poniedziałek, 24 lipca 2017

Sporo tytułów do nadrobienia, czyli moja serialowa lista must-see

W kalifornijskim San Diego trwa w najlepsze Comic Con, czyli jeden z najbardziej popularnych konwentów dla fanów komiksów, kina, seriali i wszystkiego związanego z fantastyką. Można się zastanawiać co obchodzi to nas, Polaków, mieszkających po drugiej stronie globu. Otóż sporo, bo to tam mają miejsce wszelkie spotkania z twórcami, więc dochodzą do nas najświeższe newsy, a także to, na co wszyscy najbardziej czekają, czyli zwiastuny nadchodzących produkcji. Wczoraj zobaczyłam między innymi zapowiedź drugiego sezonu Stranger Things i po prostu nie mogę się już doczekać premiery! 
Na fali tej ekscytacji stwierdziłam, że zrobię małą listę seriali, które wciąż mam do obejrzenia (a oczywiście brakuje mi na nie czasu). Przejdźmy więc do meritum.

1. Twin Peaks (1990-1991)

źródło
Tutaj mój największy wstyd serialowy. Tak, nie widziałam kultowego Twin Peaks! Najgorsze jest to, że każdy kto widział bardzo go wychwala, a ja wciąż nie mogę nic na jego temat powiedzieć. Na dodatek większość uważa go za najlepszy serial, który kiedykolwiek powstał. Cóż, trudno się dziwić, w końcu reżyserował to David Lynch, a po nim można się spodziewać czegoś naprawdę pokręconego, ale równocześnie wciągającego. Koniecznie muszę nadrobić, szczególnie że niedawno pojawił się nowy sezon, ciekawe jak się on ma do klasycznej wersji z lat 90tych.

2. Feud (2017-)

źródło
Od obejrzenia przeze mnie cudownego filmu Co się zdarzyło Baby Jane? minęło już jakieś pięć lat. Jednak wspomnienia niektórych scen wciąż zostały żywe w pamięci. To był naprawdę bardzo dobry film, a wiele zawdzięczał genialnym kreacjom aktorskim. I Bettie Davis, i Joan Crawford stanęły na wysokości zadania i zagrały po mistrzowsku. Nie mogłabym więc sobie wybaczyć, gdybym nie zobaczyła Feud, ośmioodcinkowego serialu, który opowiada o konflikcie tych dwóch aktorek podczas kręcenia filmu. Twórcą jest Ryan Murphy, główne role dostały się Jessice Lange i Susan Sarandon - lepszego wyboru chyba nie było. Muszę nadrobić.

3. Anne (2017-)

źródło
Odkąd zobaczyłam pierwszy zwiastun przebierałam nóżkami z niecierpliwością. Ania z Zielonego Wzgórza to spora część mojego nastoletniego życia, pamiętam że z przyjemnością zaczytywałam się w kolejnych przygodach Ani Shirley. Uwielbiam też filmy z Megan Follows w roli tytułowej, które również lata temu oglądałam wiele razy. Podobno ta serialowa wersja trochę się różni od pierwowzoru i jest jakby bardziej mroczna, ale mnie to nie powinno przeszkadzać. Zresztą, seriale, które wypuszcza Netflix zazwyczaj dają radę. Muszę czym prędzej nadrobić, szczególnie że odcinków na razie jest niewiele.

4. The Crown (2016)

źródło
O tym serialu zrobiło się bardzo głośno zaraz po emisji, a każdy kto się na jego temat wypowiadał to wychwalał. Fabuła skupia się wokół życia królowej Elżbiety II od śmierci jej ojca do czasów obecnych. Nie jest to okres historyczny, który specjalnie mnie interesuje, ale naprawdę ciężko przejść obojętnie wokół tych pochwalnych recenzji i wygranych nagród (m.in. Złoty Glob i Satelita). Na dodatek to kolejny krótki serial, ma jedynie dziesięć odcinków, więc nadrabianie nie powinno zająć sporo czasu.

5. The Handmaid's Tale (2017-)

źródło
Kolejny świeży, głośny tytuł wśród serialowych nowości. Powstał na podstawie powieści napisanej przez Margaret Atwood o tej samej nazwie. Antyutopia, której historia skupiona jest na kobiecej części społeczeństwa - podobno mocna rzecz. W głównych rolach zobaczymy m.in. Elizabeth Moss czy Josepha Finnesa., czyli kolejne głośne nazwiska na małym ekranie. Mam tylko jeden problem. Bardzo chciałabym najpierw poznać książkowy pierwowzór, więc zapewne oglądanie jeszcze trochę poczeka.

6. Legion (2017-)

źródło
Doszłam do etapu, w którym zwykłe filmy superbohaterskie mnie nudzą. Kiedyś mogłam się zachwycać tysięczną częścią Avengersów czy X-menów, ale teraz zazwyczaj potrzebuję czegoś więcej, pewnej dozy oryginalności, takiego podjęcia ryzyka przez twórców. Może dlatego nie mogłam się wkręcić w serialowego Daredevila, bo chociaż porządnie zrobiony, to wciąż taka typowa superhero produkcja? Ale bez obaw, bo z pomocą przychodzi mi Legion, czyli serial, który już w zwiastunie prezentuje to inne podejście do tematu. Do tego dorzućmy sporo dobrych recenzji i mam kolejny serial na liście do nadrobienia!

źródło
Założyłam sobie, że stworzę listę pięciu tytułów (dobra, wyszło sześć), a wciąż sporo innych produkcji tłucze mi się gdzieś z tyłu głowy. Bo przecież mam do obejrzenia rozpoczęte już House of cards (utknęłam w drugim sezonie) i Orange is the new black (tutaj został mi najnowszy sezon). A oprócz tego? Chciałabym w końcu zobaczyć o co tyle szumu z Breaking Bad (ale to ma tyyyyle odcinków), zobaczyć świeżutkie, pełne gwiazd Big Little Lies, dobrze się bawić przy ekranizacji A Series of Unfortunate Events, sprawdzić czy dam się wciągnąć, tak jak rzesze fanów w Doctor Who (tylko tam też mnóstwo nadrabiania) i może dla rozrywki obejrzeć w końcu Jane the Virgin. Tylko skąd na to znaleźć czas?

A Wy co oglądacie, a co chcielibyście nadrobić? Czekam na komentarze, może poszerzę jeszcze swoją listę ;)



czwartek, 20 lipca 2017

„Amerykańscy bogowie”, czyli wyobraźcie sobie, że bóstwa (zapomniane i współczesne) żyją wśród nas

Zapewne każdy z nas kojarzy któryś z tych typów. Starsza pani, siedząca przy stoliku z talią kart bądź namiętnie wpatrująca się w fusy, wyczytująca z nich naszą przyszłość. Zatwardziały, starszy palacz, pracujący w pobliskiej rzeźni, którego narzędziem zbrodni jest specjalny pistolet do zabijania świń. Bądź też rozwydrzony hulaka, którego można spotkać co tydzień w tym samym pubie, popijającego piwko i szukającego okazji do bójki. Kojarzymy? No to teraz wyobraźcie sobie, że to nie są tacy zwykli ludzie. Ale skoro nie zwykli ludzie, to kto? Ha, no właśnie:
Chyba nietrudno się domyślić dlaczego zainteresował mnie właśnie ten serial amerykańskiej stacji Starz. Neil Gaiman to jeden z moich ulubionych autorów i zdecydowanie ten, którego książki dość dokładnie udało mi się poznać (chociaż na szczęście dawkuję sobie tę twórczość i trochę jeszcze mi zostało). Amerykańscy bogowie to właśnie ten tytuł, który przyniósł mu ogólnoświatową sławę i uwielbienie milionów fanów. Przyznaję, że to nie jest moja ulubiona książka, która wyszła spod jego pióra, trudno jednak nie docenić jej treści. Nareszcie też docenili ją serialowi twórcy zza oceanu i dostaliśmy porządną ekranizację tej powieści. 
Ale z czym mamy tutaj do czynienia? Główny bohater, Cień, odlicza już swoje ostatnie godziny w więzieniu, kiedy dowiaduje się, że jego żona zginęła w wypadku samochodowym. Mężczyzna jest w niemałym szoku, szczególnie że na światło dzienne wychodzi również domniemany romans jego małżonki. Zagubiony, z mętlikiem w głowie, spotyka na swojej drodze tajemniczego jegomościa (który przedstawia się bieżącym dniem tygodnia) - Pana Wednesday'a. Cień otrzymuje od niego propozycję pracy, która zmieni cały jego dotychczasowy światopogląd.
Twórcami serialu są ludzie odpowiedzialni za udaną produkcję, która zyskała niemałą sławę także u nas - Hannibala (2013-2015). Przyznaję, że sama miałam w planach nadrobić ten tytuł, ale na razie wciąż mi z tym serialem nie po drodze. Jednak już po pierwszym odcinku American gods widać, że twórcy widoku krwi się nie boją, a nawet znajdują w nim pewną wartość estetyczną. Dlatego nie bądźcie zdziwieni kiedy zobaczycie niemal deszcze posoki i eksplodujące ciała - taką sobie wybrali konwencję. To prawda, że prezentowało się to ładnie, jednak momentami czułam, że techniczni przesadzają z ilością slow-motion. Po obejrzeniu całego sezonu trudno jednak nie pochwalić strony technicznej, która jest na wysokim poziomie (chociaż w bardzo osobliwym klimacie). Zdjęcia i montaż dają radę, a trudno pominąć też świetne wybory tła muzycznego.
Najsilniejszą stronę serial prezentuje jednak w warstwie aktorskiej. Goście od castingu spisali się po prostu na medal i dostaliśmy mnóstwo cudownych postaci, niemal żywcem wyjętych z kart książki. Prym oczywiście wiedzie tutaj Ian McShane, który gra pana Wednesday'a. Ma taką ilość charyzmy, że jak tylko pojawia się na ekranie to kradnie całą uwagę widza. Jest po prostu bezbłędny. Dobrze wypada także Ricky Whittle w roli Cienia - początkowo wydawał mi się sztywny i taki nieobecny, ale później przypomniałam sobie, że taki właśnie był bohater książki. I prawdą jest, że idealnie oddał charakter stworzony przez Gaimana. Cały drugi plan również robi wrażenie: Emily Browning świetnie zagrała charakterną Laurę, a Pablo Schreiber to wymarzony leprechaun. A to nie koniec, bo genialnie prezentują się także wszystkie epizodyczne role różnych bogów. Każdy z nich zapada w pamięć i jest obsadzony po prostu idealnie, od grubiańskiego Czernoboga (Peter Stormare) po słodką Wielkanoc (Kristin Chenoweth).
Jestem zachwycona, że postanowiono Amerykańskich bogów stworzyć właśnie w formie serialowej. Niezaprzeczalny jest fakt, że w ostatnich latach mały ekran wcale nie odbiega poziomem od tego, co zobaczymy w kinie, a jednocześnie twórcy nie muszą się nigdzie spieszyć. I w tym serialu zdecydowanie wrzucili sobie na luz. To prawda, że przez to niektóre momenty zdają się trochę niepotrzebne i mogą wybijać z głównej akcji bądź po prostu przynudzać, ale fani mogą być zadowoleni - dostaną więcej materiału. Osią fabuły jest podróż Cienia i pana Wednesday'a przez Amerykę w poszukiwaniu starych bogów, ale dostaniemy odcinki, w których ich historia nie ruszy się do przodu ani na milimetr. Będzie za to retrospekcja z życia Laury Moon, a także kostiumowy odcinek (piękny!) na temat przeszłości Szalonego Sweeney'a. Natomiast warto też wspomnieć, że każdy epizod rozpoczyna krótka wstawka na temat jakiegoś przeszłego wierzenia. Niektóre z nich były genialne, inne tylko w porządku, ale to na pewno ciekawy pomysł.
Ten serial to taka mieszanka wybuchowa. Bo przede wszystkim to fantastyka, ale będzie też trochę wstawek historycznych, czysto kostiumowych, będzie miejsce na romans (a nawet więcej niż jeden) czy trochę czarnej komedii. A kto czytał książkę ten wie, że pojawi się też wątek kryminalnej zagadki, której serialowego rozwiązania nie mogę się doczekać. 
Amerykańscy bogowie sławę zyskali dzięki intrygującej tematyce. Starcie dawnych, zapomnianych już przez większość wierzeń z naszą nową „wiarą”, czyli nowoczesnymi zastępnikami religii, jak technologia czy kino. W książce sprawdziło się to bardzo dobrze i serial także jest na odpowiedniej drodze do sukcesu. Dla mnie, jako laika, ciekawym doświadczeniem było poznawanie kolejnych starych wierzeń, szczególnie że o większości naprawdę nie miałam zielonego pojęcia.

Warto też wspomnieć, że serial przeznaczony jest dla widzów dorosłych. Oprócz wulgarnego języka, brutalności i mnóstwa krwi będzie też trochę golizny, więc ostrzegam.

I polecam. Chociaż proponuję najpierw zapoznać się z książką ;)

Ktoś z Was widział? Ktoś jest zainteresowany?

niedziela, 16 lipca 2017

Przygodowa fabuła z magiczną, poetycką otoczką - „Lśnij, morze Edenu” Andrés Ibáñez

Na początku zaznaczam, że m.in. tę książkę możecie wygrać w konkursie - wystarczy się zgłosić i mieć szczęście w losowaniu. Zapraszam serdecznie TUTAJ.


*Lśnij, morze Edenu*
Andrés Ibáñez

*Język oryginalny:* hiszpański
*Tytuł oryginału:* Brilla, mar del Edén
*Gatunek:* literatura piękna
*Forma:* powieść
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 816
*Wydawnictwo:* REBIS
Najchętniej bym ją przytulił i prosił, błagał, by mnie pokochała, by dała mi trochę miłości, choćby tylko odrobinę. Tyle że nie da się nikogo prosić o miłość, akurat o miłość się nie da. Można prosić o cokolwiek: o pieniądze, jedzenie, dom, opiekę, o życie albo nawet o śmierć, ale nie można prosić o miłość, bez względu na to, jak bardzo się jej potrzebuje.
*Krótko o fabule:*
Lecący z Los Angeles do Singapuru samolot pasażerski rozbija się pośrodku Pacyfiku, a dziewięćdziesięcioro pozostałych przy życiu rozbitków trafia na z pozoru bezludną rajską wyspę, gdzie na pozbawionych kontaktu ze światem zewnętrznym nieszczęśników czyhają najprzeróżniejsze tajemnicze niebezpieczeństwa. Wśród ocalałych są przedstawiciele różnych narodów, zawodów i stanów. Narratorem opowieści jest hiszpański kompozytor Juan Barbarín, zamieszkały w Stanach Zjednoczonych miłośnik muzyki romantycznej i kobiet. Autor w mistrzowski sposób snuje opowieść o świecie pogrążonym w kryzysie i proponuje nową ścieżkę, która rodzi się z muzyki i milczenia.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
Pierwsze spojrzenie na książkę wystarczyło, żebym zainteresowała się tym tytułem. Pomijając już przyciągającą wzrok grafikę, informacja od wydawcy, że to będzie taki miks Burzy Szekspira, Władcy much Goldinga i serialu Zagubieni sprawiła, że zapragnęłam ją przeczytać. Może mam tak jak autor, Andrés Ibáñez, że bezludne wyspy po prostu mnie fascynują, bo każdy z tamtych tytułów wywoływał we mnie spore emocje. Bo gdzie najlepiej poznać tajniki ludzkiego zachowania niż w sytuacjach kryzysowych, kiedy człowiek zostaje wyrwany ze swojej strefy komfortu i przeniesiony z grupą przeróżnych charakterów w swoistą dżunglę, gdzie czai się mnóstwo tajemnic? 
Andrés Ibáñez urodził się w Madrycie, w 1961. Jest poetą, pisarzem (napisał swoją wersję Don Kichota, kiedy miał pięć lat!), pianistą jazzowym. Podczas pobytu w Nowym Jorku tworzył również sztuki teatralne. Uwielbia opowieści o bezludnych wyspach. Uważa, że książki nie służą do uczenia nas, a raczej do doświadczania czegoś, przeżywania.
Muszę przyznać, że mnie udało się przeżyć taką przygodę podczas czytania Lśnij, morze Edenu. To prawdziwa cegiełka, a ja przez cały okres czytania czułam się trochę jak w rollercoasterze. Były momenty, w których powieść trzymała w garści całą uwagę, kiedy po prostu spijałam każde słowo napisane przez Ibáñeza. Ale znalazły się też fragmenty lekko irytujące bądź przegadane i rozwleczone. Po wszystkim mogę jednak oświadczyć - warto się z nią zapoznać.
Rozpocznę może od tej gorszej strony książki. Tak, bywa ona chwilami przeciągnięta, szczególnie jest to zauważalne w drugiej części powieści. Wydaje mi się, że autor momentami przeszarżował z tą metafizyką, nawiązaniami do mistycyzmu i religii Dalekiego Wschodu. Wiem, że to był jego wybór, żeby ukazać właśnie tę ideologię i zgadzam się z tym, że pasuje ona do fabuły, ale sposób w którym podaje nam pewne rozwiązania był moim zdaniem przesadzony. Trudno też nie wspomnieć o bardzo dosadnym „inspirowaniu się” wymienionymi na okładce tytułami. Chwilami można odnieść wrażenie, że autor wręcz plagiatuje znane nam historie.
Po tym akapicie można wnosić, że książka nie przypadła mi do gustu, a jest wręcz przeciwnie. Uważam, że to wspaniała lektura, która nie uchowała się przed kilkoma wadami, ale przy tej objętości jak najbardziej to wybaczam. Szczególnie, że tak wiele stron nadrobiło te wpadki z nawiązką, angażując mnie tak bardzo w tę historię. W tym miejscu wypada usprawiedliwić trochę jedną z wad, czyli to plagiatowanie. Na początku można odnieść takie wrażenie, szczególnie w kontekście serialu Zagubieni. Wśród bohaterów mamy m.in. Wade'a, który odkąd przybył na wyspę odzyskał czucie w nogach. Brzmi znajomo? A to nie wszystko, bo w Lśnij, morze Edenu znajdziemy mnóstwo sytuacji niemal żywcem wyjętych z serialu. Okazuje się, że autor nie tylko się inspirował, a raczej czerpał ze znanych nam tytułów, podebrał bohaterów i wrzucił ich później do jednego wielkiego wora, jakim jest ta wyspa. Wyspa, będąca niejako również bohaterem powieści, prawie-żywym organizmem, który jednym daje, drugim odbiera, a przede wszystkim daje szansę. Szansę na poprawę, na znalezienie prawdziwego znaczenia szczęścia oraz tego, co nas napędza i sprawia, że chce się żyć.
źródło
W kwestii bohaterów mamy więc tutaj całą gamę przeróżnych charakterów. Wielu z nich możemy kojarzyć z popkultury, jak bohaterowie serialu Zagubieni czy doktor Manhattan z komiksu Strażnicy, ale spotkamy również takich, którzy są postaciami historycznymi, jak Anton Bruckner (austriacki kompozytor) czy Shōkō Asahara (założyciel sekty religijnej Aum Shinrikyō). Naszym narratorem natomiast będzie Juan Barbarin, hiszpański kompozytor, miłośnik muzyki romantycznej i kobiet. Jest to wspaniały przewodnik po świecie przedstawionym, człowiek, który szybko nawiązuje kontakty, często słucha życiowych historii rozbitków i bierze udział we wszystkich ważnych wydarzeniach. Finalnie okazuje się bardzo ważny w kontekście prób wydostania się z wyspy. 
Trudno jest tutaj opowiedzieć o wszystkich bohaterach, ponieważ jest ich naprawdę cała masa. Warto jednak wspomnieć, że pojawia się kilka takich długich rozdziałów-opowiadań, dotyczących przeszłości poszczególnych postaci. I to były naprawdę świetne, niesamowicie wciągające historie. Nawet nie wiem, która zrobiła na mnie największe wrażenie, ale postawię na tę, dotyczącą Meksykanki - Xóchitl. Poruszająca, zaskakująca i przepełniona akcją. 
Książka jednak zapadnie mi w pamięci przede wszystkim ze względu na magiczny styl autora. Niektórzy mogą stwierdzić, że to podchodzi już pod grafomanię i czyste lanie wody, a ja powiem: geniusz. To właśnie dzięki temu jak książka została napisana mogłam się przenieść na wyspę i przeżywać rozterki każdego z bohaterów. A nawet był to taki impuls do zastanowienia się nad tym, co otacza i mnie. Nad tym, co wyspa mogłaby zrobić z moim życiem - dałaby coś czy odebrała? 
Nigdy bym nie pomyślała, że opis jakiejś postaci na dwie strony może tak mnie zafascynować. Ale to jak autor wymieniał elementy charakteru Christiny spijałam z zachwytem, mimo tego, że były to bardzo przyziemne informacje (fragment zaczyna się od „Christina bardzo lubiła kwiaty i kolorowe przedmioty ze szkła, urocze drobiazgi, figurki, portmonetki... Lubiła też słodycze, nie tylko typowe madryckie fiołki czy żelki, lecz także lizaki Chupa Chups i inne.”, str.251). W takich momentach stwierdzałam z czystym sumieniem, że mam do czynienia ze swoistym pisarzem-czarodziejem.
Jeżeli już wspomniałam postać Christiny to muszę pochwalić wątek miłosny. Z założenia miał to być kolejny z wielu wątków, a stał się niemal główną osią fabuły. To prawda, że pojawia się w treści dość sporadycznie, ale to jakby on jest motorem napędowym poczynań głównego bohatera i prowadzi do wielkiego finału. A rozpisany jest zgrabnie i wiarygodnie, z nutką dramatyzmu, która porwała moje serce, a zarazem bez zbędnego sentymentalizmu.
Zazwyczaj nie skupiam się na elementach estetycznych, ale w tym przypadku trudno przejść obojętnie obok okładki książki, którą narysował sam autor. Idealnie koresponduje z treścią powieści. Jeżeli więc patrząc na nią macie wrażenie, że to jakiś dziwaczny zlepek różnych postaci, to możecie być pewni, że właśnie to otrzymacie w środku. Oprócz postaci z Zagubionych, spogląda z niej także Anton Bruckner, doktor Manhattan, Shōkō Asahara i Robert Bolano. Na pierwszym planie natomiast ważna część historii czyli kobieta, jak ją Bóg stworzył. Tak, w książce sporo jest erotyzmu, w końcu nasz główny bohater kobiety uwielbia i podziwia ich piękno. Zresztą lektura w ogóle przeznaczona jest dla osób dorosłych (zachowania mieszkańców wyspy są pełne bestialskiej brutalności).
Kończąc, mogę tylko powiedzieć, że Lśnij, morze Edenu to na pewno powieść, którą będę pamiętać na długo. Ta hiszpańska eksplozja okazała się wspaniałą przygodą, a Ibáñez osiągnął swój cel i stworzył pełnoprawną fabułę połączoną z otoczką poezji. Mimo kilku rozwleczonych momentów, uważam że warto się z nią zapoznać. A ja dzięki autorowi zasłuchuję się w Brucknerze i szukam książek autorstwa Bolano!

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu REBIS.

Wywiad z autorem

sobota, 8 lipca 2017

Odpowiedzialność za losy świata leży na Twoich barkach - „Wrota obelisków” N.K. Jemisin



*Wrota obelisków*
N.K. Jemisin

*Język oryginalny:* angielski
*Tytuł oryginału:* The Obelisk Gate
*Gatunek:* fantasy
*Forma:* powieść
*Cykl:* część #2 Pęknięta Ziemia
*Rok pierwszego wydania:* 2017
*Liczba stron:* 432
*Wydawnictwo:* SQN Imaginatio
To zadziwiająco ożywcze uczucie. Być osądzanym na podstawie tego, co robisz, a nie tego, czym jesteś.
*Krótko o fabule:*
Tak właśnie kończy się świat – po raz ostatni.
Nastaje Sezon, a ludzkość pogrąża się w długiej, zimnej nocy.
Essun – kiedyś opiekuńcza matka, obecnie mścicielka – znalazła schronienie, nie zdołała jednak odszukać córki. Spotyka dziesięciopierściennika Alabastra, który ma do niej prośbę. Jeśli Essun ją spełni, los Bezruchu zostanie przypieczętowany na zawsze. Daleko stamtąd jej córka, Nassun, rośnie w siłę, a jej wybory mogą doprowadzić do rozerwania świata.
- opis wydawcy

*Moja ocena:*
 W grudniu zachwycałam się pierwszym tomem trylogii Pękniętej Ziemi - Piątą porą roku, która została laureatką m.in. nagrody Hugo. Była to właśnie jedna z tych książek, której kontynuacji wypatrywałam z niecierpliwością i na którą rzuciłam się od razu, kiedy dostałam ją w swoje ręce. Po skończonej lekturze zadałam sobie pytanie: czy sprostała moim wymaganiom, po świetnym pierwszym tomie? Odpowiedź brzmi - oczywiście, że tak!
Zazwyczaj przy kontynuacjach powoli wkraczam z powrotem w świat przedstawiony, przypominam sobie bohaterów, koneksje między postaciami, wydarzenia z poprzednich tomów. Tym razem było inaczej - już od pierwszych stron poczułam się jak w domu. Znowu duża w tym zasługa drugoosobowej narracji, która tak świetnie się sprawdza w przypadku tej serii. Szczególnie, że po Piątej porze roku jesteśmy już świadomi kto opowiada nam tę historię, do kogo się zwraca i kim jest. Tym razem postać tego narratora zostanie trochę rozwinięta, a my dowiemy się trochę więcej na temat jego przyszłych planów związanych z Essun.
Właśnie - Essun. To naprawdę cudowna główna bohaterka. Jej przeszłość dość precyzyjnie przedstawił nam pierwszy tom, więc we Wrotach obelisków mamy do czynienia z w pełni wykreowaną postacią. Na dodatek tak oryginalną! Tak, to znowu bohaterka z silną, kobiecą osobowością, ale w tak różnym rodzaju od reszty występujących w fantastyce/dystopiach. Przede wszystkim różni ją wiek - Essun to ponad czterdziestoletnia, dojrzała kobieta. Do swoich celów podchodzi też trochę inaczej, bo nie porywa się z motyką na księżyc, a stara się analizować, uczyć, zrozumieć otoczenie. A wspólnotę, w której się znalazła zaczyna traktować jako swój nowy dom, którego mieszkańców chce uchronić przed efektami Piątej pory roku. Najbardziej jednak zależy jej na znalezieniu swojej córki, Nassun. I w tym miejscu należy wspomnieć o tym, że narracja jest dwutorowa - z jednej strony poznajemy dalsze losy Essun we wspólnocie, a z drugiej dowiemy się co stało się z jej córką, po rozpoczęciu Piątej pory roku.
źródło
Siłą rzeczy akcja książki też jest trochę podzielona. Wydarzenia we wspólnocie nie są przepełnione akcją - to raczej opisy zmieniającego się świata, pojawiających się w związku z tym problemów i tego, jak sobie z różnymi nowościami poradzić. Wiele zatem będzie rozmów z przywódczynią wspólnoty czy poznania funkcjonowania tego społeczeństwa. Jednak najciekawszym wątkiem w tej części książki okazał się ten dotyczący Alabastra i historii obelisków. Nie wiem dlaczego, ale po przeczytaniu drugiej części mam mocne skojarzenia z animowaną Atlantydą (te unoszące się obeliski, działające trochę za pomocą mocy; świat działający po kataklizmie; kobieta, zdolna połączyć się z ogromnymi kamieniami). I cóż, jestem bardzo ciekawa jak te wątki się rozwiną w kolejnej części, bo spodziewam się, że zajmą sporą jej część.
Druga część to historia Nassun, w której akcji jest już trochę więcej. Szczególnie, że dziewczyna wpada w dość interesujące towarzystwo. W tych segmentach uda nam się bliżej poznać charakter nastolatki, przejdziemy z nią przez szkolenie, a także, dzięki jej wątkowi, dokładniej poznamy  intrygujące postacie Stróżów. Bardzo podobało mi się wspominanie momentów, w których Essun uczyła swoją córkę górotwórstwa, ukrywając się z tym przed mieszkańcami Yumenes, a przede wszystkim przed własnym mężem - dzięki temu postacie nabrały jeszcze więcej kolorów.
Książka wzbudziła we mnie dość silne emocje. Jedna ze scen sprawiła, że łzy stanęły mi w oczach - a wszystko to opisane oszczędnym językiem, przynoszącym jednak sporą falę emocjonalną. W takich przypadkach muszę się zgodzić, że mniej znaczy więcej. Porusza także fakt, że nadal można zauważyć zainteresowanie autorki tematem dyskryminacji całych grup społecznych ze względów od nich niezależnych - cech, z którymi po prostu się rodzą. Ten wątek wciąż się pojawia, przedstawiany jest z różnych perspektyw, a czytelnika wciąż może zadziwiać brutalność niektórych względem górotworów.
Jedyne czego mi brakowało to tego efektu wow, jaki towarzyszył mi podczas czytania pierwszej części. Wiadomo, że coś takiego trudno przebić. Ale spokojnie, Jemisin nadal zaskakuje, tylko to już nie jest na taką samą skalę co w Piątej porze roku.
Trylogia Pękniętej Ziemi trzyma na razie poziom bardzo dobry. To na pewno książki, o których niełatwo będzie zapomnieć, tak oryginalne w mrowiu pozycji z gatunku. Nadal załamuje mnie jedno - dlaczego one tak szybko się kończą? Zdecydowanie chcę już trzeci tom! 

Moja ocena: 8+/10


  Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN.

niedziela, 2 lipca 2017

Pół roku 2017 minęło - małe podsumowanie

Jak wiecie nie robię miesięcznych podsumowań, ale zdecydowałam się skomentować minione półrocze. Już w styczniu stwierdziłam, że nie narzucę sobie żadnych celów czytelniczych (w zeszłym roku dobiłam do 52 książek i nadal jestem z siebie dumna). A wszystko to przez zmianę trybu mojego życia. Z cudownego studenckiego czasu przeszłam w tryb osoby pracującej i cóż, to wiele u mnie zmieniło. Wstawanie o 5:30, powroty do domu o 16:30 powodują, że z dnia nie zostaje mi zbyt wiele. Szczególnie dodając do tego moje hobby, na które poświęcam sporo czasu w sezonie (marzec-maj i październik-grudzień) i te nieszczęsne nadgodziny (bo firma się nie wyrabia).

Trochę żałuję, że kiedy już uda mi się usiąść wygodnie z książką, to jest to prawdopodobnie pozycja od wydawnictwa. Cóż, takie czytam w pierwszej kolejności. Na szczęście staram się coraz bardziej zastanawiać nad tym, co wybieram i zazwyczaj otrzymana lektura jest czystą przyjemnością. Jednak gdy zerkam w stronę mojej zagraconej biblioteczki robi mi się trochę przykro. Tyle tam dobroci jeszcze czeka na przeczytanie (może urlop uratuje je od zapomnienia?).


Książek, przeczytanych w tym roku, mam na koncie 20. Może nie jest to imponujący wynik, ale podliczyłam też łączną liczbę stron i wyszło mi 9348, czyli miesięczna średnia wychodzi na poziomie 1500 stron, co już moim zdaniem jest całkiem dobrym wynikiem.
W miarę dobrze idzie mi również wypełnianie swojego planu z TEGO wpisu. Nadrobiłam już Studnię Wstąpienia Brandona Sandersona (zaczęłam też Bohatera Wieków), Czas żniw Samanthy Shannon i Kasację Remigiusza Mroza.

Drugą sprawą jest liczba oglądanych filmów, która z roku na rok drastycznie maleje. Wydaje mi się, że po prostu coraz częściej stawiam czytanie nad oglądanie. A trzeba Wam wiedzieć, że wcześniej oglądałam filmy namiętnie, niemal po kilka dziennie. Trochę statystyki: w 2016 roku obejrzałam 127 pozycje, w 2015 było to 338, w 2014 natomiast 450! Na dzień dzisiejszy ta liczba wygląda o wiele, WIELE gorzej - to tylko 43 filmy. Chyba zdecyduje się zaprowadzić większą równowagę i zrezygnować z czasu czytelniczego na rzecz tego spędzonego na oglądanie filmów. Szczególnie, że coraz częściej wieczorem wiem, że nie mam zbyt wiele czasu, zanim zmorzy mnie sen, więc zamiast czegoś pełnometrażowego wybieram odcinek kolejnego serialu. Od teraz poświęcę więcej czasu filmom, a co za tym idzie - wróci regularnie magiel filmowy!
Jeżeli chodzi o wizyty w teatrze to jestem zadowolona z ich ilości, natomiast wciąż nie potrafię się zebrać do napisania jakiejś recenzji. Mam wrażenie, że są one mało interesujące dla czytelników, ponieważ większość przedstawień ma miejsce we Wrocławiu. Zbierałam się do napisania paru słów o tegorocznym Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, w ramach którego obejrzałam dyplom Akademii Teatralnej z Warszawy - Pibloktoq, z piosenkami Marii Peszek w roli głównej (polecam!). Widziałam też spektakl Kochanie, zabiłam nasze koty, w reżyserii Cezarego Studniaka, na podstawie książki Doroty Masłowskiej i drugi etap konkursu głównego PPA. Oprócz tego udało mi się obejrzeć kilka mniej głośnych przedstawień, jak Las Angeliki Pytel czy Medee. O przekraczaniu. Byłam też w Teatrze Polskim, oczywiście byłam ciekawa jak będzie działał po zmianach. Po Mirandolinie mogę stwierdzić tylko tyle, że nie działa. W zeszłym tygodniu udało mi się zawędrować na festiwal Matla w Poznaniu i obejrzeć Historie Bałkańskie - takie cztery krótkie spektakle w ramach Sceny Debiutów. Widzicie więc, że chadzam, ale rzadko piszę. Może się to też zmieni, na co liczę. O musicalu Wiedźmin, na który bilety dorwałam na styczeń przyszłego roku na pewno skrobnę kilka słów!

Muzycznie też za wiele się nie dzieje, a całą winę zwalam w tym przypadku na Spotify, które daje nam zbyt łatwy dostęp do utworów. Przez to nawet niczego nie wyszukuję, tylko klikam play, w którąś z polecanych mi playlist i zazwyczaj jestem zadowolona. Zazwyczaj są to klimaty indie, soul, blues, jazz i akustyczne składanki. Natomiast takim muzycznym wydarzeniem na pewno będzie Woodstock, na który w tym roku oczywiście znowu się wybieram.


To by było tyle, jeżeli chodzi o podsumowanie. Teraz pytanie do Was: może chcielibyście coś doradzić mi w kwestii blogowania? Czego powinnam robić więcej, a czego mniej? Myślę też nad zmianą nazwy i postaraniem się o porządne logo, ale to jeszcze się zobaczy. W każdym razie - czekam na komentarze! I podzielcie się koniecznie jak Wam minęło to półrocze!


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka