niedziela, 1 lutego 2026

Lektury końca 2025 roku – „Narodziny bohatera” Jin Yong, „Czarodziejska góra” Thomas Mann i „Empuzjon” Olga Tokarczuk

Krótkie podsumowanie trzech książek, które czytałam jeszcze w grudniu 2025 roku.

 

Narodziny bohatera
Jin Yong

Gatunek: fantastyka
Rok polskiego wydania: 1959
Liczba stron: 540
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kłamstwo ma krótkie nogi, nawet jeśli to nogi arystokraty.
 

Opis wydawcy

Po tym, jak jego ojciec – wierny dynastii Song patriota – zostaje zamordowany przez wysłanników cesarstwa Jin, Guo Jing wraz z matką uciekają na równiny, gdzie rządzi założyciel imperium mongolskiego Czyngis-chan, by u niego i jego ludu szukać schronienia. Pewnego dnia Guo Jing będzie musiał stawić czoło swojemu śmiertelnemu wrogowi podczas walki w Gospodzie Pijanego Nieśmiertelnego, ale zanim się to stanie pod opieką Czyngis-chana i Siedmiorga Bohaterów z Południa doskonali swoje umiejętności w sztukach walki. 


Moja recenzja

Narodziny bohatera to powieść, która znalazła się na liście stu najlepszych książek fantasy i uchodzi za klasykę chińskiej literatury fantastycznej. Autor publikował ją pierwotnie w formie odcinkowej na przestrzeni dwóch lat, co wyraźnie wpływa na konstrukcję fabuły i tempo narracji. 

Dla czytelnika przyzwyczajonego do klasycznego fantasy wejście w ten świat może okazać się trudne. To historia opowiedziana w zupełnie inny sposób — logika ciągu wydarzeń schodzi tu na dalszy plan, ustępując miejsca nieustannej akcji. Podobnie jak w filmach kung-fu, największy nacisk położony jest na sceny walki. Bohaterowie dysponują rozmaitymi umiejętnościami: jeden potrafi ukraść portfel, zanim zauważymy jego obecność, inny bez trudu poskromi najbardziej narowistego konia. Czytelnik zostaje wręcz zalany nazwami kolejnych „kroków” w tym tanecznym pojedynku wojowników. Postacie posługują się technikami o efektownych nazwach, takimi jak „sekretne ostrze pięciu palców” czy ruch „przeszukaj ocean, zetknij smoka”. Choć terminy te niewiele mówią same w sobie, skutecznie budują koloryt i atmosferę świata przedstawionego. 

Ciekawym zabiegiem jest również mieszanie faktów z fikcją. Akcja powieści rozgrywa się w XIII-wiecznych Chinach, a niektórzy bohaterowie mają swoje historyczne pierwowzory. Na uznanie zasługują przypisy, które pomagają zorientować się, które elementy narracji rzeczywiście czerpią z historii Chin. 

Nie ma co jednak ukrywać — początek lektury był dla mnie wymagający. Styl narracji momentami odrzucał, a uproszczone rozwiązania fabularne wywoływały raczej rozbawienie niż zaangażowanie. Z czasem jednak pozwoliłam sobie na zmianę nastawienia i zaakceptowałam fakt, że śmiech jest naturalną reakcją na tę historię. Gdy przestawiłam się na odbiór Narodzin bohatera jako rozrywki, książka zaczęła spełniać swoje zadanie. Sceny akcji są dynamiczne, naładowane wydarzeniami i skutecznie budują napięcie. 

Warto jednak przymknąć oko na liczne luki w prowadzeniu fabuły, która funkcjonuje według innych zasad niż te znane z zachodniego fantasy. Przykładowo, zdarza się, że dopiero w momencie śmierci bohatera dowiadujemy się o jego uczuciach wobec innej postaci. Brakuje wcześniejszych sygnałów, które naturalnie przygotowałyby czytelnika na takie wyznanie, przez co sprawia to wrażenie dopowiadania faktów post factum — jakby autor chciał w ostatniej chwili wzmocnić emocjonalny wydźwięk sceny. Podobnych fabularnych „fikołków” jest w powieści wiele. Dlatego, jeśli ktoś chce sięgnąć po tę klasykę, najlepiej zapomnieć o rygorystycznej logice i pozwolić sobie na swobodną, nieskrępowaną zabawę — tylko wtedy ta lektura naprawdę się sprawdza. 

Największym mankamentem pozostaje fakt, że jest to dopiero pierwszy tom dwunastoczęściowej serii, a akcja urywa się nagle, bez domknięcia kluczowych wątków. Zamiast konkluzji pojawiają się nowe, zaskakujące informacje, które mają zostać rozwinięte w kolejnych częściach. Na ten moment brak kontynuacji w polskim wydaniu, co sprawia, że dalsze losy bohaterów pozostają niewiadomą. Pozostaje więc poczucie dobrej, choć niedokończonej zabawy.


Czarodziejska góra
Thomas Mann

Gatunek: literatura piękna
Rok polskiego wydania: 1924
Liczba stron: 800
Wydawnictwo: Muza

Czasu w ogóle nie ma „właściwie”. Jeżeli komuś się dłuży, płynie wtedy powoli, jeżeli przeciwnie, to upływa prędko, ale przecież nikt nie wie, z jaką szybkością biegnie w rzeczywistości.
 

Opis wydawcy

Dwudziestotrzyletni Hans Castorp jedzie do Szwajcarii, by odwiedzić kuzyna, który przebywa na leczeniu w sanatorium "Berghof", położonym wysoko w górach. Pobyt zaplanowany na trzy tygodnie w rezultacie trwał siedem lat (siódemka miała dla Thomasa Manna znaczenie magiczne!). Przerwał go dopiero wybuch pierwszej wojny światowej. Świat zastany przez Castorpa "na górze", tak odległy od normalności i różny od tego na "nizinie", to po mistrzowsku sportretowane panopticum napotkanych tam ludzi, dla których czas - konstytutywny czynnik powieści! - upływa bez celu i bez refleksji. 


Moja recenzja

Czarodziejska góra Thomasa Manna to klasyka literatury, która przez kilka lat czekała na swoją kolej na mojej półce. Gdyby nie fakt, że wylosowałam ten tytuł do przeczytania, trudno powiedzieć, kiedy zdecydowałabym się sięgnąć po tę imponującą objętościowo powieść.

Początek historii jest wyjątkowo wciągający. Hans Castorp przybywa do sanatorium w górach, aby odwiedzić kuzyna, jednak po wstępnych badaniach decyduje się zostać tam na dłużej. Z dnia na dzień poznajemy mieszkańców sanatorium oraz panującą w nim rutynę: spacery, badania, wspólne posiłki, wykłady doktora, a także słynne „werandowanie”, gdzie kluczową umiejętnością okazuje się odpowiednie okrycie się kocem. Ten powtarzalny rytm buduje sugestywny obraz społeczności funkcjonującej w oderwaniu od świata „na dole”, jakby poza realnym czasem i prawdziwym życiem. Bohaterowie sprawiają wrażenie zgnuśniałych, pozbawionych woli działania i energii życiowej, a choroba staje się jakby wytłumaczeniem ich bierności.

Interesująco zarysowana jest relacja Hansa z Settembrinim. Choć Włoch stara się intelektualnie stymulować młodego Castorpa, ten podąża za nim raczej bezrefleksyjnie. Jednocześnie, gdy tylko nadarza się okazja, krytykuje Settembriniego za plecami i unika bezpośredniej konfrontacji. Ten marazm oraz brak zdecydowanych działań ze strony postaci tworzą intrygujące, gęste tło powieści. 

Czarodziejska góra obfituje w liczne wątki i daje się interpretować na wiele sposobów. Jednym z kluczowych tematów jest upływ czasu oraz jego subiektywne doświadczanie. Pojawiają się rozważania dotyczące sakralizacji choroby i śmierci, ale nie brakuje też lżejszych fragmentów — jak choćby tych poświęconych muzycznym fascynacjom bohatera przy okazji korzystania z nowego gramofonu. Szczególnie zapadł mi w pamięć znakomity rozdział poświęcony spirytyzmowi. 

Muszę jednak przyznać, że filozoficzne dyskusje prowadzone między Settembrinim a Naphtą bywały dla mnie wyczerpujące. Wracałam do ich dialogów kilkukrotnie, próbując utrzymać skupienie i w pełni uchwycić sens wymiany myśli. Ostatecznie doceniam tę lekturę, choć nie wszystkie jej znaczenia okazały się dla mnie w pełni czytelne — wiele z nich pozostaje ukrytych pod warstwą symboliki. 

Uważam jednak, że Czarodziejska góra to książka, po którą warto sięgnąć — nawet jeśli nie wszystko od razu stanie się jasne. To powieść, która zachęca do samodzielnych poszukiwań i własnych interpretacji.


Empuzjon
Olga Tokarczuk

Gatunek: literatura piękna
Rok polskiego wydania: 2022
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: Literackie

Każdy z nas jest potencjalnym wariatem, młodzieńcze. Norma to jest mrzonka. Każdy z nas siedzi okrakiem na granicy między własnym światem wewnętrznym a światem zewnętrznym i niebezpiecznie balansuje. To bardzo niewygodna pozycja i niewielu udaje się utrzymać równowagę.
 

Opis wydawcy

Wrzesień 1913 roku, uzdrowisko Görbersdorf (dzisiejsze Sokołowsko na Dolnym Śląsku). Właśnie tutaj, u podnóża gór, od przeszło pół wieku działa jedno z pierwszych na świecie i słynne w całej Europie specjalistyczne sanatorium leczące choroby „piersiowe i gardlane”. Mieczysław Wojnicz, student ze Lwowa, przyjeżdża do  uzdrowiska z nadzieją, że nowatorskie metody i krystalicznie czyste powietrze powstrzymają rozwój jego choroby, a może nawet całkowicie go uleczą. Diagnoza nie pozostawia jednak złudzeń – tuberculosis. Gruźlica. 


Moja recenzja

Po tę książkę sięgnęłam tuż przed końcem roku. Prozę Olgi Tokarczuk znałam dotąd jedynie z jednego tytułu – Dom dzienny, dom nocny – i nie miałam jeszcze wyrobionego zdania o jej literaturze. Empuzjon jest jej najnowszą powieścią, wydaną już po otrzymaniu Nagrody Nobla; kolejna książka ma ukazać się dopiero w tym roku. 

Co ciekawe, wybrałam Empuzjon wyłącznie ze względu na autorkę, nie znając opisu fabuły ani żadnych szczegółów dotyczących treści. Jakie było więc moje zdziwienie, gdy okazało się, że dostałam niejako powtórkę z Czarodziejskiej góry. Oto historia Mieczysława, który przyjeżdża ze Lwowa do uzdrowiska, by leczyć płuca. Znowu mamy grupę kuracjuszy, znowu ich rozmowy i dyskusje o stanie współczesnego świata. U Tokarczuk jednak wszystko jest bardziej tajemnicze, momentami wręcz mistyczne. Już sam opis na okładce zapowiada horror. Zagadkowe śmierci, które co roku mają miejsce w Sokołowsku, wiszą nad bohaterami niczym cień. Szybko okazuje się jednak, że prawdziwym horrorem mogą być nie tyle nadnaturalne potwory, ile sposób, w jaki ludzie traktują innych, gdy ich ego rozrasta się zbyt mocno

Muszę przyznać, że między Czarodziejską górą a Empuzjonem zdecydowanie bliższa jest mi książka Tokarczuk. To, że autorka – wychodząc od podobnych założeń co Mann – stworzyła dzieło zupełnie inne w wydźwięku mocno mnie zaintrygowało. Przede wszystkim jest to powieść wyraźnie feministyczna. Początkowo sądziłam, że będzie to jeden z moich zarzutów wobec książki: męscy bohaterowie wypowiadają się bowiem niemal wyłącznie w sposób pejoratywny i lekceważący o kobietach. Jednak w nocie od autorki Tokarczuk wymienia nazwiska myślicieli i pisarzy, których wypowiedzi o kobietach parafrazowała – wśród nich Darwina, Kerouaca czy Sartre’a. W ten sposób autorka komentuje kulturę, w której mizoginia była wpisana w jej podstawy.

Kobiety w powieści Tokarczuk pojawiają się na scenie sporadycznie; to mężczyźni są głównymi bohaterami. A jednak wszystko kręci się wokół płci pięknej. Są one obecne niczym oczy patrzące z mroku obrazu, który widzi Mieczysław – niepokojące, czujne, niemożliwe do zignorowania. Powraca tu również motyw kobiet jako czarownic: istot budzących lęk, niezrozumiałych, wymykających się męskiej potrzebie kontroli. 

Empuzjon to powieść, która nawiązuje do klasyki, ale nie pozostaje w jej cieniu. Horror w wykonaniu Tokarczuk okazuje się narzędziem do obnażenia lęków, uprzedzeń i mechanizmów władzy, a feministyczna perspektywa totalnie się tutaj sprawdza. 


sobota, 17 stycznia 2026

„Frankenstein” — książka Mary Shelley vs film Guillermo del Toro

Kiedy nowy film del Toro pojawił się na Netfliksie, postanowiłam najpierw sięgnąć po literacki pierwowzór. Świeżo po lekturze byłam mocno zaskoczona. Fabuła Frankensteina zawsze kojarzyła mi się z opowieścią o szalonym naukowcu, który przy pomocy piorunów, w zagraconym laboratorium tworzy potwora. Reszta historii jakoś ze mną nie zostawała. Okazuje się jednak, że w książce stworzenie monstrum to tylko krótki fragment, a to cała reszta fabuły gra w niej pierwsze skrzypce.

Powieść Mary Shelley, napisana przez zaledwie dwudziestoletnią autorkę, była już wielokrotnie adaptowana – zarówno na ekran, jak i na scenę teatralną. Fakt, że po ten materiał sięgnął Guillermo del Toro, nie dziwi więc ani trochę. Klasyka gotyckiej literatury w jego rękach wydaje się połączeniem idealnym.

Reżyser, jak na autora o wyrazistym stylu przystało, postanowił zostawić w tej ekranizacji wyraźny ślad siebie i na nowo przepisać historię stworzoną przez Shelley. Będąc świeżo po lekturze, byłam jednak tą nieznośną osobą, która co chwilę powtarzała mężowi: „w książce było inaczej”. Kiedy dodatkowo natknęłam się na opinie określające film jako „bardzo wierny oryginałowi”, poczułam lekką konsternację — bo coś tu wyraźnie się nie zgadzało. Dlatego dziś krótko o różnicach między książką a filmem oraz o tym, dlaczego to literacki Frankenstein jest mi znacznie bliższy.

UWAGA: SPOILERY.

Zacznijmy jednak od tego, za co Guillermo del Toro zdecydowanie zasługuje na pochwałę. Widać, że nie boi się ingerować w materiał źródłowy — jego Frankenstein nosi wyraźne, charakterystyczne cechy jego twórczości. Imponuje dbałość o detale: scenografia, kostiumy i rekwizyty tworzą dopracowany, gęsty wizualnie świat. Pod względem estetycznym film bywa wręcz zachwycający.

Wydaje się, że reżyser chciał opowiedzieć historię o znaczeniu rodzicielstwa i o tym, jak błędy jednego pokolenia rodzą kolejne. Aby dopasować fabułę do tej tezy, przepisano wiele wątków, a całość wzbogacono o dosłowną walkę Dobra ze Złem, zakończoną pełnym przebaczenia finałem. Dobro triumfuje, promienie słońca zalewają ekran — jest słodko. Zbyt słodko.

Różnice, które bolały najbardziej:

1. Wszechobecne podbijanie dramatyzmu

Dopiero po seansie uświadomiłam sobie, jak spokojna i powściągliwa jest powieść Shelley. Autorce udało się stworzyć wciągającą historię bez nadmiaru dramatycznych fajerwerków. U del Toro jest odwrotnie — wszystkiego musi być więcej i intensywniej. Młody Victor jest bity przez ojca, zazdrosny o brata, zakochany w jego narzeczonej i skrajnie nieczuły wobec stworzonego przez siebie bytu.

Podobnie scena konfrontacji potwora z rodziną, u której się ukrywał: w książce intymna i przełomowa, w filmie zamienia się w sekwencję akcji z atakiem przerośniętych wilków i brutalną śmiercią niewidomego starca. Zamiast cichego momentu załamania i utraty złudzeń dostajemy widowiskowy dramat, dodatkowo podbity patetycznymi ostatnimi słowami starca. Więcej emocji, więcej hałasu — pytanie tylko, czy rzeczywiście na tym zyskuje historia.

źródło

2. Brak szarości w budowaniu bohaterów

Film całkowicie zmienia dynamikę relacji między bohaterami. W powieści Victor Frankenstein dorastał w atmosferze miłości i bezpieczeństwa, a potwora porzucił z powodu jego odpychającego wyglądu. Stworzenie jest z natury dobre, lecz nieustanne odrzucenie i samotność prowadzą je do moralnego upadku. To opowieść o dwóch postaciach, które popełniają błędy — i ponoszą ich konsekwencje.

W ekranizacji potwór pozostaje ofiarą od początku do końca i nie popełnia żadnej zbrodni z pełną premedytacją. W efekcie jego rozwój zostaje spłycony, a przemiana właściwie nie zachodzi. Paradoksalnie większe współczucie wzbudził we mnie literacki potwór, który po tragicznych doświadczeniach rzeczywiście dopuścił się morderstwa, niż filmowy bohater działający wyłącznie w samoobronie.

3. Nadmiar romantycznych zawirowań

Wątek romantyczny w powieści istnieje, ale ma marginalne znaczenie. Victor i Elizabeth znają się od dzieciństwa, są sobie bliscy i ich związek wydaje się naturalnym etapem wspólnego życia. Film wykorzystuje ten element głównie po to, by dodatkowo zdemonizować Victora. Elizabeth zostaje narzeczoną jego brata, a sam Victor od początku prowadzi z nią grę flirtu.

Najbardziej problematyczne jest to, że zmiany te najwyraźniej miały „uratować” postać Elizabeth — nadać jej charakter, cięty język i niekonwencjonalne zainteresowania. Szczerze mówiąc, wolę prostą, jednoznacznie dobrą bohaterkę niż postać, która zakochuje się w potworze od pierwszego wejrzenia i prosi go, by porwał ją z własnego ślubu. Jeśli to miała być ciekawsza interpretacja, to w moim odczuciu — nieudana.

źródło


Podsumowanie

Historia Victora Frankensteina, który pochodzi z kochającej rodziny, lecz przez pychę i ambicję tworzy istotę, od której natychmiast się odwraca, wydaje mi się znacznie bardziej spójna i poruszająca. Nie zawsze podbijanie dramatyzmu działa na korzyść opowieści. Z tego względu nie polecam czytania powieści tuż przed seansem — można sobie w ten sposób skutecznie popsuć odbiór filmu. 

Del Toro po raz kolejny opowiada historię o „innym” — dziwnym, odrzuconym, ale dobrym stworzeniu, które zasługuje na współczucie. Robił to jednak już wcześniej — i, moim zdaniem, robił to lepiej. 

Najlepiej więc przyjmować ten film w oderwaniu od powieści. Wtedy na pierwszy plan wysuwa się historia istoty odrzuconej przez społeczeństwo i naznaczonej krzywdą. Reżyser bardzo mocno akcentuje również temat ojcostwa — międzypokoleniowej traumy oraz znaczenia przekazywania dzieciom miłości i akceptacji. Nie uważam, by był to najciekawszy wątek, jaki można wydobyć z książki, ale jest on wyraźnie bliski samemu autorowi adaptacji, skoro wybrzmiewa w filmie tak silnie. 

Jak to u del Toro bywa, film imponuje stroną wizualną, nie mogę jednak dołączyć do grona zachwyconych obsadą aktorską. Oscar Isaac przez cały film wyraźnie szarżuje, a jego przemiana jest trudna do uwierzenia; Jacob Elordi radzi sobie poprawnie, ale nie porywa — być może ogranicza go scenariusz; Mia Goth idealnie wpisuje się w estetykę gotyku, lecz aktorsko pojawiają się braki.

Ode mnie tyle: lepiej obejrzeć inny film Guillermo del Toro i przeczytać Frankensteina Mary Shelley.


Szukaj w tym blogu

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka