Szczególnie, że i Anna i Fryderyk starali się wmówić wszystkim (łącznie z samymi sobą), że uczucie wiążące ich osiem lat temu już dawno minęło. Rzadko zdarza mi się czuć taką niepewność co do losów bohaterów, ale w Perswazji nic nie wydało się proste i przeszkody leżące na drodze do szczęścia Anny i Fryderyka jawiły się jako naprawdę trudne do pokonania. 
Muszę jednak zauważyć, że Austen wpadała w pewien schemat podczas zbliżania się do zakończenia swoich historii. Bardzo często w tych ostatnich rozdziałach pojawia się pewne uzupełnienie jeżeli chodzi o przeszłość któregoś z bohaterów. Za sprawą poznania nowych informacji postacie zmieniają swój pogląd na różne sprawy, co doprowadza do rozwiązania sytuacji. Mnie to akurat specjalnie nie razi, ale schemat jest jednak powielany.
Jeżeli zaglądacie tu co jakiś czas to wiecie, że romansów niemal w ogóle nie czytam. Po prostu nie ciągnie mnie w stronę takiej literatury, jednak jeżeli do romansu doda się słowo klasyka, to od razu inaczej podchodzę do tematu. Książki Austen czy takie Dziwne losy Jane Eyre to jedne z moich ulubionych lektur, a jednocześnie nie przepadam za współczesnymi romansami (a może po prostu nie trafiam na dobre tytuły?). Uwielbiam czytać o miłości w tamtych czasach, kiedy kobiety walczyły z o wiele poważniejszymi przeszkodami na drodze do szczęścia. Dlatego Perswazje to kolejna cudowna książka, która pokazała, że uleganie takim perswazjom ze strony bliskich nie zawsze jest dobrym wyjściem i czasami warto postawić na swoim. I jedyne co mogę zrobić to polecić Wam zapoznanie się z twórczością pani Austen, nawet jeżeli za romansami, tak jak ja, nie przepadacie!

Moja ocena: 8/10


piątek, 7 kwietnia 2017

Żyj teraz. Przyszłość jest snem - „Ostatnia więź” Brian Staveley


Na wstępie wspomnę tylko, że to genialne zwieńczenie trylogii Kroniki Nieciosanego Tronu możecie zgarnąć w moim konkursie, o tutaj LINK.

*Ostatnia więź*
Brian Staveley

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Last Mortal Bond
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* tom 3 Kroniki Nieciosanego Tronu
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 966
*Wydawnictwo:* REBIS
Tym, co pozostaje, jest jedyne liczące się dzieło, prastare zdanie, z którego zmarły zostaje w końcu zwolniony: żeby iść w ten płonący, rozbity świat i tworzyć z jego szczątków coś dziwnego i nowego, coś, czego dotąd nie znano.
*Krótko o fabule:*
Kontynuacja Mieczy cesarza i Boskiego ognia.
Starożytni Csestriimowie powracają, aby dokończyć dzieła unicestwienia ludzkości. Armie maszerują na stolicę. Krwiopijcy, samotne istoty czerpiące swoje niezwykłe moce ze świata natury, angażują się u boku każdej z walczących stron, aby wpłynąć na wynik wojny. Kapryśni bogowie zaś pod ludzką postacią przemierzają ziemię w sobie tylko wiadomych celach.
W środku tego całego zamieszania trójka cesarskiego rodzeństwa – Valyn, Adare i Kaden – zaczyna rozumieć, że nawet jeśli zdołają przeżyć katastrofę swojego świata, to niekoniecznie uda im się pogodzić trzy własne - sprzeczne wizje przyszłości.
- opis wydawcy
*Moja ocena:*
Z ręką na sercu Wam się przyznam, że nie pamiętam już kiedy ostatnio tak dobrze bawiłam się przy lekturze. Wciąż miałam ochotę zarywać nocki i przeczytać ten przysłowiowy jeszcze jeden rozdział. Na dodatek ta książka przypomniała mi trochę dlaczego w ogóle pokochałam czytanie, a szczególnie właśnie fantastykę. I jedyne co mnie niezmiernie dziwi, to fakt, że ta trylogia jest tak mało popularna w Polsce, gdzie fanów tego gatunku jest raczej sporo.
Skupmy się jednak na samej książce, która od pierwszych stron wciąga nas w historię, którą odłożyliśmy wraz z drugim tomem. Na szczęście nie brakowało sprawnie wplecionych informacji dotyczących poprzednich części, dzięki czemu czytelnik z łatwością odświeżał sobie sytuacje, miejsca i bohaterów. Nie miałam najmniejszego problemu z połapaniem się w sytuacji, chociaż przyznam, że trochę się obawiałam, bo poprzednie tomy czytałam dość dawno temu. To, że autor odświeży nam pamięć, absolutnie nie oznacza, że zamęczy nas jakimiś długimi wstępami. Szczerze powiedziawszy, Staveley tak umiejętnie wplótł ważne informacje w treść książki, że nawet nie zauważyłam kiedy czułam się jakbym była z powrotem w jego świecie przedstawionym. A ten nadal robi ogromne wrażenie. Mimo powielania pewnych schematów wciąż uważam, że to naprawdę oryginalnie wymyślony świat, po których stąpają potężni krwiopijcy, szkoleni od dziecka, dosiadający ogromnych ptaków asasyni, brutalni wyznawcy boga śmierci, niezwyciężeni, pozbawieni emocji Csestriimowie, mnisi szkoleni w sztuce poszukiwania pustki, a nawet kilku z młodszych bogów, którzy zadomowili się w ciałach śmiertelników. To robiący wrażenie przekrój bohaterów, a jakimś sposobem autor sprawił, że to wszystko trzyma się kupy i daje spore pole do popisu.
Ta część jest trochę bardziej batalistyczna, co mnie niezmiernie ucieszyło. Już pod koniec tomu drugiego autor pokazał, że ma smykałkę do opisywania scen wojennych, ma na nie pomysł i nie pozwala czytelnikowi się przy nich znudzić (zazwyczaj te wątki mnie męczą). Nie było ich może zbyt wiele, ale gdy już się pojawiały to trzymały za gardło do czasu rozwiązania sytuacji. Szczególnie, że znając już nawyki autora mogliśmy się spodziewać śmierci niemal każdej z postaci. Ogromnie podobał mi się wątek dotyczący Kettralu - ten sposób odbicia ptaków. Oprócz tego, walka przy wyłomie muru wytworzyła wiele emocji. Chyba wszelkie te sceny zyskują, dzięki udziału w nich Skrzydeł Kettralu. Ci wyszkoleni do zabijania asasyni, z idealnie zbalansowanymi zespołami, zgrani, z różnorakimi umiejętnościami sprawiali, że całość stawała się piekielnie interesująca.
źródło
Najpiękniejszy w kontynuowaniu trylogii czy serii jest zawsze jednak jeden element - bohaterowie. Ci, do których się przywiązujemy, kibicujemy, wymyślamy w głowach ich dalsze losy. W tej trylogii, która jest dość sporych rozmiarów, mamy okazję poznać naprawdę sporo cudownych, barwnych postaci. I zapewne każdy z nas znajdzie tutaj kogoś, kto szczególnie trafi do jego serca. Dla mnie, spośród trójki rodzeństwa, od pierwszej części to był Valyn. Uważam, że autor pięknie pokierował jego historią, przez wprowadzenie w Mieczach cesarza, gdzie można było zapałać do niego sympatią, poprzez drugi tom, w którym popełniał kilka błędów i powoli staczał się w mroczną otchłań swojej osobowości, po tę finalną część, gdzie mamy nową odsłonę Valyna. To człowiek złamany, który traci sens walki, nie znajduje w niej głębszego celu, człowiek, któremu za dużo zostało odebrane, który został za wiele razy oszukany. Trudno mu nie współczuć i nie kibicować. 
To tak z głównych bohaterów, jednak moją ulubienicą z wszystkich trzech części musi zostać Gwenna. I chociaż na początku nic tego nie zapowiadało, to już w drugim tomie zapałałam do niej sympatią, a to uczucie zostało w ostatniej części pogłębione i ugruntowane. Taka silna postać, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, która nawet kiedy miewa chwile słabości to prze do przodu za wszelką cenę. 
Tak naprawdę to o każdej postaci można by pisać i pisać, tak dobrze są wykreowane przez autora. Kaden i Adare dostali świetne rozwinięcia swoich wątków. Mnie szczególnie cieszyły te krótkie spotkania, a raczej konfrontacje, z bogami. Co za tym idzie, podobał mi się pomysł na rozwinięcie postaci Triste. No i pojawiają się cudowni Pchła i Pyrre!
Wiele można o tej książce pisać, ale to co powinniście zapamiętać to fakt, że Kronika Nieciosanego Tronu to kawał cudownej fantastyki, którą każdy fan gatunku przeczytać powinien. Dlaczego? Po prostu ma wszystko, co świetna trylogia fantasy zawierać powinna: oryginalny świat przedstawiony (tak, jest mapka na początku książki), barwnych bohaterów, pochodzących z najróżniejszych miejsc świata i społeczeństwa (w sumie są też bohaterowie nie z tego świata), polityczne zawirowania, która napędzają akcję (jeżeli myślicie, że po zajęciu tronu wszystko idzie z górki to grubo się mylicie), zawiłą fabułę, bogatą w liczne zagadki i jeszcze liczniejsze zaskoczenia (a z tomu na tom pojawia się ich coraz więcej), szczyptę humoru, a równocześnie życiowych mądrości (tych pierwszych najczęściej dostarcza Kettral i Nira, tych drugich mnisi, nauczyciele Kadena). 
Potrzebuję pisać więcej? No właśnie, tak myślałam. Lećcie czytać tę trylogię, bo WARTO.

Moja ocena: 9/10


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

sobota, 1 kwietnia 2017

Marcowy magiel filmowy

Marzec był niesamowicie słaby jeżeli chodzi o obejrzaną przeze mnie liczbę filmów. Po prostu wyszło tak, że niewiele wolnego czasu, który się znalazł, poświęciłam jednak na czytanie. Trochę mi tego namiętnego oglądania brakuje i mam nadzieję, że w kwietniu wrócę do niego z podwojoną siłą. Tymczasem kilka tytułów, które widziałam i krótkie opinie o każdym z nich. Marzec okazał się dość nudny w ocenach, za to kilka perełek udało się zobaczyć :)

Piękna i Bestia (2017)

Przyznam się Wam od razu, że Piękna i Bestia nie należała do moich ukochanych bajek dzieciństwa. Wspominam ją nader miło, ale nie molestowałam kasety VHS z jej nagraniem, jak innych Disney'owskich produkcji. Film zapowiadał się za to wspaniale i do kina wybrać się musiałam!
Bella (Emma Watson) gotowa jest zamieszkać w zamku potwora (Dan Stevens), aby ratować Maurycego, jej ojca (Kevin Kline). Z czasem między dziewczyną a bestią zaczyna rodzić się uczucie. Jednocześnie o rękę Belli zabiega przystojny myśliwy Gaston (Luke Evans), który zrobi wszystko, żeby zdobyć wybrankę swojego serca.
Na seans szłam pełna nadziei, a szczególnie byłam zadowolona, że udało mi się dorwać ten w angielskiej wersji z napisami (serio, dlaczego oni dubbingują te filmy - nie rozumiem). Zaczęło się z rozmachem; widać, że postawiono na przepych w scenografii, kostiumach, sekwencje taneczne robiły wrażenie, jak i wykonanie utworów śpiewanych. Kiedy pojawiła się Emma jako Bella naprawdę uwierzyłam w tę postać, widać było, że aktorka całą duszę włożyła w jej kreację. Niestety w pewnym momencie historia zaczęła się rozwlekać i lekko przynudzać. Evans w roli Gastona mnie nie przekonał, a jego kumpel, Le Fou, który miał wnosić element komediowy, powodował u mnie pełne pożałowania westchnienia. Na dodatek w wielu scenach przeszkadzał mi nieudolny montaż, czułam jakby historia chwilami była po prostu szatkowana. Najgorsze jest to, że w pewnym momencie całość zaczęła prezentować się przepięknie, w scenach pojawiania się uczucia między Bellą i Bestią, żeby zaraz coś zepsuło tę magię. Przykładowo ojciec, który zamiast przeżywać uwięzienie córki, powiadamia o tym jakoś bez emocji, poszukując jej nie czuć w ogóle jego paniki. Trudno też było pokochać tę Bestię w wersji CGI, która jakoś mniej zyskuje sympatii niż pięknie narysowany pierwowzór. Ciężko ten film jednoznacznie ocenić - były momenty kiedy chciałam piać z zachwytu i takie w których miałam ochotę przewinąć całą akcję. Nie jest to najlepsza ekranizacja bajki Disneya, ale zdecydowanie warto ją zobaczyć.

Moja ocena: 7/10

Logan: Wolverine (2017)

Filmy o superbohaterach lubię, ale zazwyczaj nie lubiłam wybierać się na nie do kina. Szkoda było mi na nie czasu i wydanych pieniędzy. Odkąd mam kartę do Cinema City podchodzę do tego trochę inaczej - szczególnie, że o filmie Logan nasłuchałam się wielu superlatyw.
W niedalekiej przyszłości zmęczony życiem Logan (Hugh Jackman) opiekuje się schorowanym Profesorem X (Patrick Stewart) w kryjówce przy granicy meksykańskiej. Wysiłki Logana, by ukryć się przed światem i ochronić swoje dziedzictwo, zostają zniweczone, gdy pojawia się młoda mutantka, ścigana przez mroczne siły.
To, czym ten film punktuje jest przede wszystkim specyficzny klimat. Pustynne, gorące słońce, brutalne bandziory, powolne tempo akcji, krew, pot i łzy. Reżyser potrafił z wielu elementów poskładać bardzo ciekawy dramat, tak odbiegający od typowego kina superbohaterskiego. I to akurat najbardziej zapunktowało dla mnie - to oryginalne podejście do gatunku. Nasi X-meni wcale nie wyglądają na niezwyciężonych mięśniaków, wręcz przeciwnie. To starsi mężczyźni, którzy starają znaleźć swoje miejsce w świecie. Głównym celem postaci nie jest walka z tym złym w celu uratowania świata - tym razem schodzimy na temat ratowania młodej dziewczynki. Kulało trochę nakreślenie więzi między Loganem a Laurą, za to rekompensowała to przyjaźń Wolverine'a z Profesorem X. Nie wiem też czy jestem fanką takiego zakończenia, ale to na pewno jeden z ciekawszych filmów o X-menach, jaki ostatnio powstał. 

Moja ocena: 7/10

Palo Alto (2013)

Jeszcze gdy film wchodził do kin miałam na niego sporą chrapkę. To, co mnie do niego zachęcało to oczywiście nazwisko scenarzystki i reżyserki - Gii Coppoli. Jeżeli jeszcze o tym nie wiecie, to nazwisko kojarzycie dzięki Francisowi Ford Coppoli bądź Sofii Coppoli, która bardzo wspierała swoją bratanicę przy promocji filmu.
Szkolny trener piłki nożnej (James Franco) zmaga się nie tylko ze swoimi problemami, ale również z nastoletnimi podopiecznymi, którzy przysparzają kłopotów.
Od pierwszych scen widać, że Gia wiele inspiracji czerpie z filmów swojej ciotki. Niespieszne ujęcia, specyficzne używanie ścieżki dźwiękowej, bohaterowie poszukujący swojego miejsca we współczesnym świecie. To prawda, że chwilami obraz przez to się ciągnie i może zawiać nudą, ale całościowo ogląda się go nader przyjemnie. Szczególnie, że to historia o współczesnych nastolatkach, opowiadająca o nich z intrygującej strony. Młodzi aktorzy starają się wykreować swoje postacie w sposób bardzo naturalny, przez co łatwiej się z nimi identyfikować. Film staje się przez to bardziej prawdziwy, a widz może wczuć się w dramaty amerykańskiej młodzieży. Wiele sytuacji zostaje też jedynie lekko nakreślonych, a my sami możemy dokonać interpretacji, dopowiedzieć sobie resztę. Jednak ta naturalność, o której wspomniałam działa również na minus filmu - przez to sceny wydają się dłużyć, a akcja niemal stoi w miejscu. Nie jest to film dla każdego.

Moja ocena: 7/10

Delikatność (2011)

Kilka lat temu miałam małą fazę na filmy z Audrey Tautou. Chyba każdy z Was domyśla się, że dopadło mnie to po obejrzeniu cudownej Amelii. Delikatność była na mojej liście do obejrzenia od bardzo dawna.
W życiu Nathalie (Audrey Tautou) i François (Pio Marmai) wszystko układało się jak w bajce. Byli młodzi i piękni, mieli dobrą pracę. Miłość, choć nie bez pomocy soku morelowego, poraziła ich jak grom. Ślub, pośród płatków śniegu, miał być jedynie wstępem do długiego i szczęśliwego życia. Marzenia prysły wraz z nagłą i niespodziewaną śmiercią François.
Można by pomyśleć, że opis fabuły jest tutaj swego rodzaju spoilerem, ale to naprawdę tylko punkt wyjścia do całej historii. Podobało mi się, że ten film był tak nieprzewidywalny. Zaczyna się romantycznie, a następnie dotyka tak różnych strun, których widz nie potrafiłby sam przewidzieć. Zdecydowanie wszelkie zaskoczenia działają na plus. Na dodatek Audrey zawsze roztacza wokół siebie aurę tajemniczości i słodyczy, która jakoś do mnie trafia, dlatego tak miło ogląda się ją na ekranie. Francuskie produkcje mają też pewną ważną cechę - ich humor jest zazwyczaj dość delikatny, a nie - nachalny i wulgarny. Taki właśnie potrafi szczerze mnie rozbawić. Co prawda nie był to bardzo dobry film, ale miło spędziłam przy nim czas. Szczególnie, że temat piękna ukrytego we wnętrzu człowieka i nie oceniania książki po okładce jest tutaj podany w bardzo przyswajalny sposób. Ja w przedstawioną na ekranie miłość uwierzyłam i kibicowałam!

Moja ocena: 7/10

Eroica (1957)

Ten tytuł to oczywiście odpowiedź na nadrabianie klasyki. Tym razem tej polskiej, powszechnie chwalonej - Eroica to jeden z filmów Andrzeja Munka.
Film należy do rzadko spotykanego gatunku - składa się z dwóch luźno ze sobą związanych tematycznie nowel. Część pierwsza opowiada o warszawskim cwaniaku Dzidziusiu (Edward Dziewoński), który przypadkowo wciągnięty w Powstanie Warszawskie zdobywa się na czyn bohaterski, choć właściwie niepotrzebny. Akcja drugiego opowiadania rozgrywa się w niemieckim oflagu i po raz pierwszy przedstawiono w niej życie polskich oficerów w obozie jenieckim w czasie ostatniej wojny.
To na pewno film, który warto zobaczyć. Andrzej Munk zdobywa się tutaj na coś, czego we współczesnym kinie o tematyce wojennej, na próżno się doszukiwać. Reżyser nie przedstawia nam pełnego chwały bohaterstwa i oddania ojczyźnie. Pokazuje nam raczej prawdziwe, pełnokrwiste charaktery, które próbują odnaleźć się z ciężkiej sytuacji, która na nich spadła. Nie są to jednak ideały, obarczeni są wieloma wadami, mimo tego, że wciąż próbują walczyć o Polskę. Andrzej Munk wytyka tutaj typowe, narodowe, polskie przywary, a robi to tak umiejętnie, że całość nie ma przez to negatywnego względem bohaterów wydźwięku. Każdą z tych postaci potrafimy zrozumieć i wytłumaczyć, dlaczego postępuje właśnie w dany sposób (sięgający po butelki z alkoholem Dzidziuś czy ukrywający się w szybie wentylacyjnym porucznik Zawistowski). Podobno była jeszcze trzecia etiuda, ale Munk finalnie nie zdecydował się na dołączenie jej do filmu. Przez to jeszcze bardziej intryguje mnie jej zawartość. W każdym razie polecam kinomanom zapoznać się z tym kawałkiem polskiej klasyki.

Moja ocena: 8/10

Moonlight (2016)

Chyba nikomu nie muszę tłumaczyć dlaczego chciałam sięgnąć po ten film. To oczywiście tegoroczny zdobywca Oscara w kategorii najlepszy film i dzięki temu wyróżnieniu wrócił na ekrany kin, dzięki czemu mogłam go zobaczyć.
Chiron dorasta w jednej z niebezpieczniejszych dzielnic Miami i stara się znaleźć swoje miejsce w świecie. Handel narkotykami na ich osiedlu kontroluje Juan (Mahershala Ali), który staje się swego rodzaju zastępczym ojcem Chirona. Czysty i widny dom, w którym Juan mieszka ze swoją dziewczyną Teresą (Janelle Monáe) staje się dla chłopca oazą stabilności, miejscem gorących posiłków, świeżej pościeli i swobodnych rozmów. 
Najważniejsze pytanie brzmi: czy Moonlight zasłużył na Oscara? Moim zdaniem tak! Jednym z argumentów dlaczego, jest na pewno fakt, że to taki nieoczywisty wybór, przez samą tematykę, a na dodatek to nie jest typowy amerykański film, chwilami przypominający nawet europejskie kino niezależne. Gdyby nie ta nagroda wiele osób mogłoby w ogóle nie zwrócić uwagi na ten tytuł. A to naprawdę przepiękny film, który oglądałam z ciągłym zaciekawieniem i wieloma momentami zachwytu. Bo trudno nie zauważyć cudownych ujęć, montażu, świadomego używania palety barw, zmieniającej się w zależności od wieku głównego bohatera. Scenariusz opiera się na trzech okresach życia Chirona: dzieciństwa, wieku młodzieńczego i dorosłości. Za każdym razem ten urywek pozwala nam zagłębić się w charakter chłopaka, jego wątpliwości, podejmowane decyzje oraz to, jak jego otoczenie wpływało na obrany kierunek w życiu. Duże brawa należą się tutaj trójce aktorów, którzy grali tę samą postać na przestrzeni lat. Mimo różnic w wyglądzie utrzymywali tę specyficzną aurę zagubienia małomównego Chirona. Cały drugi plan również nie pozostaje w tyle. Na dodatek sam scenariusz napisany jest perfekcyjnie, dzięki czemu sceny przegadane, dziejące się w jednym miejscu między dwójką aktorów łapią widza za gębę i trzymają do samego końca. Polecam!

Moja ocena: 8/10

Rocky Horror Picture Show (1975)

Pierwszy raz o filmie Rocky Horror Picture Show usłyszałam dzięki serialowi Glee, w którym licealiści wystawiali ten musical na swojej scenie. Już wtedy wydał mi się ciekawym zjawiskiem, a ponadto doczytałam się o jego fenomenie, ogromnej ilości fanów, więc musiałam zobaczyć!
"Rocky Horror Picture Show" to niesamowita mieszanka komedii, horroru i musicalu. Do tajemniczego zamku zamieszkiwanego przez groźnego doktora Frank-N-Furtera (Tim Curry) pewnej nocy trafiają Janet (Susan Sarandon) i Brad (Barry Bostwick), którym zepsuł się samochód. Para ta stanie się świadkiem stworzenia przez doktora idealnego kochanka Rocky'ego Horrora (Peter Hinwood).
To na pewno nie jest film dla każdego. Najlepiej podejść do niego przygotowanym na to, co przed nami. A tam naprawdę pokręcona historia, na temat ludzi wyzwolonych, a także takich, którzy dopiero pozwolą sobie na odnalezienie własnej seksualności, którzy zaakceptują swoje ukryte żądze i pokażą je światu. To wszystko podane w konwencji taniego kina klasy B, z rażącymi efektami komputerowymi, z przegranymi rolami aktorskimi i sytuacjami, które wymyślane musiały być pod wpływem jakichś substancji wyskokowych. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że sama bawiłam się na nim bardzo przednio. Kiedy zaakceptuje się taką, przyjętą przez reżysera formę, pozostaje nam czysta rozrywka. Trudno tutaj nie wspomnieć o genialnej kreacji aktorskiej Tima Curry'ego, który w roli kosmicznego transwestyty, ma taką masę charyzmy, że trudno nie oddać mu serca. Oprócz tego, że film bawi, w tak osobliwy sposób, czasami dość brutalny, to jest to musical, z wieloma kultowymi piosenkami. Ja uwielbiam wiele z nich! Żałuję tylko tego, że nigdy nie uda mi się być na takim pokazie, które do tej pory urządzane są w Stanach Zjednoczonych, na których widzowie przebierają się za postaci z filmu i razem z nimi śpiewają, dialogują i ogólnie dobrze się bawią :) Polecam, ale tylko osobom przygotowanym na trochę inny rodzaj rozrywki !

Moja ocena: 8/10


A Wy co w tym miesiącu widzieliście?

Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka